Jak spełniaja się marzenia

    Jak spełniaja się marzenia

    MAŁGORZATA ŚWIĘCHOWICZ [email protected] rys. monika wieczorkowska

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Miała 28 lat i usłyszała: Pani płodność właśnie się skończyła.
    Ksiądz przyszedł do nich po kolędzie. Zagadnął o to, o tamto. I o dzieci, czy planują. Zapisał, że z dziećmi problem. Ale nie pociągnął wątku.

    Ginekolog bierze 500 złotych

    Magda - po magisterce, podyplomówce, praca dobrze płatna, ale zaraz może się skończyć. Mąż Magdy na kontrakcie, więc jest trochę więcej pewności. Wzięli kredyt na 30 lat, zbudowali dom pod Bydgoszczą. Kiedy zamawiali projekt, powiedzieli pani architekt, że muszą być koniecznie pokoje dla dzieci. Dom stoi - na razie brak pieniędzy na otynkowanie (może za pół roku). Okna wychodzą na sad sąsiadów i na pola. Ładnie. Dużo pokoi, pustych.
    - Cztery lata starań. Na ginekologa miesięcznie 500 złotych. Laparoskopia jajowodów w szpitalu, ale płatne do kieszeni - mówi Magda. Później prywatna klinika w Warszawie, teraz klinika w Łodzi, bo to tylko 200 kilometrów od domu, łatwiej dojechać, gdy lekarz wyznaczy wizytę na ósmą trzydzieści.
    Magda ma dobrego szefa, daje wolne, nie marudzi. No i Magda ma samochód, więc dojazdy nie są problemem, tylko benzyna! Inni sprzedali auto, żeby było na badania. W każdej klinice spotkasz taką parę: przyjechała pociągiem, z przesiadkami. Na przykład jazda do Białegostoku siedem godzin w jedną stronę: musisz na dworzec o drugiej w nocy, rano u lekarza - żona na ginekologiczny fotel, od męża biorą nasienie do badania. Później znów na dworzec, siedem godzin w pociągu i z dworca do pracy.
    W Internecie, na forum o niepłodności, kobiety z Kujawsko-Pomorskiego pytają, czy nie można by było znaleźć pomocy na miejscu, może Toruń, może Bydgoszcz. Ale te bardziej doświadczone radzą, żeby jednak do lekarzy dalej: Warszawa, Łódź, Białystok, Gdańsk.

    Reklamy z dziećmi i płacz

    Kobieta musi przejść hormonalne przygotowanie: podaje się leki zwane analogami, które mają blokować jej własną czynność hormonalną, a równocześnie podaje się gonadotropiny - jajniki są pobudzane do produkcji pęcherzyków zawierających komórki jajowe. Zwykle powstaje ich od kilku do kilkunastu. Pęcherzyki pod wpływem gonadotropin po ok. 7-14 dniach mają średnicę18-20 mm, wtedy podaje się zastrzyk z lekiem wyzwalającym owulację. Po ok. 36 godzinach od zastrzyku nakłuwa się pęcherzyki i pobiera komórki jajowe. Zabieg odbywa się w całkowitym znieczuleniu.
    Pobrane komórki przechowuje się w odpowiednich warunkach w inkubatorze. W dniu punkcji pobiera się nasienie przyszłego taty - ok. 2-6 godzin po pobraniu komórek jajowych dodaje się do nich odpowiednią ilość specjalnie przygotowanego nasienia. Po ok. 18 godzinach ocenia się, czy nastąpiło zapłodnienie - w niektórych przypadkach plemnik wprowadza się do komórki jajowej, to mikromanipulacja (ICSI - Intracytoplasmatic Sperm Injection).
    24 godziny po zapłodnieniu powstała komórka dzieli się na 2 do 8 komórek - w tym stadium wprowadza się je do jamy macicy przy pomocy specjalnego cewnika. Podaje się 2 lub 3 zarodki - pozostałe są zamrażane i przechowywane na koszt pacjentów. Można je wykorzystać w przyszłości, gdyby pierwszy zabieg się nie powiódł, albo gdyby para poddana terapii chciała starać się w przyszłości o kolejne dzieci.
    Zabieg wprowadzania komórek do jamy macicy (tzw. embriotransfer) jest bezbolesny. Od dnia pobrania komórek jajowych do 12 tygodnia ciąży podaje się leki progesteronowe. Jeśli wszystko się udało, po 14-17 dniach od embriotransferu testy ciążowe dadzą wynik pozytywny.



