Przeszczepianie z fajerwerkami w tle. 10 lat bydgoskiej...

    Przeszczepianie z fajerwerkami w tle. 10 lat bydgoskiej transplantologii

    HANKA SOWIŃSKA hanna.sowinska@pomorska.pl tel. 52 32 63 133

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Naniósł na ekran monitora siedemset serduszek, bo tyle było zabiegów. I tyle osób otrzymało drugie życie. - Każde serduszko to człowiek. To inny los i odrębna historia ratowania jego życia - wylicza dr n. med. Zbigniew Włodarczyk, prof. UMK, szef bydgoskiego ośrodka przeszczepiania nerek.
    Plakat promujący ideę transplantacji

    Plakat promujący ideę transplantacji ©Fot. www. przeszczep.pl

    Siostra dała nerkę bratu

    Był 8 maja 2000 r. Dzień imienin św.Stanisława, patrona Polski. Tego dnia w nowo powstałej Klinice Transplantologii i Chirurgii Ogólnej w szpitalu im. dra Jurasza w Bydgoszczy dokonano pierwszej operacji.


    - To było rodzinne przeszczepienie. Siostra dała nerkę bratu - wspomina prof. Włodarczyk. - Oboje pochodzili z naszego województwa. Wiem, że kobieta wyjechała z kraju, jej brat nadal mieszka w Polsce.


    Pamięta ten zabieg?
    - Oczywiście. W nowym oddziale, z nowym personelem. Asystował nam prof. Wojciech Rowiński. Chciał w ten sposób uhonorować nasz ośrodek.


    Początek był niezwykle udany.
    Już po kilku dniach w klinice przeprowadzono pierwsze przeszczepienia od zmarłych dawców. - Mieliśmy właśnie jechać na kongres transplantacyjny do Juraty. Dzień wcześniej było zgłoszenie dawcy z "Biziela", po kilkunastu godzinach - następne. Szczęśliwy zbieg okoliczności. Zaczęliśmy bardzo energicznie. Zespół zobaczył, jaka to praca, przekonał się, że daje mnóstwo satysfakcji. Niedawno kontaktowałem się z jednym z pierwszych biorców. Ma się dobrze.

    Propozycja przyszła z Bydgoszczy

    Dla prof. Włodarczyka to był kolejny zabieg z prawie tysiąca, jakie wcześniej wykonał w Poznaniu. Tam się urodził, wychował i skończył szkoły. Tam do końca lat 90. pracował, z czteroletnią przerwą, w trakcie której praktykował jako chirurg w Wielkiej Brytanii. Po powrocie z Anglii zorganizował w Szpitalu Wojewódzkim w Poznaniu zespół transplantacyjny.
    - Przeszczepialiśmy tylko nerki. Udało mi się stworzyć wówczas najaktywniejszy zespół w Polsce. Robiliśmy najwięcej operacji w kraju - wspomina.


    Latem 1999 r. prof. Jacek Manitius (kieruje Katedrą i Kliniką Nefrologii, Nadciśnienia Tętniczego i Chorób Wewnętrznych CM UMK) i nieżyjący już prof. Jan Domaniewski, wówczas rektor Akademii Medycznej w Bydgoszczy wystąpili z inicjatywą stworzenia ośrodka transplantacyjnego w mieście nad Brdą.
    Prof. Włodarczyk: - Rozmowa ze śp. prof. Domaniewskim była krótka, ale bardzo treściwa. Mile ją wspominam. Prof. Domaniewski był spiritus movens kliniki. Bez jego inicjatywy i pomocy to by się nie udało. W poznańskiej Akademii Medycznej do dziś nie ma ośrodka transplantacyjnego. Musi być ktoś, kto chce i wie, jak temu dopomóc. Na klinikę przeznaczono część pomieszczeń szpitalnej apteki. Powstał nowoczesny oddział z 22 łóżkami.


    Skąd personel? - Od początku zakładałem, że to będzie niewielki zespół (dziś jest 6 lekarzy, 2 koordynatorów, 13 pielęgniarek, 2 sekretarki i 3 pracowników podstawowych). Prof. Manitius podzielił się ze mną swoimi pracownikami. Do dziś jestem mu za to wdzięczny.

    Wierzę w kolegów anestezjologów

    Koniec 1999 r. przyszły szef bydgoskiego ośrodka transplantologii nerek poświęcił na organizację współpracy z oddziałmi, które miały zgłaszać potencjalnych dawców, w przypadku rozpoznania śmierci mózgowej. - Zrobiliśmy szkolenie dla anestezjologów, uruchomiliśmy też program dawcy rodzinnego. W pierwszym roku działał bardzo dobrze - przeprowadziliśmy 12 przeszczepień rodzinnych - przypomina prof. Włodarczyk.


    W dziesięcioletniej historii kliniki najlepszy czas przypadł na lata 2003-2004. - Wtedy byliśmy najaktywniejszym ośrodkiem transplantacji nerek w Polsce. W ciągu roku wykonywaliśmy ponad sto operacji. Potem liczba przeszczepień zaczęła spadać. Dlaczego? - To skutek ogólnego kryzysu w kraju, spadku zaufania pacjentów do lekarzy, i - być może - kryzysu współpracy z anestezjologami. Może także efekt specyficznych warunków pracy w naszym regionie. Mam wrażenie, że osiągnęliśmy ujemną fazę i ta liczba już nie będzie spadać.


    Niebezpieczna zapaść w polskiej transplantologii wystąpiła w 2007 r.; wówczas bydgoski ośrodek wykonał tylko 49 przeszczepień W ubiegłym roku w klinice przeprowadzono prawie 60 operacji. To zdecydowanie za mało, bo liczba oczekujących na zdrowy narząd rośnie.


    Prof. Włodarczyk: - Wierzę, że uda się to zmienić. Wierzę w kolegów anestezjologów. I wierzę, że oni rozumieją, iż transplantologia jest potrzebna, bo ratuje życie. Że identyfikacja śmierci mózgu i rozważenie możliwości pobrania narządu to jest taka działalność lekarska jak każda inna. To nie jest alternatywa dla zajmowania się innym, żywym człowiekiem, tylko ratowanie życia biorcy!

    Chcą przeszczepiać wątroby

    Drugą specjalizacją bydgoskiego ośrodka transplantacyjnego jest chirurgia ogólna. - Tak jest od początku. Może nie stanowiliśmy konkurencji dla innych klinik chirurgicznych, ale pojawiliśmy się jako dodatkowy oddział. Naszą specjalnością jest chirurgia wątroby. To działka dra Macieja Słupskiego, który jest w klinice od początku jej istnienia. W resekcjach wątroby osiągamy bardzo dobre wyniki. Rozważaliśmy już wdrożenie programu przeszczepiania wątroby. Myślę, że bylibyśmy do tego gotowi w sensie medycznym. Jednak warunki oddziału na razie na to nie pozwalają. Zakładam, że jeśli plany rozbudowy szpitala nie zmienią się, to będzie szansa. Klinika ma być przeniesiona w inne miejsce, zyskamy większą powierzchnię. Wtedy chciałbym wrócić do idei transplantacji wątroby.


    W minionej dekadzie zespół kierowany przez prof. Włodarczyka przeprowadził prawie 700 operacji. - Przygotowując materiał na jubileuszowe sympozjum, zastanawiałem się, czy to dużo czy mało. Naniosłem 700 serduszek na ekran monitora. Uważam, że to jest bardzo dużo. Bo każde serduszko to człowiek, inny los. Każde przeszczepienie to dwie lub trzy godziny zabiegu, a wcześniej kilkanaście godzin przygotowania. To nieprzespane noce, potem kilkanaście dni leczenia po operacji, które zazwyczaj kończyły się sukcesem, choć bywały też porażki.


    Ile osób żyje? - Z danych za lata 2000-2006 wynika, że w tym czasie zrobiliśmy prawie 500 transplantacji, zmarło tylko 14 osób. Muszę się pochwalić - mamy jedne z najlepszych w kraju wyniki. W dużej mierze są one pochodną znakomitej pracy naszych dwóch transplantologów-nefrologów, którzy potrafią chorego dobrze przygotować do operacji, a po zabiegu czujnie go prowadzą.
    Najstarszy pacjent, któremu bydgoscy transplantolodzy przeszczepili nerkę miał 73 lata, (po dwóch tygodniach poszedł do domu); najmłodszy - 18 lat.

    Czekamy na "świętego Graala transplantologii"

    Etapem przełomowym w transplantologii było pojawienie się leków immunosupresyjnych (zapobiegają odrzuceniu przeszczepionego narządu, ale dają działania uboczne).
    - W latach 50. pierwszy rok przeżywało zaledwie 20 proc. przeszczepionych nerek - przypomina prof. Włodarczyk. - Wprowadzenie nowych leków, chociażby cyklosporyny poprawiło wyniki na 80 proc. Teraz są one jeszcze lepsze. Warto też pamiętać, że pacjenci, których operujemy, są coraz starsi i coraz bardziej schorowani. Dlatego ryzyko powikłań i śmierci rośnie.


    Ostatnia dekada nie przyniosła rewolucyjnych zmian. - Jesteśmy na etapie badań klinicznych nowych leków zapobiegających odrzuceniu przeszczepionego organu, chociaż "święty Graal transplantologii", czyli tolerancja nie została osiągnięta. A tolerancja to stan, w którym organizm przyjmuje narząd od zmarłego dawcy i pacjent nie musi już brać żadnych leków. To nadal pozostaje w sferze marzeń - dodaje prof. Włodarczyk.


    W transplantologii nie ma nieodpowiednich pór dnia czy roku.
    - Pobierałem narządy i przeszczepiałem w różnych porach - w Wigilię, sylwestra. Już nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć - przyznaje prof. Włodarczyk.
    Jak to się wtedy operuje? - Specyficznie. Świat jest trochę inny . W sylwestra przeprowadzaliśmy zabieg o północy. Kiedy zespalaliśmy naczynia i robiliśmy perfuzję nerki za oknami słychać było fajerwerki. Tej fazie zabiegu zawsze towarzyszą emocjonalne fajerwerki, ale wtedy były rzeczywiste. Biła północ, był nowy rok. W takie wyjątkowe dni szpital też ma niezwykłą atmosferę "trochę świętego miejsca". Pamiętam, że kiedyś biorca przyjechał na przeczepienie prosto z balu noworocznego. Miał na sobie smoking, a pod szyją "muchę".

    Czytaj także

      Komentarze

      Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Wideo