Ile plag medialnych spadło na Toruń

    Ile plag medialnych spadło na Toruń

    Kamil Sakałus [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Turyści lubią podziwiać Toruń ze stateczku. Z wymalowanymi tu flamingami miasto raczej się nie kojarzy, ale łąbędzie dopiero niedawno dały o sobie z

    Turyści lubią podziwiać Toruń ze stateczku. Z wymalowanymi tu flamingami miasto raczej się nie kojarzy, ale łąbędzie dopiero niedawno dały o sobie znać. ©Fot. Lech Kamiński

    Ojciec Rydzyk, powódź, ptasia grypa. Wydaje się, że ostatnio tylko z tym kojarzy się Toruń. A to nieprawda.
    Turyści lubią podziwiać Toruń ze stateczku. Z wymalowanymi tu flamingami miasto raczej się nie kojarzy, ale łąbędzie dopiero niedawno dały o sobie z

    Turyści lubią podziwiać Toruń ze stateczku. Z wymalowanymi tu flamingami miasto raczej się nie kojarzy, ale łąbędzie dopiero niedawno dały o sobie znać. ©Fot. Lech Kamiński

    W Polskę poszła wiadomość. Na ulice miasta wyjdzie wojsko. O wojaków wystąpił prezydent Torunia Michał Zaleski. Po co? By odciążyć policję.
    Mundurowi, gdy w Toruniu pojawiła się epidemia ptasiej grypy, zamiast pilnować bezpieczeństwa, zajmowali się wirusami. Fakt, do miasta przyjechały posiłki w postaci oddziałów prewencji z Bydgoszczy.
    Gdyby nie było jednak żadnego wirusa, zarówno tutejsi policjanci jak i ich koledzy z oddziałów prewencji, mogliby pilnować bezpieczeństwa na ulicach.
    Za zgodę na użycie wojska podobno wyleciał z pracy Mirosław Bieńkowski, komendant miejski policji w Toruniu. Prasa spekulowała, że jego przełożeni dostali cholery po tym, gdy komendant publicznie przyznał, że policja sobie nie radzi i potrzebne jest wojsko.
    W rzeczywistości komendant wyleciał za coś innego, ale jednak był, przynajmniej w mediach, pierwszą w Polsce ofiarą ptasiej grypy.
    Ofiarą wirusa byli także złodzieje samochodów. Na każdym wylocie z miasta stali policjanci, więc nikt nie kradł samochodów, bo nie byłoby ich jak wywieźć.

    Po rozum poszło ministerstwo

    Spekulacje o powtórce ze stanu wojennego, gdy w czasach pokoju na ulice wychodzi wojsko, przecięła w końcu Warszawa. - Użycie armii nie jest potrzebne. W Toruniu pracuje 119 policjantów i to wystarczy - powiedział Paweł Soloch, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji.
    Panice z powodu choroby zwierząt, a nie ludzi uległ nawet sam prezydent Torunia, człowiek wyjątkowo opanowany. - Omijajcie Toruń - apelował. Tego samego dnia radio i telewizja, następnego dnia prasa - wszyscy powtórzyli ten komunikat przedstawiając miasto jako wręcz zadżumione. Sami mieszkańcy ptasią grypą przejęli się średnio. H5N1 dotknął jedynie kierowców. Ci stali w kilometrowych korkach, bo na trasach wyjazdowych z miasta ułożono maty dezynfekujące. Pilnowała ich policja.
    Nie pilnowała natomiast mat w centrum miasta na chodnikach, więc kilkanaście zginęło.
    Torunianie dzięki ptasiej grypie mogli kupić tańszy drób. Gdy w świat poszła wiadomość o wirusie drobiu, markety natychmiast poprzeceniały kurczaki. Ludzie je jednak kupowali, z przecen szybko więc zrezygnowano. Kurczaka zjedli publicznie Michał Zaleski i premier Kazimierz Marcinkiewicz, który przyjechał do Torunia. Tańszy drób i korki - jedynie w ten sposób torunianie odczuli ptasią grypę. Z domów wszyscy wychodzili normalnie, nikt zapasów żywności nie robił, schrony stały puste.

    Wiślana fala jak tsunami

    Ogólnopolskie media wysłały do Torunia kilkuosobowe ekipy. Gdy do Torunia przyjechał premier Marcinkiewicz, przed Ratuszem Staromiejskim zaparkowały wozy transmisyjne wszystkich znaczących mediów tego kraju. "W mieście ma się pojawić wojsko", "Prezydent apeluje o omijanie Torunia", "Chemicy z Brodnicy pomogą przy odkażaniu" - grzmiały ogólnopolskie tytuły. Relacje jak z linii frontu. Na froncie grupa specjalistów walczyła z chorobą. Nie ludzi, ale zwierząt.
    Miesiąc później Toruń znowu zagościł na czołówkach. Znowu bohaterem był Bulwar Filadelfijski, a konkretnie przepływająca pod nim Wisła, która o półtora metra przekroczyła stan alarmowy.
    Ekipy telewizyjne z wozami transmisyjnymi stały na bulwarze całą dobę, przygotowywały relacje na żywo. Efekt? W głównym wydaniu "Wiadomości" Telewizji Polskiej padło: "Do Torunia zbliża się ośmiometrowa fala powodziowa". - Toruniowi nic nie grozi - uspokajał nieustająco Tadeusz Wierzba, szef Toruńskiego Zespołu Reagowania Kryzysowego.
    Nie przejął się ośmiometrową falą? Nie przejął, bo takowej zwyczajnie nie było. Jej powstanie nie jest możliwe nawet wtedy, gdyby pękła zapora we Włocławku. Owe osiem metrów to wpadka prezentera "Wiadomości". Osiem metrów to był stan Wisły, a nie wysokość fali. Bo gdyby do Torunia rzeczywiście przyszła wysoka na osiem metrów fala, to miasto zniknęłoby z powierzchni ziemi, a wraz z nim pół województwa.
    "Miasto jest sparaliżowane, woda zalała wiadukty, tworzą się gigantyczne korki" - donosiły media w całej Polsce. W rzeczywistości do zalania wiaduktów w lewobrzeżnej części Torunia nie potrzeba żadnej powodzi. Są tak stare i kiepsko skanalizowane, że wystarczy większy deszczyk i można pod nimi łowić ryby. Na porządku dziennym są również korki, które powoduje brak drugiego mostu. 8-metrowa woda dla Torunia nie stanowi żadnego zagrożenia.
    Taki stan Wisły powoduje jedynie zalanie ogródków działkowych, podtopienie parkingu pod mostem drogowym, wodę na schodach Bulwaru Filadelfisjkiego i wodę na łąkach z chwastami. Sytuacja powtarza się co roku. - Najpierw zbudujemy drugi most drogowy, a dopiero potem zajmiemy się wiaduktami - twierdzi tymczasem prezydent Michał Zaleski.

    A do tego ojciec Rydzyk


    Zwykłemu Polakowi Toruń kojarzy się z tym, co pokazuje telewizja. Ptasia grypa i powódź już przeminęły, ale ojciec Rydzyk trwa. I widać to szczególnie na forach internetowych, gdzie internauci piszą, że Toruń dotknęła kara boska właśnie za ojca dyrektora. Na murach w mieście pojawiły się z kolei napisy "Toruń przeprasza za Radio Maryja".
    W rzeczywistości przedstawianie Torunia jako miasta ojca Rydzyka jest wyłącznie pomysłem medialnym.
    - Zrobiliśmy profesjonalne badania ruchu turystycznego wśród gości naszego miasta. Pytaliśmy ich m.in. z czym kojarzy się Toruń - opowiada Katarzyna Motławska, dyrektor Informacji Turystycznej. Pytani o skojarzenia z Toruniem goście wymieniali przede wszystkim Kopernika - 65 proc. ankietowanych, na drugim miejscu pierniki - 46 proc., Starówkę i UMK - po 9,4 proc., UNESCO tylko 1,3 proc.
    Tu statystykę zaniżają rodacy, bo już wśród zagranicznych gości to, że nasze miasto jest na liście światowego dziedzictwa wiedziało 5 proc. pytanych. Wreszcie odpowiadając, co zapamiętają z Torunia, turyści wskazywali przede wszystkim Starówkę - 47 proc., pomnik Kopernika - 8 proc., puby i restauracje - 7 proc., Krzywą Wieżę - 6 proc., pierniki i planetarium - 5 proc., Dom Kopernika i Filutka - 1 proc. Na Radio Maryja i ojca Rydzyka wskazało też tylko 1 procent.
    - Radio Maryja, Telewizja Trwam i ojciec Rydzyk to są instytucje przyklejone do Torunia, one się mają nijak do miasta - komentuje na łamach "Przekroju" Tomasz Szlendak, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.
    Po powodzi, ptasiej grypie i nieustannym łączeniu Torunia z Radiem Maryja przez media, władze miasta zastanawiają się nad kampanią reklamową. Miałaby ona zmienić wizerunek Torunia. Specjaliści od public relations wątpią jednak, czy rzeczywiście jest co zmieniać.


    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Gminy w Kujawsko-Pomorskiem