    Magda lubi rozmawiać z mężem o dzieciach. - Zawsze mówimy w liczbie mnogiej. Jakby to miały być bliźniaki.
    On już widzi tych dwóch małych chłopców, z łobuzerskim spojrzeniem, w czapkach na bakier. Ona płacze, gdy w telewizji są reklamy z dziećmi.
    - Wybraliśmy chrzestnych. I szkołę, w której bliźniaki będą się uczyć. I języki obce, bo wiadomo im szybciej zaczną, tym lepiej. To wszystko mamy już przegadane. Nawet sprawę przewijarki - znajomi nam odstąpią.
    Wyobrażają sobie, jak bardzo te wymarzone dzieci przewrócą im życie do góry nogami. Jak będą wydzierać się w nocy, szczególnie przy ząbkowaniu. Jak trzeba będzie nosić, utulać.
    Na budowę domu bank mógłby im dać kredyt hipoteczny we frankach, ale oni musieli wziąć konsolidacyjny (żeby jeszcze wystarczyło na dzieci), więc płacą odsetki wyższe, w złotówkach. Pani w banku, która przygotowywała umowę, w porządku, miła. Tylko nie wiadomo dlaczego wyobrażała sobie, że sztuczne zapłodnienie to hodowla ludzi w inkubatorze i wciskanie gotowych bobasów matkom w brzuch.
    - Kobieta wykształcona, fajna, a zupełnie zielona.
    Tak jak zielone są niektóre młode mężatki: 24-25 lat, chciałyby mieć dziecko, próbują naturalnie, i nic. Staramy się z mężem już osiem miesięcy! Rok. Dwa lata! Co robić??? - pełno jest takich w Internecie. Wchodzą na forum, już spanikowane, a przecież jeszcze pojęcia nie mają, co je czeka. Tym, które skończyły trzydziestkę (jak Magda) i zabiegają o dziecko piąty rok, albo szósty, albo ósmy, ręce opadają. One mają już swoje kody: gin (to ginekolog), owu (owulacja). Leki: antyki, bromek, gonal. Małpa (@) - miesiączka, przychodzi zawsze, kiedy jej nie chcesz. Wpadasz wtedy w dołek. - Mam korbę - mówisz. Albo: Mam jazdy, polki. Świruję. Mąż albo cię wspiera, albo chce odejść. Ma dość. - Dajmy sobie spokój - namawia. - Niech będzie jak dawniej.
    - Ale nie ma szans. Nic już nie będzie takie, jak kiedyś - Tatiana Ostaszewska-Mosak jest psychologiem zdrowia, wspiera pary, które zgłaszają się do Europejskiego Centrum Macierzyństwa InviMed w Warszawie. Żałuje, że z pomocy psychologicznej korzysta tak niewielu, choć IviMed za takie wsparcie nie bierze pieniędzy. Ludzie wolą nikomu nic nie mówić. Albo szukać pomocy w Internecie.
    Jak te młode mężatki starające się o dziecko od ośmiu miesięcy: Co robić? Pomóżcie! Starsze wkurzają się na młode, że takie jeszcze nic niewiedzące. Osiem miesięcy starań! Mój Boże, niech spróbują to przyłożyć do ośmiu lat!
    Osiem lat, to 96 cykli - kobiecie, która marzy o dziecku czas nie płynie dniami, miesiącami, latami. On goni cyklem. Każdy cykl to miesiączka, a miesiączka to porażka, koniec nadziei. Tak więc można tracić nadzieję 96 razy. Można mieć w tym czasie dwie, cztery, pięć inseminacji. I wszystkie na nic. Można mieć operację jajników, bez powodzenia. Terapię hormonalną, psychiczne doły, cztery zabiegi in vitro, poronienia.


    Koleżanka Magdy: 11 lat starań. Po in vitro uważała na siebie jak nigdy, ale prawy jajnik okręcił się, pękł. Przed operacją lekarz dał jej posłuchać, jak bije serce dziecka. Po operacji - cisza. Dwa dni po tym, jak usunęli jajnik, usunęli i dziecko. Równie dobrze mogli jej tam w szpitalu wyrwać serce.

    Powiedział i uciekł

    - Najgorsza w niepłodności jest samotność. Nie ma z kim porozmawiać - mówi Monika Popławska, 36 lat, biolog, nauczyciel akademicki, ma mieszkanie i pracę w Warszawie, więc blisko do dobrych klinik. Pierwsza ciąża - poronienie. I strach, co jest nie tak? Wszyscy w kółko tylko pytali, kiedy z mężem się postarają? Inni już mają dziecko, dlaczego nie oni?
    - Mówiłam, że nie chcemy. Bo co miałam mówić? Że nie mogę?
    Pamięta te kłamstwa. I zmagania. - W łóżku to my z mężem się nie kochaliśmy. My uprawialiśmy seks. Z wyliczeniem, jak w zegarku, że teraz. Bo akurat dzień płodny! Bo nie można przegapić! Żywcem się zabijaliśmy.
    Nie rozumie, dlaczego lekarze od razu nie zrobili podstawowych badań? Niedrożność jajowodów wyszłaby jak na dłoni. A tak? Monika była już grubo po trzydziestce, gdy lekarz podszedł do niej na korytarzu, powiedział: Jedyne wyjście, to in vitro. I uciekł.

    Obwiązać się paskiem

    Patrycja (starania od września 2003) jeździ z mężem do kliniki w Białymstoku, co miesiąc odkładają tysiąc złotych, nie mają mieszkania, wynajmują jeden pokój. Uzbiera się na in vitro, to się odetchnie, weźmie kredyt na mieszkanie.
    Ania - księgowa, 30 lat. Mąż - 32 lata, nauczyciel. Wydali w sumie 17,5 tys. (pożyczka w banku i dwie pożyczki w pracy).
    O tym, że mają problem, dowiedzieli się osiem lat temu. Plemniki. Ilość w porządku, morfologia też, tylko słaba żywotność. (Proszę nie podawać skąd jesteśmy i jak się nazywamy, bo wiadomo co ludzie sądzą o in vitro, zaczną nas wytykać palcami).
    Tych palców boją się nie tylko oni. Przygotowania do zabiegu zaczyna się często w wielkiej tajemnicy. Nie mówi się znajomym, rodzinie. Czasami nawet najbliższej. Po co teściowa ma płakać, biegać do spowiedzi? Odwodzić? Podsuwać do picia zioła Ojca Soroki? Albo do czytania "Nasz Dziennik", który od dawna radzi, żeby nie sięgać "po niemoralne techniki". Lepiej, według "Naszego Dziennika", obwiązać się paskiem świętego Dominika. Pasek można otrzymać od mniszek z Gródka wraz z zestawem modlitw.

    Więc się człowiek wije

    Najgorzej utrzymać tajemnicę w pracy. Przecież trzeba się urywać na wizyty w klinice, badania, posiewy, wymazy. A jeszcze: mocz, morfologia, cytologia, Cytomegalia, Toxoplazmoza, Chlamydia, hormony w zależności od dnia cyklu - FSH, testosteron, PRL, Progesteron, TSH. Do tego test Frieberga, badanie cytogenetyczne, HIV, HBs, WR, HCV, APPT, PT, poziom białka w surowicy, transminazy ASPAT + ALAT, glukoza, EKG, USG...
    Gdy zacznie się stymulacja hormonalna, USG trzeba powtarzać co drugi dzień. Ile razy możesz mówić szefowi, że musisz się wyrwać. Więc się człowiek wije, że niby go wezwała skarbówka, że musi pilnie na pocztę, że do gazowni. Albo, że w drodze do pracy był wypadek. Że mandat niesłusznie i trzeba wyjaśnić.
    Ania (księgowa) powiedziała swojej szefowej w październiku 2004, kiedy szykowała się do zabiegu w klinice w Mysłowicach. Szefowa pozwoliła brać wolne, gdy trzeba było jechać do kliniki. I spóźniać się trochę, gdy trzeba było co rano na badania.
    Donata (w lipcu będzie miała 34 urodziny), nie szczypie się, mówi głośno o in vitro. Chociaż teść jest katechetą. Wybrała z mężem klinikę w Łodzi: 13 lat po ślubie, dwa jajowody niedrożne. - Nie było na co czekać - mówi.
    Nie pracuje, więc nie musiała się tłumaczyć szefowi. A mąż też nie nadużywał urlopów, radził sobie jakoś bez snu. W pracy brał nockę, w dzień jechał z Donatą do Łodzi, i znów szedł na nockę.
    - Lekarz uprzedzał, że za pierwszym razem to się raczej nie uda, żebym się nie nastawiała. To się nie nastawiłam.
    Rodzina też mówiła, że to tylko wyciąganie pieniędzy i nic z tego nie będzie. Poszły oszczędności i wszystko z konta debetowego. Ale udało się za pierwszym razem!
    - To bliźniaki - mówi Donata. Chciałaby, żeby dwie dziewczynki. A mąż, żeby byli chłopcy. Za tydzień pójdą na trójwymiarowe USG, sprawdzą. Donata na tę okazję przefarbowała włosy, koniec z blondem. W ciąży będzie szatynką.

    Szok! Dwie kreski

    Ania rzuciła klinikę w Mysłowicach, po tym, jak lekarz powiedział, że weszła w okres menopauzy. - Miałam wtedy 28 lat, a on mi mówił, że moja płodność właśnie się skończyła!
    Ktoś podpowiedział, żeby może spróbować akupunktury, medycyny chińskiej, ziół... Próbowali. Bioenergoterapeuta z Łowicza kazał jeść orzechy włoskie w miodzie, więc jedli. Kazał pić wodę, którą naenergetyzował. Pili. Ciąża miała się pojawić po trzech miesiącach, nie było ciąży.
    W ubiegłym roku zdecydowali się na klinikę w Warszawie. Okazało się, że żadna tam menopauza, że można spróbować in vitro z mikromanipulacją. 15 października była punkcja, trzy dni później transfer zapłodnionej komórki. 31 października Ania zrobiła test ciążowy.
    - Pojawiły się upragnione dwie kreski! Szok! Płakaliśmy ze szczęścia.
    Już wiadomo, że to chłopiec. W ubiegłym tygodniu zrobili badania genetyczne. Jest zdrowy.

    Niech nie mówią, że niemoralne

    Donata urodzi w sierpniu - w czasie stymulacji do in vitro wykształciły się tylko trzy pęcherzyki (innym wykształca się nawet i 13), więc był stres. Ale w porządku, ciąża bliźniacza, idealnie. Termin porodu: 26 sierpnia.
    - I niech moherowe berety odwalą się od nas! Niech nie mówią, że to niemoralne.
    Monika Popławska (biolog), gdy decydowała się z mężem na in vitro, klimat do tego był lepszy. Nie było moralnej nagonki, walczyło się o refundację. Teraz walczy się choćby o zrozumienie. - Jakie to zabijanie dzieci? - mówi Popławska. 17 sierpnia ubiegłego roku urodziła Łucję - swoje szczęście, światło, swój cud. Łucja właśnie skończyła pół roku, ma jeden ząbek, drugi wychodzi. - Jest sumą perfekcji - mówi mama, zachwycona córeczką. Gdy wychodzi z Łucją na spacer, i ludzie zaglądają do wózka, też się rozczulają, jaka śliczna. Monika zaraz mówi, że z in vitro.
    Nie kryje się z tym. Raz nawet pokazała się z Łucją w "Polsacie". Otwarcie mówi, że jak była stymulowana do in vitro, to miała 12 jajeczek, dziewięć udało się zapłodnić, dwa wykorzystano do zabiegu, siedem zamrożono.
    Monika płaci za "mrożaczki" 400 złotych rocznie.
    - To są moje potencjalne dzieci - wyjaśnia. Planuje jeszcze zajść w ciążę. - Więc nic PiS-owi do moich komórek.

    Ale im sięnie odechciewa

    Magda (ta, która spłaca dom pod Bydgoszczą) czasami, gdy czeka w przychodni na badania, mówi, że chce mieć dziecko z in vitro i patrzy na reakcje. - Widzę sztylet w oczach moherówek.
    Gdy idzie do kościoła, przystępuje do komunii, choć w czasie spowiedzi ani się nie zająknie, że była z mężem w klinice, że są po pierwszej inseminacji, zbierają pieniądze na drugą, a jak się nie uda, to trzeba będzie skorzystać z in vitro.
    Gdy zaczęły się ferie, ściągnęli do siebie dzieci znajomych (- Niech sobie odpoczną z dala od miasta). Znajomi mieli nawet nadzieję, że to podziała terapeutycznie - niech no tylko im się te wszystkie dzieciaki rozbiegną po domu, niech się rozkrzyczą, rozbrykają, dadzą do wiwatu, to może przejdzie im tęsknota za własnymi. Może im się odechce? Ale im się nie odechciewa.

    Telefony znów dzwonią

    - Człowiek tęskni za dzieckiem, ale tak naprawdę nie wie, za czym tęskni - mówi Monika Popławska. Ona nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, jakie to szczęście móc przytulić córkę. Albo patrzeć, jak córka się uśmiecha.
    Dochodzi trzynasta, trzeba nakarmić Łucję. Mała je, posapuje. Telefony dzwonią - stacjonarny i komórkowy równocześnie, Monika nie wie, co najpierw, ma za mało rąk. Gdy Łucji nie było, była cisza, pustka. Żadnych telefonów, maili. Nikogo, kto by rozumiał, przed kim chciałoby się otworzyć. Teraz ludzie wrócili, a może to Monika z mężem i dzieckiem wrócili do ludzi? Każdy jakoś tak bardzo zainteresowany, deklaruje pomoc, ubranka po swoich dzieciach, zabawki.
    Tylko z jedną kuzynką jakoś tak trudno się rozmawia. - Jest w moim wieku - mówi Monika. - Nie ma dziecka. Ale nie chce tego tematu poruszać.

    ***

    W krajach wysoko rozwiniętych na niepłodność cierpi 12 procent populacji, w Polsce nie prowadzi się takich badań. Szacunki mówią, że problem dotyczy co piątej pary. Stanowisko Światowej Organizacji Zdrowia jest jasne: niepłodność wymaga leczenia, jak każda inna choroba. We Francji, Austrii, Hiszpanii czy Portugalii zabiegi wspomagania prokreacji są w całości refundowane. W Niemczech, Włoszech czy Wielkiej Brytanii koszty in vitro są w znacznej części pokrywane przez państwo. Tylko w Polsce, na Litwie, Ukrainie i w Rumunii niepłodne małżeństwa nie mogą liczyć na żadną finansową pomoc.
    W styczniu ubiegłego roku poseł Zbigniew Janowski (SLD) w swojej interpelacji do ministra zdrowia Marka Balickiego przypomniał koszty: sam zabieg in vitro - od 4 do 7 tysięcy złotych (w zależności od kliniki). Przed zabiegiem należy wykonać serię badań (odpłatnych), do tego przejść stymulację lekami. Przykład kosztów: Decapeptyl Depot (412 złotych za ampułkę), Decaceptyl (ampułka 38 złotych, a podaje się jedną dziennie przez blisko miesiąc), Gonal (ampułka 110 złotych, trzeba brać od 2 do 4 dziennie), Menopur (około 85 złotych za sztukę, a też potrzeba od 2 do 4 dziennie). W sumie, jak wyliczył poseł Janowski, na przygotowanie do zabiegu i sam zabieg trzeba przeznaczyć do 15 tysięcy złotych (jeśli pierwszy się nie powiedzie i trzeba in vitro powtórzyć, koszty rosną dop. red.).
    Poseł Janowski wypomniał ówczesnemu ministrowi, że zabieg, zgodnie z Ustawą o świadczeniach opieki zdrowotnej, powinien być refundowany. Ustawa weszła w życie w październiku 2004 roku. W marcu 2005 poseł dostał odpowiedź z ministerstwa, że prace nad refundacją trwają, tylko "zagadnienie wymaga rozwiązania szeregu problemów", trzeba ustalić standardy jakości, efektywności, cenę, liczbę procedur... Ale przyszedł nowy minister, prof. Zbigniew Religa, i rozwiał nadzieje: pary cierpiące na niepłodność zostaną bez wsparcia. Tuż przed Nowym Rokiem powiedział, że stoi przed wyborem, czy dać pieniądze na ratowanie życia ludzkiego, czy na zapłodnienie in vitro. - Wybieram ludzkie życie - oznajmił. - Nie zamierzam w tej kwestii zmienić zdania.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo