Adres: dworzec

    Katarzyna Piojda

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Myją się wodą z hydrantu. Jedzą resztki, które zostawili turyści. Nie mają bagażów podróżnych, ani domu. Mieszkają w dworcowej poczekalni.
         Maria Jażdżewska, 44 lata, miała kiedyś rodzinę i mieszkanie w kamienicy na Okolu. Była sprzątaczką w bibliotece, ale zwolnili ją po 20 latach. Kiedy w wypadku samochodowym zginęła jedyna córka, mąż Marii załamał się. Zaczął zaglądać do kieliszka. Pił i bił, czym się dało. Deską do krojenia, tłuczkiem do mięsa, kablem od żelazka. W ciągu miesiąca policja, wzywana przez sąsiadów, interweniowała u Jażdżewskich cztery razy.
    Funkcjonariusze przyjeżdżali, pokręcili się i odjeżdżali. Mąż-awanturnik coraz mocniej bił. Któregoś dnia, gdy w pijackim amoku znowu na nią podniósł rękę, nie wytrzymała. Tak, jak stała, w pluszowych kapciach na nogach, wybiegła z domu.
         Dobytek w torbie
         
    Od dnia, kiedy kobieta zatrzasnęła za sobą drzwi mieszkania, minęły prawie trzy lata. Latem koczuje w altankach działkowych na Bartodziejach. Teraz "mieszka" na dworcu głównym PKP w poczekalni. Ma siwe włosy zwinięte w kok, brud za paznokciami i trzy tobołki, w których mieści się jej cały dobytek: parę ubrań, popsuty budzik i plastikowe sztućce. - Kilka razy nocowałam w schronisku, ale między kobietami dochodziło do bójek - opowiada. - Kiedy ukradły mi portfel ze zdjęciem córki, przysięgłam sobie, że nigdy do schroniska nie wrócę. Myję się przy dworcowym hydrancie, śpię na krzesełkach w poczekalni. Czasem, gdy zagadam podróżnych, dostanę parę złotych na drożdżówkę.
         Maria spotkała tu swoją miłość. Pan Zenek ma kilkudniowy zarost, kurtkę z kreszu z tłustymi plamami i żołnierskie buty, które zamiast sznurowadłami, wiąże drutem. Pochodzi ze Złocieńca. Ma 53 lata, a od 20 nie pracuje. Owdowiał 10 lat temu.
         Zapisał synowi mieszkanie, a ten, za namową swojej żony, "odwdzięczył się" wyganiając go z domu.
         - Przez miesiąc mieszkałem u kolegi. Później musiałem opuścić lokal. Poszedłem na dworzec. Pojechałem "na gapę" do Sosnowca. Tam "sokiści" nie pozwalali spać w dworcowej poczekalni. Przyjechałem do Bydgoszczy i zostałem. Tu mam życie, jak w Madrycie.
         Żywi się resztkami, które zostawią turyści. - Jadłospis tutaj, jak w hotelu. Wszystko pięknie podane na tacy. Ostatnio na obiadek był kurczaczek z suróweczką, wcześniej flaczki. Który bezdomny przebywający w schronisku dostanie takie jedzenie? Gdy pojechałem z Marysią pociągiem "na ferie" na dworzec kolejowy do Karpacza i nie było nas dwa dni, pani Henia z pobliskiego baru martwiła się, kto pomoże jej "sprzątać" resztki z talerzy.
         Agata ma 22 lata. Uciekła z domu pięć lat temu. Szkoły specjalnej, w której uczyła się na krawcową, nie skończyła. - Podkradałam matce pieniądze na dyskoteki, a ojczym mnie za to bił. Kiedyś to ja mu z całej siły trzasnęłam i złamałam nos. Gdy pojechał z matką na pogotowie, spakowała rzeczy i kryształy matki. Uciekła do koleżanki. Kryształy sprzedała później na targowisku na Bartodziejach. Wystarczyło na wino, które wypiła z nowo poznanym kolegą w sylwestra 2000 roku. Na dworcu jest od grudnia ubiegłego roku. Zaczepia podróżnych, którzy odchodzą od kas biletowych. - Kiedyś dostałam aż 20 złotych - mówi. - Kupiłam spodnie dresowe i białą czekoladę.
         Chociaż schroniska nie są przepełnione, bezdomni z dworca nie chcą w nich przebywać. - Tutaj mogę być "po piwku" i nikt mi nic za to nie zrobi - mówi pan Zenek. - Cały dworzec należy do mnie. To mój dom. Kto ma większe mieszkanie niż ja?

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Gminy w Kujawsko-Pomorskiem

    Wiadomości z Bydgoszczy