Tam, gdzie mieści się punkt kochania

    Tam, gdzie mieści się punkt kochania

    Karina Obara [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Basia i Andrzej walczyli o prowadzenie rodzinnego domu dziecka przez pięć lat.

    Basia i Andrzej walczyli o prowadzenie rodzinnego domu dziecka przez pięć lat. ©Fot. Łukasz Fijałkowski

    Andrzej i Basia Siewińscy z Torunia prowadzą rodzinny dom dziecka. Mieszkają na uboczu, w ciszy lasu, z dala od wścibskich oczu sąsiadów. Wychowują ośmioro dzieci.
    Basia i Andrzej walczyli o prowadzenie rodzinnego domu dziecka przez pięć lat.

    Basia i Andrzej walczyli o prowadzenie rodzinnego domu dziecka przez pięć lat. ©Fot. Łukasz Fijałkowski

    Gdy Basia widzi, że Patryk nie w sosie, daje mu spokój. Obserwuje bacznie, kiedy można ponownie się zbliżyć. Andrzej nie przyspiesza przyjaźni z Wioletką. Wie, że mała potupie, pokrzyczy, a później i tak otworzy zranione serce.
    Andrzej i Basia Siewińscy z Torunia prowadzą rodzinny dom dziecka. Mieszkają na uboczu, w ciszy lasu, z dala od wścibskich oczu sąsiadów. Wychowują ośmioro dzieci. Najmłodsze ma osiem, najstarsze 21 lat.
    Że kłopotów będzie co niemiara, Basia i Andrzej wiedzieli. Mimo to walczyli pięć lat, aby prowadzić taki dom. Wygrali. Mówią, że wygrywają teraz codziennie, bo to wielki dar opiekować się dziećmi, które są często prawdziwsze w swych zachowaniach niż dorośli. A że poranione, dotknięte przez najbliższych najdotkliwiej, melancholijne czasem, bo rozpamiętują, płaczą, tęsknią do mamy...I na to jest rada. Jaka? Na każde z osobna inna, bo każde dziecko, choćby losy miało podobne, inaczej je przeżywa. Wszystkie jednak potrafią pięknie kochać. Nie zawsze za to dorośli wiedzą, gdzie ten punkt kochania się mieści. U jednego w oczach, które patrzą na kwiaty w donicach podlewane przez Basię, u innego w dłoniach, które głaszczą persa rozkładającego się na kolanach Andrzeja.

    Wioletka...

    na przykład taki punkt kochania dopiero odkrywa, i w sobie i w Basi. Raz się zbliża, raz oddala, aby zbadać na ile może się już przysunąć, aby jej znów nie zraniono. Dlatego czasem woli trzymać się z daleka. Raz postanowiła nawet się wyprowadzić. Spakowała ciuchy do worka na śmieci, bo nie mogła się pogodzić z tym, że musi się uczyć, że ktoś od niej czegoś wymaga. Rozmyśliła się jednak. Szkoda jej się zrobiło, i persów i ciepłego fotela i czułego spojrzenia Basi, nawet gdy Wioletka coś zbroi. I biurka też nie miała zamiaru oddawać, bo jednak uznała, że nie chce, aby tu przyszło inne dziecko. Chodziło boso po jej łóżku, dotykało palcami jej zeszytów, książeczek do malowania i czytania. Basia tylko patrzyła. Dała Wioletce czas na zastanowienie, bo Wioletka ma już 9 lat i potrafi pomyśleć samodzielnie, co jest dla niej dobre, a co zaboleć może jeszcze mocniej. I Wioletka powoli korzysta z tego czasu, uczy się żyć w rodzinie, dotykając codziennie jej nowych elementów. W poznawaniu pomaga jej Basia (13 lat), Kasia (15), Patryk (16), Damian i Jarek (17), Patryk (20) oraz Adrian (21). Każde z nich może liczyć na siebie wzajemnie, bo nad tym czuwa Basia i Andrzej. Każde też wie, że lepiej jest w takim domu, w którym mieszka mniej dzieci, bo mniej dzieci to więcej uwagi dla każdego z osobna. A uwaga jest potrzebna, aby lepiej zrozumieć dziecięce problemy, które mogą doprowadzić do nieszczęścia, jeśli się w porę o nich nie powie komuś bliskiemu.

    Basia wie, że musi patrzeć w oczy, gdy rozmawia z Patrykiem. Wtedy i on słucha i ona lepiej się koncentruje. Rozmowa wymaga skupienia, oddania się drugiej osobie, tak by wiedziała, że czas należy tylko do niej. Nikt jej go nie odbierze, nie przerwie w połowie, nie oszuka, że słucha z uwagą. Ale gdy Patryk nie w sosie, Basia nie nalega. - Niech się uczy do matury - mówi. Ważne, że widzi co się z nim dzieje, bo zagląda do jego pokoju. Przykryje, gdy zmarznie w nocy. Nawet jeśli jest już dorosły, potrzebuje troski. Musi wiedzieć, że tu go kochają.

    W naszym regionie

    W Toruniu są trzy, w Bydgoszczy dwa takie domy. Powstają również zawodowe rodziny zastępcze, gdzie wychowuje się po czworo dzieci. W Toruniu jest już ich sześć.



    rodzinne domy dziecka wciąż jeszcze nie są oczkiem w głowie tych, którzy mówią, że leży im na sercu dobro dzieci. Szczególnie tych dzieci, co przeżyły piekło w prawdziwych rodzinach.

    Co lepsze? Domy dziecka czy rodzinne domy dziecka, a może zawodowe rodziny zastępcze? - Najlepiej zawsze jest tam, gdzie mniej dzieci - twierdzi Halina Moczyńska, dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Toruniu. - Trzeba jednak pamiętać, że mniejsze domy powstały niedawno. Jestem przekonana, że pojawiać się ich będzie coraz więcej, że znajdą się na nie pieniądze.
    Tak samo uważa dr Jacek Błeszyński, specjalista pedagogiki opiekuńczej z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

    - Rodziny zastępcze i rodzinne domy dziecka są najbardziej wydolne w opiece nad dziećmi - powiada. - Są też najmniej zbiurokratyzowane, najbliższe dziecka i najlepiej wprowadzają w życie społeczne. Dziecku zawsze będzie lepiej tam, gdzie jest mniej osób i poświęca się mu więcej uwagi.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo