Twarde lądowanie

    Twarde lądowanie

    Agnieszka Domka-Rybka [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Noc w Berlinie: niewygody, upokorzenia.

    Noc w Berlinie: niewygody, upokorzenia. ©Fot. Archiwum Sojków

    7-letnia Ela jeden taki tydzień miała w życiu - leciała samolotem, była w Londynie, w Walii i w polskiej telewizji, bo przeżyła skandal w Berlinie.
    Noc w Berlinie: niewygody, upokorzenia.

    Noc w Berlinie: niewygody, upokorzenia. ©Fot. Archiwum Sojków

    - U kogo byłaś w Londynie?
    - W Londynie mieszkają moje dwie siostry i brat. Dorota ma męża Irlandczyka, Monia Walijczyka, a Łukasz właśnie ożenił się z Brazylijką. Mówią o nas międzynarodowa rodzina.
    - Rodzice nie boją się, że ty też im kiedyś wyjedziesz?
    - Hm..., nie wiem, ktoś przecież musi zostać. Mamy dwa sklepy, trzeba będzie pomóc rodzicom.
    - Co widziałaś w Londynie?
    - Dużo fajnych rzeczy było: piętrowe autobusy i dziwne taksówki. Widziałam wielką rzekę, chyba nazywa się chyba Tamiza, pałac królowej brytyjskiej i dużo super sklepów z zabawkami.
    - Byliście też Walii...
    - Byliśmy tam u rodziców Jasona, męża Moni.
    - A co robiłaś w Berlinie?
    - Spałam na lotnisku.

    Przerwa w oklaskach

    Ela Sojka z Jaszczółtowa (gmina Rojewo) wracała z rodzicami z Londynu samolotem tanich linii lotniczych Ryanair, nr lotu FR 2463. To było w zeszłym tygodniu.

    Smacznie spała, gdy dziesięć minut przed lądowaniem pasażerowie usłyszeli komunikat, że samolot nie leci nad Polską, tylko nad Niemcami. Maszyna stanęła na płycie berlińskiego lotniska o godzinie 22.15.

    Jest taki niepisany zwyczaj, że ludzie klaszczą, gdy tylko samolot dotknie ziemi. I tym razem nie było inaczej. - Wtedy jeden z pasażerów wrzasnął: "Za co te oklaski, za Berlin?" Oklaski umilkły - wspomina Jadwiga Sojka, mama Eli. - Samolot stanął, ale jeszcze przez godzinę nie pozwolono nam wysiąść. Podano kolejny komunikat, że zostaną podstawione autokary, które zawiozą nas do Bydgoszczy.

    Marian Sojka, tata Eli twierdzi, że od początku przeczuwał coś złego. - Samolot wyleciał z Londynu z czterdziestominutowym opóźnieniem. Na lotnisku nie informowano o mgle nad Polską. Dowiedziałem się przypadkowo, bo jeden z pasażerów rozmawiał o tym przez komórkę. Powinni odwołać samolot! A tak, wysadzili prawie 200 ludzi na obcej ziemi. Przeżyliśmy koszmar, ale nasza Ela była bardzo dzielna.

    "Nie rosumiem"

    W Berlinie najpierw tradycyjnie była odprawa paszportowa, po niej oczekiwanie na bagaże. - Już wtedy Niemcy pokazali, że nas nie lubią - twierdzi Ela.

    Walizki długo nie pojawiały się na taśmie. Zmęczone dzieci zaczęły na niej siadać, wśród nich również zaspana mała Sojkówna. Wówczas ktoś z obsługi lotniska zaczął krzyczeć po niemiecku. Jedno dziecko rozpłakało się.
    Starszych dzieci było kilkoro, ale pechowym samolotem przyleciały również niemowlęta.

    - To upokarzające: młoda matka, prawie ze łzami w oczach powiedziała głośno, że nie ma co dać dziecku do jedzenia, bo w Londynie wniosła do samolotu jedną butelkę mleka. Niemiec był bezczelny, powiedział po polsku: "Nie rozumiem" - opowiada pani Jadwiga.

    Ela ją poprawia: - On powiedział raczej "Nie rosumiem".

    - W tym samym czasie jeden z podróżnych dowiedział się, że żadne autokary po nas nie przyjadą i zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Perspektywa spędzenia nocy na lotnisku dobiła mnie - mama Eli poczuła się jeszcze gorzej, gdy Niemcy zaczęli ich przeganiać.

    Jedzenie dla konia

    Pasażerom Ryanaira kazano przejść do innego pomieszczenia. Około 100 osób rozeszło się i później wróciło do Polski na własny koszt. Zostało mniej więcej 80 pasażerów. Odważniejsi powiedzieli stanowczo, że nie ruszą się z miejsca. Po chwili przyjechała niemiecka policja, co najmniej 10 umundurowanych. - Mówili na nas "szajse" - Ela pamięta nawet, jak patrzyli na dzieci z obrzydzeniem. - Byli wstrętni!

    Policja zrobiła kordon i wypchała Polaków do holu na lotnisku. Jeden chłopak robił zdjęcia, wyrwali mu aparat.

    Na holu pasażerowie dzielili się jedzeniem. Starsi częstowali dzieci kanapkami. Bufet był czynny, ale Polacy w większości nie mieli przy sobie euro, tylko funty i złotówki, a kantory nie działały o tej porze. - Pracownicy bufetu podali nam w końcu wodę z kranu w plastikowych kubkach i suchy chleb - opowiada pan Marian. - To przecież jest jedzenie dla konia - wtrąca się Ela.

    Pasażerka na wózku inwalidzkim dostała krwotoku, zabrało ją pogotowie. Dwoje dzieci także zaczęło krwawić z nosa - ze zmęczenia. Niemcy się zlitowali, przynieśli pięć koców. Ela się załapała.

    - Nagle ktoś powiedział, że nie możemy liczyć na Ambasadę Polską w Berlinie, bo tam o tej porze nie ma żywej duszy. Wprawdzie sprowadzono do nas konsula, ale usłyszeliśmy od niego, że w nocy nie uda mu się załatwić transportu - opowiada mama Eli.

    Koczujący na holu

    Ryanair wyjaśnia


    Tomasz Kułakowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Ryanair na Europę Środkową powiedział "Pomorskiej", że nie był w Berlinie, więc nie widział, jak Niemcy przyjęli Polaków: - Nie widziałem też, jak zachowali się Polacy. Lotnisko jest jednak miejscem, gdzie musi panować bezwzględny porządek, stąd obecność odpowiednich służb. Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Rano podstawiliśmy autokary, bo w nocy nie było to możliwe. Pasażerom, którzy pojechali na własny koszt nie należą się odszkodowania, ponieważ sami wybrali alternatywny transport. Mogą jednak zwrócić się do naszego biura obsługi klienta, które rozpatruje wszystkie sprawy indywidualnie.



    W takiej sytuacji jeden z pasażerów zadzwonił do znajomego przewoźnika w Polsce z pytaniem, czy przyjedzie do Berlina. Tamten zgodził się, więc wśród koczujących na posadzce w berlińskim holu, zaczęła się zrzutka: w euro, funtach i złotówkach.
    Pozostało już tylko czekanie...

    - Przeżyliśmy ciężką noc, ale byliśmy tak zmęczeni, że nawet posadzka przestała nam przeszkadzać. Zasnęłam, choć nigdy nie spałam na posadzce - zdradza pani Jadzia. - Obudziły mnie głosy podróżnych - nad ranem zaczęli pojawiać się na lotnisku. Przechodzili koło nas, dziwnie patrzyli, jak na bezdomnych. Spojrzałam obok: Ela jeszcze spała.

    Po godzinie ósmej dotarły autokary: jeden polskiego przewoźnika i dwa wynajęte przez Ryanaira. Część osób wróciła do Bydgoszczy w autobusie przewoźnika z Polski. Pozostali zabrali się autokarem Ryanaira. Trzeci nie był już potrzebny. Podróżnym, którzy w Berlinie zrzucili się na prywatny autobus, oddano pieniądze na bydgoskim lotnisku.

    W Bydgoszczy czekała telewizja. Elę nagrali i pokazali w kilku programach.
    - Rozumiem, że warunki pogodowe nie pozwoliły na lądowanie, że potrzeba trochę czasu na zorganizowanie autokarów. Jednak nigdy nie zrozumiem, dlaczego Niemcy nas tak przyjęli - kończy oburzona Jadwiga Sojka.

    - Oni po prostu nas nie lubią, mamo - dodaje Ela. - Nie polecę już nigdy do Berlina.
    Dziewczynka po powrocie z Berlina spała 14 godzin. Miała przecież ciężki tydzień.
    Ryanair nie odpowiada za zachowanie Niemców. Ale powinien odpowiadać za swoich pasażerów. Oni jednak pozostali sami. Skazani na niewygody i upokorzenia.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo