Najpierw były lisy

    Najpierw były lisy

    Beata Busz [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    "Słodkie Pokusy" pani Joli mają swoich wiernych klientów. Nie mogą się oprzeć jej puszystym poduszeczkom, paryżankom i piegusom ze śmietanką.
    Nie brakuje również amatorów na pachnące miodem i korzennymi przyprawami pierniki. - Na ostatnie Boże Narodzenie pobiłyśmy rekord. Upiekłyśmy aż 150 kilogramów - oblicza Jolanta Bukowska, właścicielka bydgoskiej firmy "Słodkie Pokusy". - A każdy pierniczek to ręczna robota. Zdarza się też, że na weekend trzeba upiec nawet 90 tortów i 80 blach ciasta. Wówczas, doba jest dla mnie za krótka...

    Najpierw były lisy

    Jest 1992 rok.
    Rodzina Bukowskich właśnie wróciła do Bydgoszczy z Mazur, gdzie wyjechała w poszukiwaniu dostatniejszego życia. - Spędziliśmy tam pięć lat. Wspólnie ze znajomym hodowaliśmy lisy i jenoty - wspomina pani Jola. - Prowadziliśmy też leśniczówkę, w której gościliśmy dewizowych myśliwych. Początkowo dobrze nam się wiodło. Ale zmieniła się koniunktura i interes szedł coraz gorzej. Na szczęście w porę wycofaliśmy się i nie straciliśmy wszystkich zarobionych pieniędzy.
    W Bydgoszczy czekał na nich dom. - Kamienica dziadków mojego męża - wyjaśnia Bukowska. Nie czekała praca, którą zostawili tu przed wyjazdem. A ponowne znalezienie roboty nie było takie proste. - Na utrzymaniu mieliśmy dwie córki, wówczas uczennice podstawówki - mówi. - Trzeba było coś wymyślić.
    I wymyśliła...

    Przepis na sukces

    - Wracałam do domu ze szkoły, gdzie odprowadziłam dziewczynki - wspomina pani Jola. - Po drodze rozmyślałam o wielu rzeczach. Również o ewentualnym biznesie. I olśniło mnie: będę piekła na sprzedaż domowe ciasta!
    Bo Jolanta Bukowska potrafi piec. Nie tylko dlatego, że z wykształcenia jest technikiem żywienia zbiorowego. - Gotowania i pieczenia nauczyłam się w rodzinnym domu. Tata umarł młodo. Mama została sama z szóstką dzieci. Ja byłam najstarsza - opowiada. - Musiałam pomagać w kuchni.
    Z rodzinnego domu wyniosła też inną cenną dla jej biznesu rzecz - przepisy na ciasta gromadzone latami przez jej babcię i mamę. - Pospisywała je z luźnych karteczek do zeszytu - dodaje.

    Makutra na początek

    Firmę urządziła w murowanej przybudówce do kamienicy, w której mieszka. W miejscu, drewnianego garażu. - Na rozruch wystarczyły pieniądze zarobione na Mazurach - mówi. - Ale też i zamówień nie było wówczas wiele. Nie miałam nawet porządnego miksera. Zaczynałam od makutry i tłuczka. Na początku nie miałam też nikogo do pomocy. Było ciężko...
    Dziś zatrudnia trzy osoby. Te same od kilku lat. W miarę rozwoju firmy musiała też kupić bardziej profesjonalne urządzenia i zaadaptować znajdujące się na posesji budynki gospodarcze na magazyny i chłodnię. - Udało mi się obejść bez bankowych kredytów - wyjawia pani Jola. - Jak coś zarobiłam, to zaraz inwestowałam. Trochę też pożyczyłam od rodziny, trochę pieniędzy przywiózł z Zachodu mój mąż. Przez jakiś czas miał tam legalną pracę. W ogóle mąż to taki pomysłowy Dobromir, wiele rzeczy zrobił w mojej firmie sam.

    Klient z poczty pantoflowej

    Klientów zdobywała tzw. pocztą pantoflową. - Jedni polecali mnie drugim. Tak jest zresztą do dziś. Nie wydaję pieniędzy na reklamę. Jedyną moją reklamą jest to - pokazuje na leżące na biurku dwa albumy ze zdjęciami wypieków.
    Widać poczta pantoflowa dobrze działa, bo o jej wypiekach wiedzą już w całej Bydgoszczy. - Przyjeżdżają do mniej klienci ze wszystkich dzielnic miasta, nawet tych najodleglejszych - Fordonu, Miedzynia - wymienia. Podobno słodkie wieści najlepiej roznoszą się po bydgoskich urzędach...
    Oprócz klientów indywidualnych obsługuje też 15 restauracji z Bydgoszczy i okolic. - Część z nich pozyskałam pukając od drzwi do drzwi - mówi. - Część zgłosiła się do mnie sama. Bo na przykład klient, który wyprawiał u nich wesele, miał na stole moje ciasto. Widoczne spróbowali i zasmakowało.
    Z niektórymi restauracjami współpracuje nieprzerwanie już od ponad 10 lat.

    Ruch w interesie

    Najwięcej pracy jest w okresie przyjęć pierwszokomunijnych: - Klienci rezerwują sobie u mnie majowe terminy już w listopadzie!
    A przed świętami... - Czasami liczba zamówień jest nie do przerobienia. Klientki namawiają mnie wtedy do powiększenia zakładu. Ale przecież nie chodzi o ilość, ale o jakość. To musi być zawsze to samo, dobre ciasto...
    W miesiącach z literką "r" w nazwie: czerwcu, sierpniu, wrześniu i październiku sypią się zamówienia weselne. Najmniej pracy jest w lipcu, a także na początku roku, w styczniu, lutym. - Zamówień jest znacznie mniej, a składki oraz pensje pracownikom płacić trzeba - przyznaje. - Muszę jednak i ten okres przetrwać.

    Kupują po kawałku

    Jeszcze kilka lat temu ludzie zamawiali w "Słodkich Pokusach" całe blachy ciasta. - Teraz wolą kupić po kawałku, ale więcej gatunków - ocenia właścicielka firmy.
    Największym wzięciem cieszą się tradycyjne ciasta: sernik, makowiec, jabłecznik, szarlotka. Jednym z przebojów wśród łasuchów stało się ciasto rumowe. - To mój wypiek firmowy - zachwala pani Jolanta. - Pierwsza warstwa to ciasto makowo-kokosowe, na to kładę krem budyniowy, następnie biszkopty maczane w rumie, a wszystko polewam czekoladą. Nie tylko dobrze to smakuje, ale też ładnie wygląda.
    Sama nie przepada za ciastem. - Wolę konkrety - wyjawia. - Wyjątkiem jest ciasto drożdżowe. Uwielbiam zapach świeżego drożdżowego ciasta.

    Konkurencja nie śpi

    Konkurencja jej nie dokucza, choć przez kilkanaście lat jej działalności powyrastały pod bokiem cukiernicze giganty, z sieciami własnych sklepów. - Na szczęście amatorów domowego ciasta nadal nie brak - cieszy się pani Jolanta.
    }Nie miałam nawet porządnego miksera. Zaczynałam od makutry i tłuczka.
    Przez jakiś czas dały jej się we znaki powstające w Bydgoszczy hipermarkety. Ale i to ma już za sobą: - Trudno mi było z nimi rywalizować na ceny. Każde ciasto kręcone i pieczone jest u mnie osobno. A prąd i gaz kosztuje.
    Dużym kosztem w jej działalności są też pensje i składki za pracowników. - W ramach oszczędności nie chcę jednak nikogo zatrudniać na czarno - stwierdza. - Wolę mieć na legalnym etacie zaufanych i sprawdzonych fachowców.

    Rób to co potrafisz

    Według Bukowskiej ze słodkiego interesu można wyżyć. - Ale jest coraz ciężej - stwierdza. - Kiedyś mogłam sobie pozwolić na zamknięcie interesu i wyjazd na wakacje. Teraz w grę wchodzi jedynie krótki odpoczynek, i to też w miesiącach mniejszego ruchu w interesie. O zagranicznych eskapadach nie mam nawet co marzyć. Są pilniejsze potrzeby, m.in. czesne za studia młodszej córki. Starsza już skończyła uczelnię. Jest nauczycielką.
    Z córek pani Jola jest dumna: - Potrafią być zaradne. Odziedziczyły to chyba w genach - śmieje się. Bo mąż pani Jolanty też jest człowiekiem przedsiębiorczym. Imał się już różnych biznesów. Był m.in. taksówkarzem. Teraz jest rolnikiem. Ma gospodarstwo około 50 kilometrów od Bydgoszczy, na pograniczu Borów Tucholskich. Uprawia tam zboża.
    - Córki raczej nie przejmą po nas interesów - podejrzewa Bukowska. - Mają swoje plany. I słusznie.
    Jej zdaniem każdy powinien robić to, co najlepiej potrafi. Dlatego nie prowadzi rachunkowości swojej firmy - zleca doświadczonej księgowej. - Nie lubię papierkowej roboty, wolę działać - wyjaśnia. - Poza tym korzystając nawzajem ze swoich usług, jedni drugim dajemy pracę.


    Powiedz nam

    Jaki miałeś pomysł na biznes? Udało się? Co Ci przeszkadzało? Co musiałeś mieć i zrobić, żeby rozkręcić interes? Opowiedz o tym. Czekamy na telefony (052) 326-31-84/85 lub na maile pod adresem: [email protected]
    O najciekawszych sprawach napiszemy w Gazecie.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo