Upadli na spirytusie!!!

    Upadli na spirytusie!!!

    Kamil Sakałus [email protected] Fot. Autor

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    W zakładzie z lat 50-tych pracowało blisko sto  osób.

    W zakładzie z lat 50-tych pracowało blisko sto osób.

    Produkowała milion litrów spirytusu miesięcznie, który sprzedawał się na pniu. Teraz by ludzie dostali pensje zbierano na terenie zakładu złom. Chełmżyńska gorzelnia jest w trakcie upadłości.
    W zakładzie z lat 50-tych pracowało blisko sto  osób.

    W zakładzie z lat 50-tych pracowało blisko sto osób.

         Zakład produkujący obok spirytusu, również drożdże, nawóz, suchy lód i dwutlenek węgla prawie 4 lata temu kupiła od cukrowni warszawska spółka Agro Eko Gasolin.
         
    - Do dzisiaj ten zakład istniał tylko dzięki zaangażowaniu pracowników, którzy wyrywali sobie ręce by utrzymać swoje miejsca pracy. Nowy właściciel chciał jak najszybciej odzyskać swoje pieniądze. Całe inwestycje ograniczały się do drobnych remontów, konserwacji i napraw. Do dzisiaj pracują tu maszyny z lat 50-tych, kiedy budowano gorzelnię. Wśród załogi są "złote rączki" i tylko dzięki temu jakoś zakład działał - opowiada Tomasz Zieliński, szef zakładowej "Solidarności".
         To jakoś oznaczało produkcję do 33 tysięcy litrów spirytusu dziennie, do miliona litrów miesięcznie. Ze zbytem problemów nie było. - Wszystko schodziło na bieżąco - Zieliński wskazuje na pusty po ostatnim sezonie produkcyjnym magazyn.
         Pensje w dół
         
    Kłopoty finansowe gorzelni dały o sobie znać w pierwszej połowie tego roku, kiedy obniżono ludziom wynagrodzenia. W zależności od stanowiska pobory spadły od 4 procent do 30 procent. Ostatnio związkowcy dostali do podpisania kwit, w którym mieliby zrezygnować ze zbiorowego układu pracy, który daje ludziom określone prawa i przywileje. Naturalnie odmówili.
         W Chełmży mówi się, że problemy gorzelni wynikają z braku ustawy o biopaliwach, które skończyły się złożonym 15 września do warszawskiego sądu wnioskiem o upadłość z możliwością zawarcia układu. 17 września sąd wyznaczył nadzorcę zakładu, a później zabezpieczył jego majątek. Wg. naszych nieoficjalnych informacji firma ma 7 milionów długu. To, czy przetrwa zależy od dobrej woli wierzycieli. Postępowanie upadłościowe może trwać miesiącami, a nawet latami. - Z tymi biopaliwami to bójda. Nie było ich, a produkcja się sprzedawała - twierdzi Zieliński.
         Złom na pensje
         
    Za sierpień pracownicy dostali pensje w czterech ratach. By było na wypłaty zorganizowano zbiórkę złomu z terenu zakładu. Pensji na wrzesień nie ma, a już powinny zostać wypłacone m.in. kadrze technicznej. Od października załoga jest na postojowym, podczas którego przysługuje sto procent wynagrodzenia. - I co z tego?! Jeżeli nie było funduszy na uruchomienie produkcji, są długi, to skąd mają się wziąć pieniądze na wypłaty podczas gdy zakład stoi i nie produkuje? - zastanawia się Stanisław Rachowiec, przewodniczący branżowego związku pracowników.
         Gdzie są te pieniądze?
         
    Płaca każdego z prawie stu zatrudnionych ludzi jest pomniejszana o składki na PZU, kasę zapomogowo-pożyczkową, na związek. Pieniądze te naturalnie były potrącane, ale nie wpłynęły ani do PZU, ani do kasy, ani do związku. - Mi i wielu innym ludziom 15 października kończą się polisy. Gdy nie daj boże coś się stanie, ubezpieczyciel nie wypłaci żadnego odszkodowania - podkreśla Rachowiec.
         Redukcje i upadłości
         
    Kiedyś chełmżyński kombinat cukrowniczy zatrudniał tysiąc ludzi. W jego skład obok cukrowni wchodziły zakłady produkujące maszyny, firmy budowlane, wytwórnia suchego lodu, gorzelnia, potasownia. Teraz w cukrowni zostało 180 osób, a zatrudnienie ciągle spada. W kilku innych firmach stworzonych na bazie majątku kombinatu pracuje mniej niż 100 osób i 80 w gorzelni.
         W ostatnich latach zwalniał szpital. Przestała istnieć Izolacja, kilka szwalni, "Chełmet". Pracę straciły setki ludzi z rodzinami. W 15-tysięcznej Chełmży, gdzie bieda kłuje w oczy na każdym kroku jest 2 tysiące bezrobotnych. Zasiłek ma 400 osób. Z czego żyje reszta?
         Upadek firmy z 80-miejscami pracy oznacza dla miasta tragedię społeczną. Władze Chełmży doskonale zdają sobie z tego sprawę i robią co mogą, by pomóc w ratowaniu gorzelni. - Burmistrz Czerwiński osobiście zaangażował się w sprawę. Aranżował spotkania, zaproponował pomoc. Gdy poszliśmy do niego z prośbą o użyczenie urzędowego samochodu na podróż do warszawskiej siedziby spółki powiedział, że nie ma problemu i zapowiedział, że pojedzie z nami - opowiada Zieliński. Zaangażowanie jednak nie starczy, miasto nie jest w stanie spłacić długów prywatnej firmy.
         Zainteresowana "Elana"
         
    Szansa na uratowanie miejsc pracy jednak jest. Zainteresowanie zakupem gorzelni wyraża toruńska "Elana", wchodząca w skład grupy Romana Karkosika, jednego z najbogatszych Polaków. Byłoby to rozwiązanie bardzo sensowne, bowiem "Elana" kupuje toruński "Polmos", a dzięki chełmżyńskiej gorzelni miałaby bazę surowcową w odległości 15 kilometrów. Te plany potwierdził nam Zbigniew Przesmycki, prezes "Elany". Do transakcji mogłoby dojść jednak dopiero po zakończeniu procesu upadłościowego. - Pozostaje się tylko modlić, by syndyk chciał sprzedać firmę w całości, a nie na części - mówią pracownicy.
         

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Dzieciaki gotują na Święta

    Gminy w Kujawsko-Pomorskiem