Julitka

    Joanna Grzegorzewska [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Julitka
    Strona internetowa Asi z południa Polski jest czarno-biała, w komórce zapikał SMS z informacją o pogrzebie Martusi. A o następnej koleżance, która przegrała walkę z chorobą, usłyszała od pani ze sklepu.
    Julitka
    To mogła być tylko Kasia. Ale czy na pewno? O tym mogła wiedzieć Sylwia, która razem z Kasią leżała w jednej sali.
    Telefon do szpitala. Do Kliniki Onkologii i Hematologii we Wrocławiu.
    - Czy mogę rozmawiać z Sylwią?
    - ...
    - Halo?
    - Sylwii już nie ma, odeszła.
    - Poszła do domu?
    - Nie ma jej wśród nas.
    - To niemożliwe, pani coś poplątała! To Kasia nie żyje, nie Sylwia!
    - Obie umarły.
    Julita nie pamięta, ile czasu stała ze słuchawką przyciśniętą do ucha. Sygnał mówiący o tym, że na drugim końcu Polski rozmowa się skończyła, dochodził do niej jakby z gwiazd.

    Julitka



    Julita ma 15 lat. Mieszka w Janowie, niedaleko Wagańca.
    O tym, że ma białaczkę, dowiedziała się, gdy była trzynastolatką. Wtedy ważyła 64 kilogramy, dzisiaj - 48.
    Asię, Martusię, Kasię, Sylwię Julita poznała w szpitalu.

    Przyjaźń

    Asia leżała w pokoju obok. Widziały się tylko przez szybę, ale wiedziały o sobie wszystko. Dzięki rodzicom. I przez tę szybę sprawdzały, której z nich odrastają szybciej włosy.

    W jednej sali leżała z Sylwią. Kiedy Sylwia wychodziła do domu, Julita trzymała jej łóżko, żeby nikt nie zajął miejsca.
    Martusia miała "wznowę" (nawrót) choroby i była rok młodsza od Julity. Z nią też Julita dzieliła szpitalny pokój i to do niej najczęściej wysyłała SMS-y po powrocie do domu.
    Kasia...
    - Ale mam kontakt z Pauliną. Ona też już jest po przeszczepie szpiku kostnego, tak jak ja - Julita promienieje. - Na początku nie pisałyśmy do siebie, ale... Znalazłam adres Pauliny w biurku, wysłałam list. Teraz często dzwonimy do siebie, odwiedzamy w weekendy.
    - Rozmawiacie o chorobie?
    - Nie. Raczej nie.
    Bo o TYM raczej się nie rozmawia. Nie myśli się też, co będzie za dziesięć, piętnaście lat; myśli się o leukocytach, krwotokach, poparzonym od chemii przełyku i następnych wynikach. Pamięta się każdy dzień, każdą godzinę, każdą zwymiotowaną tabletkę.

    Strach

    5 września 2003 roku, szósta klasa, pierwsza lekcja wuefu po wakacjach. Na rozgrzewkę - biegi, czyli to, w czym Julita zawsze była dobra. Ale coś jest nie tak: nie może złapać oddechu, nogi odmawiają posłuszeństwa, a po kilku metrach jest tak zmęczona, jakby przebiegła maraton. Nauczycielka mówi: - Idź do lekarza, może to przepuklina. I Julita idzie, ale po to tylko, żeby dostać zwolnienie.

    Julita: - Nigdy nie chorowałam, byłam zdrowa jak ryba.
    Ojciec Julity, Piotr Kudliński: - Na szczęście, pani doktor powiedziała - wolnego, najpierw musimy sprawdzić, co ci jest.
    Julita: - To było zwykłe badanie krwi.
    Ojciec: - Kiedy pani doktor zobaczyła wyniki, powiedziała, że chyba coś się zepsuło, bo to niemożliwe, żeby Julitka miała tyle leukocytów.
    Julita: - Było ich 220 tysięcy, a białych krwinek można mieć tylko od 4 do 10 tysięcy.
    Ojciec: - Powtórzyliśmy badania, wynik był ten sam. Później jeszcze raz w szpitalu w Aleksandrowie. I znowu to samo. Lekarz powiedział: trzeba jechać do kliniki w Bydgoszczy. Pojechaliśmy tego samego dnia, lekarze już na nas czekali.
    Przed samym wyjazdem lekarka mówi Kudlińskim: - To może być białaczka, a Piotr i Elżbieta zapamiętują to "może" najmocniej. Bo to "może" może oznaczać pomyłkę, inną chorobę i Bóg wie jeszcze co. To musi być "może"! Białaczkę miał przecież kolega Piotra i zmarł. Co prawda szesnaście lat temu, lekarze może jeszcze nie wiedzieli tyle co teraz, ale kolega leczył się w Szwecji, w najlepszej klinice w tym kraju, więc... Ale spokojnie, trzeba poczekać na diagnozę lekarzy.

    Od Janowa do Bydgoszczy Kudlińscy nie zamieniają ze sobą ani słowa.

    Płacz

    Od września 2003 roku, mama Julity tylko raz nie posłuchała męża. Rozpłakała się w szpitalu, choć mąż powtarzał chyba ze sto razy: wypłakać trzeba się w domu, Julitka nie może się bać. Ale ten jeden raz, kiedy przyszła do córki w odwiedziny z babcią, nie wytrzymała, przez babcię właśnie, bo to ona pierwsza zaczęła płakać. Dzisiaj powstrzymywanie łez też nie przychodzi łatwo, dlatego... Mama Julity mówi mało albo wcale.

    Badania

    - Rodzice powiedzieli mi tylko tyle, że jedziemy do Bydgoszczy zrobić dokładniejsze wyniki. Zauważyłam, że jestem na onkologii, ale nie miałam pojęcia, co to za oddział. Szpital to szpital po prostu. Dziwiłam się tylko, że żadne dziecko na oddziale nie ma włosów. Zapytałam więc dziewczynkę, która ze mną leżała, co jej jest, a ona powiedziała, że choruje na białaczkę. Później okazało się, że praktycznie wszyscy na tym oddziale są chorzy na białaczkę, ale pomyślałam, że to taki zbieg okoliczności. Że ja też mam białaczkę, dowiedziałam się dopiero następnego dnia, kiedy zapytałam lekarza co mi jest.
    - Co odpowiedział?
    - Że mam za dużo leukocytów i że trzeba je zbić. I że muszą mi jeszcze wbić igłę w kość, żeby pobrać szpik do badania, ale żebym się nie bała, bo nic mnie nie będzie bolało.

    O tym, że konieczny będzie przeszczep szpiku kostnego, rodzice Julity dowiedzieli się już pierwszego dnia jej pobytu w szpitalu. Tego też dnia Piotr Kudliński powiedział żonie pierwszy raz, że szpital to nie miejsce na płacz.

    czekanie

    Julita była na oddziale trzy tygodnie, oprócz nadmiaru białych krwinek, miała powiększoną wątrobę i śledzionę. Lekarze robili jej badania krwi, moczu, USG, tomografię. Było normalnie - bez bólu, strachu i płaczu. Wróciła do domu, żeby brać tabletki, czekać na dawcę i na miejsce w szpitalu. Nie wróciła do szkoły. Nauczyciele zaczęli przychodzić do niej.

    - To był najgorszy okres, to oczekiwanie - ojcu Julity do dziś ciężko o tym mówić. - Wiedzieliśmy, że tylko przeszczep może uratować jej życie, ale nie mogliśmy znaleźć dawcy. Najpierw przebadałem się ja i żona - niestety. Później nasze dzieci - to samo, choć w nich była największa nadzieja. Jeszcze później przebadali się moi bratankowie, siostrzeńcy i też nic.

    Lekarze zaczęli więc szukać dawcy w bankach szpiku, Kudlińscy czekali na telefon. Przez rok. A kiedy już zadzwonił, Elżbieta i Piotr usłyszeli, że szpik przyjedzie z Niemiec, że mają jak najszybciej przyjechać do Wrocławia.
    O "swoim" dawcy do dzisiaj wiedzą tylko tyle, że ma 40 lat, 2 metry wzrostu, 88 kilo wagi. Reszta danych jest tajemnicą. A oni chcieliby znać jego nazwisko, spotkać się, podziękować, porozmawiać i... I sami nie wiedzą, co jeszcze.

    Nadzieja

    Piotr: - Kiedy tylko usłyszałem "przyjeżdżajcie", sala czeka, to... Nie wiem dokładnie, co się ze mną działo. To był strach pomieszany z radością, bałem się tego, co będzie, a jednocześnie cieszyłem się z tego przeszczepu, bo to był przecież jedyny ratunek dla Julitki!

    Julita: - Telefon zadzwonił wieczorem, 25 października 2004 roku. Kiedy się pakowaliśmy - pierwszy raz się rozpłakałam, ale zaraz powiedziałam sobie, dam radę, wszystko będzie OK.
    Na "przeszczepach" (tak o tym oddziale mówią pacjenci) znalazła się 27 października. Chemię, która miała zniszczyć jej chory szpik, zaczęła brać 1 listopada.

    Chemia

    Klinika we Wrocławiu, "przeszczepy". Julita ma ścięte włosy (były długie, do pasa, ojciec ścinał je nożyczkami chirurgicznymi, trzęsły mu się ręce), na każdy dzień inną szczoteczkę do zębów, inną piżamę, ręczniki papierowe, folię aluminiową, w której pielęgniarka dostarcza jedzenie.

    Szpitalna sala, w której leży, jest sterylnie czysta. I zamknięta. Wchodzić mogą do niej tylko lekarze i rodzice. Wszyscy w specjalnych ubraniach, papciach, maseczkach i rękawiczkach. Wszyscy - przy każdym wejściu - przechodzą dezynfekcję. Julita nie broni się przed tym zamknięciem, bo wie, że przez chemię jej układ odpornościowy będzie w strzępach.

    Chemię Julita dostaje w tabletkach, cztery razy dziennie (o godzinie 9, 14, 18 i 22). Cztery raz dziennie po 32 tabletki, czyli w sumie 128 pigułek. Po czterech dniach Julita ma już problemy z przełykaniem.

    - Brałam tabletkę, wymiotowałam, przynosili następną. I tak w kółko - opowiada Julita. - Zlitowali się nade mną, piątego dnia dostawałam już chemię dożylnie. Wszystko mnie bolało, włosy zaczęły mi wychodzić, nogi puchły, nie mogłam się załatwić, nie mogłam nic przełykać, karmili mnie dożylnie. Boże, co to był za ból!
    Julita dostaje morfinę (od tego czasu ciągle śpi, nie ma z nią kontaktu).
    Mama myje ją specjalnym, bezzapachowym płynem (płyn jest czarny i lekko się klei). Do mycia używa pieluszek.

    Przeszczep

    Dziesiąty listopada, godzina 19.30. Dwieście mililitrów szpiku od dawcy z Niemiec przed chwilą dotarło do kliniki.

    Julita ogląda telewizję, lekarze podłączają kroplówkę.
    Obok siedzi mama Elżbieta i ojciec Piotr.

    Po godzinie jest już po przeszczepie.

    Po przeszczepie

    Wyniki z dnia na dzień są coraz lepsze, aż w końcu tak dobre, że lekarze, po czternastu dobach, pozwalają otworzyć sterylną salę. Rodzice Julity nie muszą się już dezynfekować, zakładać masek ani rękawiczek. Julita czasami wychodzi z pokoju, ale mama ciągle pomaga jej w myciu. I właśnie przy tym myciu Kudlińska zauważa, że brzuch córki jest cały w krostkach. Swędziało okrutnie.
    Później przyplątuje się zapalenie płuc.

    Jeszcze później krwotoczne zapalenie pęcherza.
    Są też silne biegunki, cukrzyca polekowa...
    Tak bywa, kiedy układ odpornościowy pacjenta jest taki słabiutki.
    Aż w końcu, po pięciu miesiącach walki, Julita słyszy: - Możesz wracać do domu.
    Był marzec, 2005 roku.
    Piotr Kudliński wylicza, że w ciągu tych pięciu miesięcy trasę Janowo-Bydgoszcz-Wrocław pokonywał 21 razy, co daje ponad 14 tysięcy kilometrów.
    I robi to nadal, bo raz w miesiącu - on i córka - jadą na kontrolne badania.

    List

    Od przeszczepu minął ponad rok, od ostatniej połkniętej tabletki miesiąc. Julita napisała do redakcji list: "Jestem już w domu, czuję się dobrze, chciałabym tym wszystkim, którzy nam pomogli i zbierali dla nas pieniążki, podziękować".
    - Nie chciałam pisać wcześniej, żeby nie zapeszyć, ale teraz jest już wszystko OK.
    Ojciec: - No, ale z tym twoim układem odpornościowym nie jest wszystko na sto dwa. I nie wiadomo, kiedy będzie, ale mamy nadzieję, że w końcu to się stanie.
    - Rozmawialiście państwo o tym z lekarzami?
    Mama: - Lepiej nie pytać.
    Ojciec: - Ale kiedyś, któryś z lekarzy, powiedział nam, że 60-70 procent dzieci da się wyleczyć.
    ______________________________________________________________
    - Kasia, Martusia, Sylwia, Asia - im się nie udało, czy mnie się uda? - Julita smutnieje, ale po chwili uśmiecha się:
    - Nie ma czym się martwić! Nie miałam nawrotu. W przyszłym roku pójdę do szkoły i..., i... I żyję!

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo