Książki z drugiego obiegu strawił ogień

    Książki z drugiego obiegu strawił ogień

    Adrianna Ośmiałowska

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Wspomnienia 13 grudnia 1981 roku są wciąż żywe. Dziś na budynkach urzędów w Rypinie i Golubiu-Dobrzyniu zawisną flagi.

    Obecny szef rypińskiej "Solidarności" Waldemar Murawski opowiada historię sztandaru, który wówczas należał jeszcze do komisji zakładowej Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej w Rypinie: - W nocy z 12 na 13 grudnia z biura wyniosła go pani Mieczysława Barcikowska. Z tego, co mi wiadomo, po prostu się nim owinęła i tak poszła do kościoła św. Trójcy. Proboszczem był tam wówczas ks. Czesław Chojecki, a wikariuszem ks. Marek Smogorzewski. Mimo obaw i strachu, zdecydowali się przechować sztandar. Był on w kościele aż do 1992 roku. Wtedy przejął go NSZZ "Solidarność", podregion Rypin.


    Burmistrz Rypina Marek Błaszkiewicz był w 1981 roku uczniem trzeciej klasy "ogólniaka".

    Dzień 13 grudnia przypadał w niedzielę. - Gdy się obudziłem rano usłyszałem, że mama krząta się przy kuchni. Okazało się, że paliła w niej moje książki z drugiego obiegu, które dostałem od kuzyna studiującego w Toruniu. Był on wtedy wiceszefem Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Mama wytłumaczyła mi, że jest wojna i dla bezpieczeństwa trzeba się tego pozbyć. Z dymem poszła literatura antykomunistyczna, m.in. "Główne nurty marksimzu" Leszka Kołakowskiego, jakieś gazetki NZS. Niewiele udało mi się ocalić.


    Brat i bratowa burmistrza byli w tym czasie w Częstochowie. o wprowadzeniu stanu wojennego dowiedzieli się podczas mszy o godz. 6.00 rano od kardynała Glempa. Nie wiedzieli, co to znaczy, czy i jak będą mogli wrócić do Rakowa.


    Gdy już okazało się, że stan wojenny nie jest taki straszny, jak się spodziewano, można się było po swojemu buntować. - Mieliśmy z kolegami swoją manifestację młodzieżową - wspomina Błaszkiewicz. - Kupowaliśmy z kolegami kilka egzemplarzy "Trybuny ludu", a potem darliśmy je na oczach 5-osobowych patroli ORMO. Raz nas jeden pogonił, wyzywając od gówniarzy.


    Burmistrz Golubia-Dobrzynia Roman Tasarz 12 grudnia odebrał dyplom ukończenia UMK. Został u kolegów w akademiku w Toruniu, by świętować. O stanie wojennym dowiedział się... na potężnym kacu. Bezpośrednie jego skutki dotknęły Tasarza w styczniu.


    - Chciałem jechać do Węgierska. Autobus zatrzymywał się wtedy na rynku. Wdałem się w pyskówkę z kierowcą, on wezwał milicję. I się zaczęło. Zabrali mnie do komendy. Byłem w nastroju do żartów, więc powiedziałem im, że mam przy sobie granaty. Skończyło się na tym, że rozdarli mi płaszcz. 22 stycznia 1982 roku stanąłem przed sądem w Wąbrzeźnie za obrazę funkcjonariusza. Nazwałem go "sługusem" i stwierdziłem, że nie umie wyrażać się po polsku. Dostałem za to 15 miesięcy tzw. ograniczenia wolności - opowiada Tasarz. - A ten milicjant, wtedy plutonowy, teraz jest ważną figurą w komendzie wojewódzkiej.


    Dziś o godz. 9.00 władze miasta i powiatu golubskiego złożą wiązanki pod pomnikiem ofiar faszyzmu i totalitaryzmu. O godz. 8.30 podobna uroczystość odbędzie się pod tablicą na kościele św. Stanisława Kostki poświęconą księdzu Jerzemu Popiełuszcze.


    Zapraszamy Czytelników do podzielenia się z nami swoimi wspomnieniami o stanie wojennym. Czekamy na telefony pod nr. 054/280-02-02 i 056/682-21-70 oraz maile: [email protected]


    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Dzieciaki gotują na Święta

    Gminy w Kujawsko-Pomorskiem