Prawo prezesa

    DARIUSZ KNAPIK

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Prawo prezesa
    Pewien włocławski kierowca po sześciu latach wygrał proces o przywrócenie go do pracy. Więc prezes kazał go... zwolnić.
    Prawo prezesa

    Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne we Włocławku za nic ma sądowe wyroki. Doświadczył tego boleśnie Tadeusz Wiśniewski, były wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Kierowców MPK. Kiedy w 2002 roku, po przeszło dwuletnich procesach, sąd, prawomocnym orzeczeniem, nakazał przywrócić go do pracy, firma, w różne sposoby, usiłowała się od tego wymigać. Szef MPK, Marek Krygier oświadczył publicznie, że dopóki będzie prezesem, tacy ludzie jak Wiśniewski nie mają czego tu szukać.
    Słowa dotrzymał. Gdy w minionym roku Sąd Najwyższy uznał racje kierowcy, w MPK zaczęto kombinować, jak by tu w majestacie prawa obejść niekorzystny wyrok.
    Związkowcy do odstrzału
    Na początku lat dziewięćdziesiątych związkowcy z MPK byli siłą, z którą liczyli się szefowie firmy, a nawet prezydent Włocławka. Dziś to już historia. Ostatni raz związki starły się z zarządem MPK w 1999 roku. Poszło o podwyżki płac, które miały zrekompensować inflację. Prezesi najpierw obiecali je załodze, potem jednak okazało się, że nie ma pieniędzy. "Solidarność", Związek Zawodowy Kierowców i "Solidarność 80" wszczęły spór zbiorowy. W grudniu 1999 roku zarząd firmy musiał iść na ustępstwa i podpisał porozumienie.
    Zwycięzcy niedługo cieszyli się wygraną. Wkrótce, w ramach procesu odchudzania załogi, zaczęło się w MPK istne polowanie na niepokornych działaczy związkowych. Kilkunastu z nich, bezprawnie zwolnionych bez zgody komisji zakładowych, wygrało z firmą procesy. Kosztowało to włocławskich podatników blisko 200 tysięcy złotych. Ale dzięki temu szefowie dotowanego przez miasto MPK mieli wreszcie święty spokój. Związkowcy poprzestawali na odszkodowaniach, bo wiedzieli, że gdyby nawet wywalczyli powrót do pracy, długo by tam miejsca nie zagrzali. Ale były wyjątki.

    Komornik u bram

    Wkrótce po zakończeniu sporu o podwyżki otrzymał wypowiedzenie wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Kierowców, Tadeusz Wiśniewski. Podczas 20-letniej pracy zasiadał m.in. w radzie zakładowej, wyróżniono go odznaką "Wzorowego Kierowcy". Teraz nagle okazało się, że za dużo choruje. Wniósł pozew przeciw MPK. Po przeszło dwuletnich procesach, w maju 2002 roku, Sąd Okręgowy w Toruniu prawomocnym wyrokiem nakazał przywrócić go do pracy i przyznał blisko 40-tysięczne odszkodowanie.
    Już dwa dni po werdykcie sądu Wiśniewski zgłosił się w MPK, potem codziennie dzwonił do kadr, pytając co z pracą? Miejsce znalazło się po dwóch tygodniach, ale okazało się, że posiadane przez Wiśniewskiego tzw. świadectwo kwalifikacji, wymagane obowiązkowo od każdego kierowcy autobusu, straciło już ważność. Zamiast skierować go na badania i kurs, tak jak innych kierowców MPK, wysłano mu pismo, że jego gotowość do pracy jest pozorna, bo przecież nie ma świadectwa. Ale kiedy wysupłał 600 złotych i po przejściu wszystkich badań półtora miesiąca później dostarczył żądane świadectwo, też odmówiono mu miejsca w MPK.
    Firma nie paliła się też, by wypłacić przyznane przez sąd odszkodowanie. Sprawa trafiła więc do komornika, który zajął konto MPK. I tak, zamiast 40 tysięcy złotych, razem z kosztami spółka musiała zapłacić blisko 50 tysięcy. Ale to nie wszystko.
    W styczniu 2003 roku Wiśniewski pozwał MPK o wynagrodzenie i odsetki za minione siedem miesięcy spędzone na przymusowym bezrobociu. Sprawa trafiła aż do Sądu Najwyższego, który w czerwcu ubiegłego roku uznał racje kierowcy, m.in. dotyczące jego roszczeń o przyjęcie do pracy. Pozew skierowano do ponownego rozpatrzenia przez sąd okręgowy, który 24 listopada ub. roku przyznał Wiśniewskiemu blisko 10 tysięcy złotych odszkodowania i zwrot kosztów procesu.

    Prezydent telefonuje

    Zaraz po otrzymaniu odpisu wyroku, 29 listopada Wiśniewski stawił się w spółce i dostarczył pismo deklarujące gotowość do podjęcia pracy. Następnego dnia po powrocie do domu siostra przekazała mu, że dzwonili do niego z MPK i ma się tam stawić niezwłocznie. Nazajutrz poszedł do firmy. Prezes Marek Krygier na dzień dobry zażądał od niego złożenia pisemnych wyjaśnień: co robił 29 oraz 30 listopada i dlaczego... nie było go w pracy. Wiśniewski tłumaczył, że przecież stawił się w firmie, złożył pismo. Żadnych oświadczeń nie chciał jednak składać, bo przecież nie jest jeszcze pracownikiem.
    Już następnego dnia do działającej w MPK komisji NSZZ "Solidarność", której członkiem jest obecnie Wiśniewski, wpłynęło pismo zarządu spółki. Informowało, że zapadła decyzja o zwolnieniu Wiśniewskiego z pracy. Powody: brak faktycznej gotowości do pracy w dniu 29 i 30 listopada, nieusprawiedliwiona nieobecność 1 i 2 grudnia, odmowa złożenia wyjaśnień na piśmie, lekceważący stosunek do obowiązków pracowniczych, utrata zaufania itd. Zarząd spółki uznał, że Wiśniewski kwalifikuje się do dyscyplinarnego zwolnienia, ale litościwie wypowiada mu pracę w zwykłym trybie.
    Związkowcy zaopiniowali tę decyzję negatywnie i zwrócili się o pomoc do Zarządu Regionu "S". Jego szef Janusz Dębczyński, od razu poszedł do prezydenta Władysława Skrzypka.
    - Po zapoznaniu się ze szczegółami, 6 grudnia poleciłem prezesowi MPK, by niezwłocznie wykonał wyrok sądu i przyjął pana Wiśniewskiego do pracy. Zrobił to już następnego dnia - mówi prezydent Skrzypek.

