Dominika wyjechała na leczenie do Paryża zanim NFZ przekazał...

    Dominika wyjechała na leczenie do Paryża zanim NFZ przekazał pieniądze. Nie mogła czekać, nie ma na to czasu...

    Małgorzata Święchowicz [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Za pierwszym razem, gdy znany profesor miał jej otworzyć głowę, tańczyła pod szpitalem oberka, kujawiaka. Do ogolonej skóry plastrem przykleiła warkocz.
    Dziś w Paryżu upały. Jutro ma być jeszcze cieplej. Dominika dzwoni do domu z budki telefonicznej - mają umowę, że kontakty na razie tylko przez budkę, bo tak najtaniej. Jeżeli z komórki, to najwyżej SMS-y.
    - Dbaj o siebie, Rybko - prosi mama. - Zjedz coś dobrego, przytyj troszkę. Przytyłaś?
    - Oszczędzam - mówi Dominika (jabłka - 3,5 euro, kawa w centrum Paryża - 5, obiad najtańszy w barze na przedmieściu - 10, wciąż przelicza, ile to będzie w złotówkach).
    Dopóki nie ma naświetlania, osłabienia, wymiotów, musi być we Francji sama, żeby mniej wydawać na utrzymanie. Jeździ do kliniki podmiejską kolejką (w głowę wszczepili jej już pięć złotych implantów - gwarantują większą skuteczność przy naświetlaniu). Pisze książkę. Maluje.
    I myśli o tym, że jest tu jakby na kredyt - dotąd nie ma pisemnego potwierdzenia, że Narodowy Fundusz Zdrowia pokryje koszty leczenia. Nie wiadomo, ile uda się zebrać przez Polski Komitet Zwalczania Raka.
    - Sprawdź mamo, ile zebrali - prosi.
    Mama sprawdza. - Mówią, że na razie 700 złotych.

    Myszy

    Ostatnio czytała o myszach odpornych na nowotwory. Naukowcy jeszcze nie wiedzą, jak to się stało, ale myszy po ich zastrzyku przestawały chorować. - Wyobrażasz sobie? Jeden zastrzyk i po raku. Cudowne - mówi (dzwoni, jak zwykle pod wieczór, bo jest tanio, ale wieczorami nie jest tu fajnie, zdarza się, że jakiś Arab próbuje ją wyciągnąć z budki, bo mu się nie podoba, że zajęta). Taka dzielnica. Imigranci. Więcej kolorowych, niż białych. Wieczorem lubią poszaleć. Ale za to pokoje są tanie. Gdyby musiała nocować w przyszpitalnym hotelu wyszłoby trzy razy drożej.

    Sesja

    Joanna Kolan, nauczycielka polskiego z IV LO w Bydgoszczy, pamięta, że Dominikę już w liceum bardzo bolała głowa.
    - To może już wtedy się zaczynało? - myśli.
    Ostatnio, kiedy dowiedziała się, co z Dominiką - nie mogła zasnąć. Dominika, mój Boże. Taka wesoła, taka uczynna, wrażliwa. Po maturze wybrała filozofię klasyczną na uniwersytecie w Poznaniu.
    Zimowa sesja na pierwszym roku jest ciężka, więc wszystko dało się wytłumaczyć przemęczeniem. Podwójne widzenie? Pewnie od tego ślęczenia przy nocnej lampce. Drętwienie nóg, rąk? Pewnie za mało ruchu, bo tylko te książki i książki.
    Tato, na wszelki wypadek, zajął jej kolejkę u okulisty (bo teraz trzeba zająć, inaczej nie doczekasz). Później do neurologa. A że nie pilna sprawa, to wiadomo - długi termin.
    Kiedy w końcu lekarz wypisywał skierowanie na rezonans magnetyczny, zaznaczył, że może być guz mózgu. Ale natychmiast uspokoił: zawsze podejrzewa się najgorsze, to przyspiesza badanie.
    Mama Dominiki chodzi do Fary, pomodli się, pokłóci z Bogiem. I bierze dużo proszków, a i tak coś wypada z rąk, wypada z głowy (rencistka: gościec, zastawki serca, udar, żółtaczka wszczepienna typu B i typu C). Mówi, że tyle już ma, to i guza mogłaby mieć, żeby tylko Dominikę uwolnić.
    Tato (rencista po wypadku) siądzie czasami w fotelu, ręce opuści, i tak trwa w odrętwieniu.
    Przy jego fotelu, na stoliku są zdjęcia Dominiki, jeszcze sprzed choroby. I jeszcze sprzed pierwszej operacji.

    Oberek

    Profesor o znanym nazwisku, który później trafi do aresztu za branie łapówek od chorych, przyjmuje w prywatnym gabinecie, ma całą ścianę w dyplomach. Mówi, że trzeba się spieszyć z otwarciem głowy. - I proszę mi życzyć pewnej ręki - prosi. Żadnych aluzji, że to będzie coś kosztowało.
    Przed operacją kolega z zespołu tańca w Poznaniu przywozi stroje ludowe, będzie z Dominiką pod szpitalem wywijać oberka, krakowiaka, kujawiaka. Dominika uwielbia tańczyć. Do ogolonej głowy plastrem przykleja warkocz, naprawdę można się uśmiać. Jeśli tylko nie pomyśli się, że to może być ostatni oberek Dominiki.

    Brew i wbrew

    Po operacji ulga. Żyje. Ma czucie w rękach, nogach. Rodzice szczęśliwi. Profesor zadowolony z siebie.
    - A ja? Brew nad jednym okiem przestała mi się unosić. Nadal miałam bóle głowy. I cały świat oglądany na lewo był wciąż tym lewym, podwójnym światem. Mówili, że to oponiak, poradzili sobie, nic groźnego. Miałam jednak przeczucie, że coś jest nie tak, że tego guza mi zostawili. Tylko po co, w takim razie, zaglądali mi do głowy? Dukam to sobie teraz, z każdej strony, filozoficznie. I nie mam pojęcia.
    Siostra zapowiedziała, że jeśli kiedyś trzeba będzie zrobić drugą operację, też zetnie sobie włosy.
    I ścina. Dwie łyse wyglądają fajniej, niż jedna łysa.
    W Sosnowcu mają aparaturę, której Bydgoszcz jeszcze się nie dorobiła, więc Dominika jedzie do Sosnowca z nadzieją, że w końcu się uda, zniknie guz i zniknie świat widziany podwójnie (jeśli patrzeć na niego z lewej strony).
    Ma zaufanie do neurochirurga doktora Piotra Ładzińskiego. Jest mądry, cierpliwy. Inny, niż ci, którzy potrafią powiedzieć: Ma pani dwa miesiące, nic już nie można zrobić.

    Myśli

    - Pomimo studiowania filozofii klasycznej, gdzie przecież w kółko wałkuje się sprawy egzystencji, nie byłam w stanie wyobrazić sobie, jak można podchodzić do kwestii śmierci.
    Jak to jest, gdy człowiek się budzi i myśli tylko o tym, żeby wieczorem znów móc położyć się w łóżku. A kiedy się kładzie, myśli z kolei: żeby tylko było mi dane wstać.
    I nie ma co się doszukiwać jakiś reguł w sprawie życia i śmierci. Nie ma co myśleć, że jak będziesz optymistą, to wszystko dobrze się skończy. A jak zaczniesz krakać, to wykrakasz. Jak będziesz dobry, zasłużysz na przeżycie. A jak będziesz zły, to trudno, sam się prosiłeś.
    Dominika pamięta tamtą kobietę z Suwałk, uczynna, pod czterdziestkę, w domu czworo dzieci. - Będzie dobrze - mówiła. I nie żyje.
    A ta obok, nerwowa, pokrzykująca? Typ żołdaczki. Od rana ich ustawiała. - Tu się nie śpi! - mówiła i robiła dużo hałasu przed każdym naświetlaniem. Dominika bardzo się żołdaczki bała. Ale przeszło, minęło.
    Po pierwszej operacji było jednak najgorzej. Depresja.
    Po drugiej - częściowy paraliż twarzy. Ale rehabilitacja, otulanie się szalem dla rozgrzania mięśni i nerwów twarzy.
    - Mam już w miarę symetryczny uśmiech - mówi.
    Może po drugiej operacji nie było tak źle, bo był Kuba?
    Pamięta, że gdy go poznała, jej lewe oko uciekało w bok, brew nie chciała się podnosić, do tego blizna po operacji, szczękości. A mimo to Kuba się w niej zakochał. Wtedy jeszcze studiował fizjoterapię, można powiedzieć, że był przyzwyczajony do stawiania na nogi przewróconych...
    Ona lubi tańczyć i filozofować. On najchętniej siedziałby przy komputerze. Informatyka. A teraz wojsko. Bo Kuba nie chce już być fizjoterapeutą, startuje do szkoły podoficerskiej.
    Dominika śmieje się: - Ależ z nas para. Wojak i filozof.
    Czasami rozmarzą się, ile też razem mogliby zrobić. Szczególnie on wybiega w przyszłość.

    Rak nazwany

    Tyle jest tych nowotworów. Łagodny, półzłośliwy, złośliwy. Gruczołowy, płaskonabłonkowy. Rozrodczak, brodawczak. Przyzwojak, śluzak...
    - Po operacji w Sosnowcu stało się jasne, że nie mam oponiaka, jak mi mówili w Bydgoszczy. To struniak - rozpoznanie było, jak wyrok dożywocia. Bo struniak, nawet po doszczętnym wycięciu, odrasta.
    - Ale raczej powoli, więc myślałam, że da mi przynajmniej ze trzy lata. A tu kontrolne badanie i kurczę, on znów jest!
    Minęły tylko trzy miesiące od operacji, a odbudował się w 70 procentach.
    - Doktor Ładziński zobaczył zdjęcie i płakał razem ze mną. Masz mało czasu - powiedział.
    Wśród guzów śródczaszkowych struniak zdarza się najwyżej jeden na tysiąc. Czasami jeden na dwa tysiące. Dużo się naczytała o struniakach. Że rzadkie. Że złośliwe. U niektórych kręgowców zachowały się pozostałości struny grzbietowej (chorda dorsalis) - u człowieka są to jądra miażdżyste w kręgosłupie, w dyskach międzykręgowych. Fatalne umiejscowienie. Niska promieniowrażliwość. Słowem nie ma dobrych rokowań w przypadku struniaka.
    Ostatnio ksiądz z polskiej parafii w Paryżu zapytał ją, czy ma świadomość, że to może być kara za niechodzenie do kościoła.
    Nie, nie ma takiej świadomości. Ma wiele innych teorii. I ma swojego ulubionego Pascala: “Człowiek jest tylko trzciną, najwątlejszą w przyrodzie... mgła, kropla wody wystarczą, aby go zabić. Ale gdyby nawet wszechświat go zmiażdżył, człowiek byłby i tak czymś szlachetniejszym niż to, co go zabija"....
    - Zaczynają mi pomagać ludzie, których nawet nie znam - mówi Dominika. Najlepsze co człowieka może spotkać w chorobie, to właśnie drugi człowiek. Przy bardzo długiej chorobie robi się bardzo długi łańcuszek ludzi: sąsiadka podaje adres pani doktor, która z kolei podaje namiary na profesora. Asystent profesora jedzie na sympozjum, na którym poznaje neurochirurgów z Sosnowca, więc wie, co oni potrafią, poleca. Ktoś sobie przypomina, że ma kogoś w Sosnowcu, ten ktoś kieruje do pani Irenki, a pani Irenka oddaje pokój gościnny, więc mama Dominiki ma gdzie przenocować i może co rano biec do szpitala, czuwać.
    Mama - zawsze przy łóżku w szpitalu.
    Kuba - przy łóżku razem z mamą. Po operacji karmią Dominikę, odwijają i zawijają bandaże na nogach (nie pytają lekarzy, dlaczego trzeba bandażować, może chodzi o to, żeby uciskać, żeby krew z nóg szła do głowy?).
    Później, gdy okaże się, że guz szybko odrasta, ktoś mówi o radioterapii protonowej, której w Polsce nie ma, ale jest we Francji. Przez kuzyna - misjonarza udaje się znaleźć tanie mieszkanie w Paryżu. Ktoś, kto Dominiki nigdy na oczy nie widział, tłumaczy grubą teczkę dokumentacji medycznej. Ktoś pomaga dotrzeć do Centre de Protontherapie d' Orsay.
    Więc jest tutaj, we Francji. - Ja, rencistka. Wyobrażasz to sobie? - próbuje się śmiać, nie myśleć o pieniądzach. 420 złotych renty socjalnej, to nie jest zabezpieczenie, z którym można iść do banku i prosić o pożyczkę na przeżycie w Paryżu. A oni tu, w szpitalu, przygotowali już plan: 18 sesji protonowych, krótki odpoczynek i miesiąc sesji fotonowych. Jeden punkt będą naświetlać z ośmiu stron. Potrzeba na to 25 tysięcy euro.
    Dominika wyjechała, zanim z biura rozliczeń międzynarodowych NFZ zadzwonili i powiedzieli, że pokryją koszty leczenia (na razie ma tylko tę obietnicę telefoniczną). Nie mogli się nadziwić, że tak sobie wsiadła i tak sobie pojechała, bez pieniędzy, bez ich zgody. Przecież mogli się nie zgodzić.
    Faktycznie, mogli.
    Tyle że ona nie mogła już czekać.
    - Myślałam, najwyżej coś sprzedam. Może nerkę? Może nogę? Albo przykuję się do bramy centrum d'Orsay, żeby francuska prasa to nagłośniła i zmobilizowała polskiego ministra zdrowia.

    Taniec

    Paryż w czerwcu jest piękny. Paryżanki siedzą w kawiarniach nad wielkimi kubkami kawy, moczą w kawie bagietki. Ona (włosy krótkie, więc nitki szwów po wszczepionych implantach trochę za bardzo wystawały, wyciągnęła je sobie i teraz jest O.K.) poszła nad Sekwanę z pastelami, malowała. Ludzie na ulicy uczyli się tańczyć...
    22 czerwca zacznie się naświetlanie.

    Słońce

    Przyszedł pierwszy rachunek za wynajmowany pokój: 760 euro.
    W Polskim Komitecie Zwalczania Raka informują, że na koncie Dominiki przyrost, 4,5 tys. złotych.
    - A niedawno było tylko 700. Będzie dobrze - wierzy mama Dominiki. Jest przekonana, że to siła modlitwy (chodzi do Fary porozmawiać z Bogiem i proszę: jakoś się układa).
    Wiosna we Francji jest taka upalna.
    - Zaróżowiłam się - mówi Dominika, gdy dzwoni do domu (akurat nikt nie tłucze w budkę telefoniczną, wszyscy siedzą w kawiarenkach). Mama zaraz, żeby zapytała lekarzy, czy jej wolno na słońcu. I w ogóle niech jej coś więcej powiedzą. Dlaczego ten guz tak szybko rośnie?

    Jeszcze raz ludzie

    Dominika była ostatnio w polskiej parafii w Paryżu. Raczej nie dają jej szans na zbawienie.
    - Byłoby mi łatwiej, gdybym wierzyła. Ale ja, niestety, jestem do Kościoła trochę bokiem.
    Zrobili jej w szpitalu próbę przed naświetlaniem. Sprawdzali ustawienia, maskę na twarz. Ciężko. Duszno. Dobrze byłoby mieć kogoś, kto przy tym wszystkim potrzyma za rękę.
    Niektórym dużo daje wiara. Jej akurat dużo dają ludzie. Na przykład kiedyś w bydgoskim pubie poznała Wojtka, zmobilizował kolegów, założyli jej stronę internetową: www.dominikagoliszewska.info
    Ojciec szwagra podał informację w katolickim piśmie. Koledzy ze studiów obiecali rozkręcić akcję zbierania pieniędzy. No i jest jeszcze Małgorzata Sadowska, cudowna kobieta. To ona powiedziała Dominice: - Nie czekaj, jedź! Małgorzata była, zdaje się, pierwszą Polką, która trafiła do Centre de Protontherapie d'Orsay (struniak częściowo usunięty w Szpitalu Czerniakowskim w maju 2004, pewnie już dawno by odrósł, gdyby nie terapia protonowa). Małgosia, to teraz wzór i odniesienie dla Dominiki. Samotnie wychowuje dwóch synów - Kuba po wypadku samochodowym, Przemek - z porażeniem mózgowym.
    Ostatnio Dominika będąc w d'Orsay spotkała młode małżeństwo z Gdańska. Ona w piątym miesiącu ciąży, on ze struniakiem.
    Mama Dominiki już dawno przestała pytać Boga, dlaczego tak się dzieje (gdzieś czytała, że ludzie o niebieskich oczach są bardziej podatni na choroby). Nie spiera się już z Panem Bogiem. Widocznie taki jest Jego plan, daje człowiekowi krzyż zakładając, że człowiek udźwignie.
    ***

    Adres strony Dominiki: www.dominikagoliszewska.info
    Konto, na które Polski Komitet Zwalczania Raka zbiera dla niej pieniądze: Bank PKO BP V O/m Warszawa 51 1020 1055 0000 9102 0015 7594 z dopiskiem: Dominika Goliszewska

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo