Powrót do życia

    Beaty Lewickiej wysłuchała Renata Kudeł

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Martę Lewicką, nastolatkę z Włocławka, potrącił pijany kierowca. Dziś, niespełna rok po wypadku, matka wciąż walczy o jej zdrowie. Tylko dla "Gazety Kujawskiej" zgodziła się o tym opowiedzieć.
         Każdy dzień życia Marty po wypadku był wielką niewiadomą. Gdy leżała po operacji w śpiączce, ja odbierałam w domu dziesiątki telefonów od rodziny, przyjaciół, znajomych, koleżanek i kolegów z Gimnazjum nr 7 we Włocławku, od dyrekcji szkoły i nauczycieli. Była bardzo towarzyska, bardzo lubiana... Chętnie tańczyła, śmiała się. Nie mogłam uwierzyć, że nagle moja córka, żywa jak iskierka, została skazana na bezruch i cierpienie. Potrącił ją na ulicy pijany kierowca. Został aresztowany, wiedziałam, że stanie przed sądem, ale czy to Marcie zwróci zdrowie?
         Lekarze po pierwszej, bardzo poważnej operacji, podtrzymywali u niej stan śpiączki. To było ciągłe czekanie na wieści ze szpitala, oby tylko dobre. Aż przyszedł ten dzień, kiedy któryś z lekarzy powiedział mi, że Marta nie będzie już taka sama, jak przed wypadkiem.
         Po operacji Marty
         nauczyłam się w błyskawicznym tempie jej pielęgnowania. To było coś zupełnie nowego w moim życiu. Nigdy dotąd nie miałam do czynienia z ludźmi chorymi. A tu przecież chodziło o najbliższą mi osobę. Musiałam robić zastrzyki, karmić sondą, przewijać ją, ćwiczyć ręce i nogi, by nie porobiły się przykurcze, poruszać się wokół łóżka lawirując wśród rurek, kabli, oplatających jej ciało. Szpitale, klinika - to były miejsca, wokół których kręciło się teraz życie naszej rodziny. Wszyscy żyliśmy tym, co dzieje się z Martą. Przez dwa miesiące po wypadku jej stan określano jako ciężki. Dla nas to były najtrudniejsze chwile.
         Towarzyszyłam jej wszędzie, gdzie tylko mogłam. Moi pracodawcy okazali się bardzo wyrozumiali. Bywały dni, że załamywałam się, tym bardziej, iż dookoła też widziałam wiele czyjegoś nieszczęścia. Na ogół jednak opieka nad Martą była tak intensywna, że musiałam się trzymać. Przede wszystkim czekałam aż się wybudzi. To trwało bardzo długo. W bydgoskiej klinice im. Jurasza, kilka tygodni po wypadku, próbowała otwierać oczy, ale lekarze sztucznie podtrzymywali śpiączkę. Tak musiało być i pogodziłam się z tym. Z kliniki Marta trafiła do jednego z łódzkich szpitali, na neurochirurgię, bo podejrzewano ropień mózgu. Tam też opiekowałam się nią i ciągle czekałam, kiedy obudzi się.
         Wybudzenie nastąpiło w Bydgoszczy
         Ale nie było tak, jak na amerykańskich filmach, że dziecko nagle otwiera oczy, staje na nogi i jest happy end. Najpierw Marta kiwała głową na "tak" i na "nie". Powoli zaczęła mówić. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Byłam w pracy. Zadzwonił telefon. Odebrałam i usłyszałam w słuchawce głos Marty: "Mamo, kocham cię". Stanęłam jak wryta. To fenomen - stwierdzili lekarze - że po tak ciężkim urazie tak szybko zaczęła dochodzić do siebie! Wcześniej słyszałam od wielu specjalistów: "Przecież pani wie, że nic z tego nie będzie". Czułam wtedy złość. Okazało się, że miałam rację, nigdy nie spisałam Marty na straty.
         Przed wypadkiem Marty nie byłam osobą waleczną, nigdy nie grałam pierwszych skrzypiec. Uważałam, że głowy muru się nie przebije. A jednak przy Marcie nauczyłam się walczyć. O nią, o jej powrót do życia. Bałam się, oczywiście, że bałam. Kiedy córkę wypisano z bydgoskiej kliniki, po wybudzeniu, byłam niespokojna. Nie wiedziałam, czy dam sobie radę w domu. Czy połączę pracę, do której chciałam wrócić, utrzymanie rodziny i pielęgnowanie oraz rehabilitację Marty. To dla całej rodziny oznaczało zupełnie inny rytm dnia. Wszystko było na niej skupione!
         Wtedy odczułam chęć pomocy ze strony wielu osób. Jako pierwszy wsparcie zaoferował prezydent Włocławka Władysław Skrzypek. Był nawet tu nas w domu, odwiedził Martę. Pomoc zaoferowała również szkoła, do której chodziła Marta. Dzwonił dyrektor Krzysztof Stasiak, dzwonili przedstawiciele Rady Rodziców, do Marty zaczęły przychodzić koleżanki. Organizowano zbiórki pieniędzy, kwesty, koncerty. Ta pomoc trwa do dziś. Mój zakład pracy - "Biedronka" - kupił aparat do hydro-masażu, niezbędny w rehabilitacji Marty. Nie wiem, jak poradziłabym sobie w tym pierwszym okresie po wypadku bez wsparcia wielu osób. Dziś to zainteresowanie Martą nie jest już może tak duże, nie wszystkie koleżanki przychodzą tak często, jak kiedyś, ale staram się to zrozumieć.
         Rok po wypadku bilans jest taki
         że Marta, choć wciąż jeździ na wózku inwalidzkim, mówi, łapie kontakt z rzeczywistością. Śmieje się, lubi porozmawiać, czasami słucha muzyki Britney Spears. Choć kiedyś darła koty z młodszym bratem, teraz ma z nim dobry kontakt. Na razie nie wyjeżdża na świeże powietrze, nie ma też mowy o szkole, choć dzięki pomocy nauczycieli z jej Zespołu Szkół nr 4 we Włocławku wkrótce będzie miała indywidualne nauczanie. Fundacja "Daj Szansę", działająca we Włocławku, pomogła mi kupić to, co dla Marty niezbędne do funkcjonowania w domu. Potrzeby są jednak ogromne. Przede wszystkim rehabilitacja!
         Bo Marta musi chodzić. Wierzę, że to się uda. Wyznaczyłam nam nawet termin - rok czasu. Takie dobre myśli narodziły się po pobycie moim i Marty w Ameryce, w miejscowości na Mazurach, gdzie jest wspaniały ośrodek rehabilitacyjny. Dzięki fundacji spędziłyśmy tam dwa tygodnie.
         Czy bywam czasem zmęczona?
         Najczęściej jestem tak zmęczona, że tego nie czuję... Pielęgnuję, karmię Martę jak niemowlę. A ona bywa raz spokojna, a raz drażliwa. Wtedy jest trudniej, ale ja mam dla niej anielską cierpliwość. Czasami myślę, że gdybym nie pracowała, gdybym nie miała tej odskoczni, zwariowałabym ze zmartwienia.
         Ten człowiek, który potrącił Martę jest w więzieniu. Ktoś mi powiedział, że ma zmarnowane życie. Nie czuję nienawiści ani satysfakcji. Dobrze, że nie mam zbyt wiele czasu na zastanawianie się, na gdybanie. Ale żal powraca. Dlaczego to spotkało właśnie Martę, taką śliczną, taką żywą, ciągle uśmiechniętą, wiecznie gdzieś biegnącą? Patrzę na jej koleżanki, na inne dziewczyny i ściska mi się serce. Żadne pieniądze tego świata nie zwrócą mi zdrowej córki.
         

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Dzieciaki gotują na Święta

    Gminy w Kujawsko-Pomorskiem