    Nie ma problemu?

    Prezes Marek Krygier podkreśla, że sądy zajmowały w tej sprawie różne stanowiska. Jego zdaniem o wszystkim przesądziło orzeczenie Sądu Najwyższego i nikt w MPK nie zamierzał kwestionować tego werdyktu. Kiedy w listopadzie dotarł do spółki wyrok toruńskiego sądu, natychmiast wypłacono przyznane powodowi odszkodowanie. - Obecnie nie ma już żadnego problemu, wyjaśniliśmy sobie pewne sprawy z panem Wiśniewskiem i to jest cała tajemnica. Zakład zrealizował w 200 procentach to co miał zrobić jako pracodawca. Nie widzę tu żadnej sensacji. Ja już o tej sprawie zapomniałem i nie wiem, dlaczego miałbym jeszcze do niej wracać - stwierdza prezes Krygier.
    Przed przyjęciem do pracy Wiśniewski musiał podpisać tak zwaną ugodę. Oświadczył w niej, że rezygnuje z wszelkich roszczeń wobec MPK. Chodzi o odszkodowanie za pozostawanie bez pracy w latach 2004-2005, gdy MPK nie chciało wykonać prawomocnego wyroku sądu. W grę wchodzi kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zobowiązał się też nie dochodzić zaległych składek ZUS, za blisko dwa lata. Na końcu kazano mu wycofać pełnomocnictwa udzielone adwokatowi, który wygrał wszczęte przez niego procesy.
    Po 6-letniej walce Wiśniewski nie miał już sił do dalszej wojny. Przez ostatnie lata pozostawał bez środków do życia, gdyby nie pomoc siostry i kolegów, często nie miałby co jeść. W tym czasie doszło do rozpadu jego rodziny. - Nieraz baliśmy się, że targnie się na swoje życie. Nawet tego nie krył - mówi jego przyjaciel. Kiedy więc otworzyła się szansa, że znów będzie pracować, podpisał wszystko, co mu kazali.
    Mimo wielu prób Wiśniewski nie chciał z nami zamienić nawet słowa. Bał się o pracę?

    Związkowcy typują ofiarę

    Sprawa Wiśniewskiego nie jest bynajmniej wyjątkiem. Niemniej dramatycznie przebiegała walka o powrót do MPK wiceprzewodniczącego zakładowej "Solidarności 80", Jerzego Kazimierczaka. Zwolniono go bez zgody związku i po dwuletnich procesach zapadł prawomocny wyrok nakazujący przywrócenie go na poprzednie stanowisko kierowcy i wypłatę 20 tysięcy złotych odszkodowania. MPK tłumaczyło, że nie ma wolnych etatów i zatrudni go jako placowego. Oczywiście tymczasowo, najwyżej na dwa miesiące.
    W tym czasie zarząd spółki skierował do komisji "S-80" stanowcze ultimatum: jeśli teraz nie wyrazi zgody na zwolnienie Kazimierczaka, za bramę powędruje inny kierowca, ale to związkowcy muszą ze swoich szeregów wytypować ofiarę. "Koledzy" najpierw odmówili, ale po dwóch dniach posłusznie podpisali wniosek dyrekcji. Bali się jednak spojrzeć Kazimierczakowi w oczy, więc nawet go nie zawiadomili o zebraniu. Zarząd Regionu "S 80" podjął uchwałę o rozwiązaniu organizacji w MPK. Byli członkowie założyli więc "Samorządny", "Niezależny" Związek Pracowników Komunikacji, który do dziś nie sprawia władzom spółki żadnych kłopotów.

    Kierowca w ostrogach


    Pod koniec 2003 roku Kazimierczak ostatecznie wygrał proces z MPK. Ponieważ osiągnął już odpowiedni wiek, podpisał z firmą ugodę. Odszedł na przedemerytalny zasiłek, a MPK zobowiązało się zapłacić wszystkie składki ZUS, za okres gdy pozostawał bez pracy. Całe kilkudziesięciotysięczne odszkodowanie przekazał na zakładowy fundusz socjalny.
    - Mamy wiele sygnałów dotyczących dyktatorskich zapędów prezesa MPK. Już wiosną 2003 roku mówiliśmy o tym na spotkaniu regionalnych władz "Solidarności" z prezydentem miasta, zarządem i radą nadzorczą MPK. Prezes Krygier zapewniał, że wprowadzają nas w błąd, że wygra wszystkie sprawy. I co? Sądy przyznały jednak rację pracownikom - mówi przewodniczący włocławskiego regionu "S" Janusz Dębczyński.
    -Tak myślę, że ładny autobus można by kupić za te odszkodowania. I to może nie jeden - dodaje lider Solidarności.

    PS. Nazwisko byłego kierowcy zostało zmienione.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo