Limit na umieranie

    Limit na umieranie

    Beata Korzeniewska

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Nie dość, że po dwudziestu latach od operacji okazało się, że ma w pępku stare szwy, to jeszcze lekarze odmówili mu pomocy.
         21 -letni Łukasz W. mieszka w Toruniu. Obecnie jest studentem. Kiedy miał 9 miesięcy przeszedł operację pępka. Z czasem chłopiec o zabiegu zapomniał. Jednak w ub. miesiącu pępek sam dał znać o sobie. - Najpierw zaczął go swędzieć, potem zgrubiał - mówi pani Maria, babcia Łukasza. - Łukasz nie mógł nic założyć, bo wszystko go ocierało i drażniło.
         
    Kilka dni temu pępek Łukasza przybrał fioletową barwę.
    Ból też stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Młody człowiek pojechał w końcu na pogotowie. - Obejrzał go chirurg, który stwierdził, że natychmiast trzeba wykonać zabieg - wspomina pani Maria. Student trafił na stół operacyjny.
         Złośliwe szwy
         
    - Okazało się, że zapalenie spowodowały szwy, które nie rozpuściły się po zabiegu, który Łukasz przeszedł 20 lat temu! - mówi zdumiona. - Lekarz tłumaczył mu, że powinny zostać wyjęte, ale nikt wówczas o tym nie wiedział.
         
    Chirurg szwy wyjął i założył opatrunek. Studentowi spadł kamień z serca. Jednak szybko przekonał się, że radość była przedwczesna.
         - Na drugi dzień, tj. w sobotę miał się zgłosić na zmianę opatrunku - opowiada pani Maria. - Pojechał na pogotowie, lecz tego dnia poradnia była zamknięta. Stamtąd pojechał do szpitala na Bielanach. Przeżył szok, bo lekarze odmówili mu pomocy. Kazali iść tam, gdzie przeprowadzono zabieg. Łukasz tłumaczył, że jest zamknięte, ale nikogo to nie obchodziło. Podpisali nawet oświadczenie, iż odmawiają pomocy.
         
    Młody człowiek wrócił do domu. Ostatnią deską ratunku był szpital miejski. Łukasz pojechał tam razem z ojcem. - Dopiero tam się nim zajęli i to bez problemu. Pani pielęgniarka bardzo miło go przyjęła. - mówi babcia Łukasza. - Lekarz zmienił opatrunek.
         
    Odesłaliśmy kilku
         
    - Tego dnia odesłaliśmy kilka osób - przyznaje dr Jarosław Redziński, chirurg ze szpitala na Bielanach. - W ambulatorium zajmujemy się tylko nagłymi przypadkami i te zostały załatwione. Jesteśmy ograniczeni limitami. Gdybyśmy zajmowali się wszystkimi, moglibyśmy już 10 każdego miesiąca zamykać ambulatorium. Młody człowiek powinien pójść do lekarza, który wykonał zabieg. To, że było zamknięte jest już problemem organizacyjnym danej jednostki.
         
    - Wszystko zależy od ludzi. Cieszymy się, gdy pacjenci są z nas zadowoleni, bo jesteśmy dla nich - mówi dr Andrzej Przybysz, szef ds. lecznictwa w szpitalu miejskim. - Z drugiej strony przypadek ten jest dowodem na chorobę systemu opieki zdrowotnej. Z punktu widzenia lekarz i człowieka postawa naszego chirurga jest godna pochwały, formalnie jednak nie powinien tego robić. I to jest paradoks - lekarze codziennie stają nad takimi wyborami. To absurd, by wciskać w ramki limitów to, czego wcisnąć się po prostu nie da.
         
    Niedorzeczność!
         
    Babcia Łukasza jest zbulwersowana - Przecież płacimy składki, a lekarze są po to, by ratować ludzkie życie. Gdyby taka sytuacja spotkała chłopca z okolic Torunia, który nie miałby znikąd wsparcia, bo przyjechałby tu sam, wszystko mogło skończyć się tragedią - mówi kobieta. - To się w głowie nie mieści, że w tych czasach pozbawia się pomocy medycznej człowieka, który jej potrzebuje. Czy jeśli coś się stanie, lekarze będą zasłaniać się limitami?
         

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Gminy w Kujawsko-Pomorskiem