Jeszcze nigdy w dziejach tak dobrze wykształceni ludzi nie tworzyli tak tandetnych produktów.

Lubię swoje buty - trzewiki z licowej skóry, gdyby dobrze poszukać, znalazłoby się ten fason jeszcze w przedwojennych katalogach.

Wyrok na 8200

Wytrzymały jakieś 7 lat, poprzednie - identyczne, służyły równie długo. Gdyby nie mechaniczne uszkodzenia na podeszwie (która zachowała jeszcze bieżnik!), pewnie trudno byłoby mi się z nimi rozstać. Kolejne miały być identyczne - w firmowym sklepie usłyszałe: - Niestety, nie mamy już takich butów, ale mamy inne fasony.

Zadzwoniłem więc do producenta z południowej Polski. - Ha! Zaśmiała się pani z działu handlowego, zanim jeszcze zdążyłem dokładnie opisać moje buty. - Taaaa..., numer 8200 w katalogu. Proszę pana, prawie codziennie ktoś dzwoni pytając o te buty. Model jest wycofany, ale może jeszcze znajdzie go pan w sklepie internetowym?

- Wycofany? Jak to możliwe?

- Tak orzekli nasi specjaliści. Zastąpiły go inne modele.

Stare, dobre czasy

 

Zbigniewa Mikiciuka z Muzeum Motoryzacji na hasło „awaryjność” ogarnia pusty śmiech: - Proszę przyjechać i obejrzeć naszego Horcha 830 z lat 30. Oprócz wymiany uszczelki pompy chłodzenia, które wówczas robiło się ze sznurka, nie trzeba przy nim robić nic! Tamte samochody były produkowane na wieczność. Wszystko zaczął partolić pierwszy produkowany seryjnie Ford T, który psuł się na potęgę. Z drugiej strony naprawić go potrafił każdy kowal. I proszę tylko nie mówić mi o ekologii - produkowany w Polsce Fiat 508 palił 5,5 litra. Gdy przyglądam się konstrukcji współczesnych samochodów, jedno ciśnie się na usta - tandeta!

 

 

Pani Alina, fryzjerka, w 1996 roku kupiła czajnik elektryczny renomowanego polskiego producenta: - Działał świetnie do niedawna, ale z własnej winy ukruszyłam plastik. Kupiłam więc nowy czajnik, z tej samej firmy. Zepsuł się po miesiącu. Po wymianie, kolejny również wytrzymał tylko miesiąc. Zapomnieli, jak się robi czajniki?!

Drogo - niedobrze

Konkurencja z Chin okazała się zabójcza dla wielu polskich firm, choć nawet wyklinana peerelowska jakość była przy wyrobach z Dalekiego Wschodu mistrzostwem.

W sieci roi się od głosów sfrustrowanych właścicieli elektronicznych śmieci. „Kupiłem telewizor za 13,5 tys. zł. Zepsuł się pół roku po gwarancji. Zaczynam wierzyć, że producenci celowo wprowadzają do projektu elementy, które mają powodować autodestrukcję” - pisze czytelnik.

Kamil, pracownik fabryki z branży elektronicznej wzrusza ramionami na wieści o psującej się elektronice: - Obwody scalone produkuje się dziś według międzynarodowej normy. Przewiduje ona trzy kategorie jakościowe. Tylko sprzęt profesjonalny, zwłaszcza medyczny, produkuje się w trzeciej kategorii.

To jest elektronika, która będzie działała latami. Druga kategoria ma przetrwać 8 lat. To sprzęt konsumencki z wyższej półki, zwykle bardzo drogi w sklepach. Ale cena nie musi być równoznaczna z trwałością. Tak było w latach 70-80. Dziś nawet telewizor z wysokiej półki może mieć elektronikę produkowaną w pierwszej kategorii, która wymaga, aby zachował sprawność przez trzy lata. W pierwszej kategorii produkuje się dziś 80-90 proc. sprzętu.

Na czym polega różnica? Według Kamila na dwóch czynnikach: - Pierwsza sprawa to ilość pasty, którą stosuje się przy pokrywaniu płytki ścieżkami. Ta pasta jest dość kosztowna, bo produkuje się ją przy udziale złota. Oczywiście w pierwszej kategorii jest jej najmniej. Druga rzecz to dokładność spasowania. W trzeciej kategorii musi być niemal idealna, ale w pierwszej błąd może sięgać 50 proc. Czyli nadrukowane ścieżki mogą pokrywać się jedynie w połowie swojej szerokości.

Technologiczny szmelc

Zdaniem Jarosława Dąbrowskiego, konstruktora maszyn, część urządzeń, które trafiają na polski rynek dotkniętych jest inną wadą: - Kiedyś nie mogłem zrozumieć o co chodzi - szukając powodów awarii w chińskich urządzeniach, stosowałem europejskie kryteria. Dziś już wiem, że na ten sprzęt trzeba patrzeć inaczej - chińscy producenci często nie stosują naszych standardów konstruktorskich, ale kopiują różne rozwiązania, na zasadzie przypadkowości. Nie ma też często jasnych standardów jakościowych. W efekcie wszystko zależy od egzemplarza - jeden może zepsuć się szybko, inny - pracować latami.

Andrzej Figurski, który kilka lat pracował w fabryce jednego z dużych producentów AGD, uważa, że większość informacji dotyczących planowej autodestrukcji urządzeń tuż po upływie gwarancji to mit: - Owszem, wierzę że niektóre globalne firmy to robią. Ale chodzi o gigantów, których na to stać, bo wbrew pozorom takie badania nad trwałością materiałów są kosztowne. W większości przypadków sprawa jest prostsza - 80 proc. kosztów wytworzenia w AGD to materiały, a zatem oszczędzić można na materiałach. W naszej fabryce ten proces znacznie przyspieszył, gdy firma została wykupiona przez międzynarodowy koncern. Sam pracowałem nad „odchudzaniem” pewnych elementów pralek, bo przy seryjnej produkcji każdy milimetr oszczędności przekłada się na konkretne pieniądze. A że przy okazji produkty wytwarzane są np. z blachy, w której po kilku latach robią się dziury na wylot to inna rzecz.

Lepsza technologia i większy wybór materiałów pozwalają nam dziś produkować coraz bardziej tandetne produkty.

Śmierć drukarki

Ci, którzy nie mają ochoty wsiadać do karuzeli z gadżetami, zapłacą haracz w inny sposób. Nie od dziś wiadomo, że rynek części zamiennych stanowi dla wielu firm żyłę złota. Plastikowa szuflada do zamrażarki za 240 zł, matryca do aparatu za 1000 zł, kartridż do drukarki - 200 złotych? Zwłaszcza producenci tych ostatnich zwęszyli interes - im tańsze drukarki, tym droższe tonery. Bywa, że koszt wymiany tonera przekracza o połowę cenę drukarki.

Do rangi symbolu urosły chipy umieszczane w kartridżach drukarek HP, które uśmiercają je po zrealizowaniu określonej liczby wydruków.

Jak z dopingiem

Czym zatem się kierować, aby kupić produkt, który nie zepsuje się tuż po gwarancji?

- Na pewno nie ceną, bo cena nie jest już dziś wyznacznikiem trwałości - twierdzi Piotr Koluch z Fundacji Pro-Test (posiadacz sprawnego, 40-letniego Radmora). - Miejscem wytworzenia również nie, bo obecnie w Chinach produkuje się towary z każdej jakościowej półki. Nie radzę też kierować się rekomendacjami z forów internetowych, bo firmy szybko odkryły ten sposób reklamy i wiele z nich zatrudnia sztaby „recenzentów”. Więc tylko testy niezależnych organizacji.

Rzecz w tym, że takie solidne testy są piekielnie drogie, dlatego składają się na nie organizacje z wielu krajów. Niezależność kosztuje, więc większość niezależnych testów jest płatna. Poza tym firmy wypracowały technikę sprytnego umykania przed testowymi sidłami - często wprowadzają nowe modele, które różnią się drobiazgami, a testowanie nieprodukowanego już modelu traci sens.

- To trochę jak z dopingiem - śmieje się Piotr Koluch. - Koncerny są zawsze o krok przed nami.

Zdaniem prezesa Pro-Testu istnieje tylko jeden sposób na wymuszenie większej solidności: - Opłaty za recykling urządzeń. Być może wtedy firma rozważy, czy tworzenie sprzętu na krótki dystans rzeczywiście się jej opłaca.

I tak zapłacić będzie musiał klient.

Ale od kilku lat Marian Biernacki zauważa wielki renesans starej elektroniki:

 

 

- Wzmacniacze i amplitunery z lat 70. i 80. w dobrym stanie kosztują spore pieniądze. Wielu ludzi znosi ze strychu stare kolumny, które brzmią lepiej niż dzisiejsze pudełka. Chłopaki, którzy grają na harmonijkach wyszukują na aukcjach mikrofony sprzed 30 lat, bo nowe - jak twierdzą nie potrafią tak oddać dźwięku.

Źródło: Strefa Biznesu Gazeta Pomorska