Żeby księżniczka nie zmarzła

    Żeby księżniczka nie zmarzła

    BOGUMIŁ DROGORÓB

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Mogło być tak: król Zygmunt III Waza woła do siebie warszawskiego zduna, który na zamku piece stawiał i rzecze mu, dobry człowieku jedź do Brodnicy, do Anny, do mojej siostry, zrób w pałacu co należy, bo ona tam nam zmarznie.
    Marian Marciniak, brodnicki archeolog, jest człowiekiem niezwykle czujnym. Jeżeli zobaczy koparkę w centrum miasta, a operator wbija łyżkę w ziemię, jest już przy nim. Nawet gdy zauważy człowieka z łopatą w okolicach starej części miasta, o zamku krzyżackim, czy pałacu Anny Wazówny nie mówiąc, zachowuje się podobnie. Po prostu, musi wiedzieć, a nuż coś ziemia kryje? To oczywiście przesadny rys charakteru zawodowego Mariana Marciniaka, ale ten skrót jest bardzo znaczący.
    Kopać zaczęto przy wschodniej ścianie pałacu, tam gdzie taras, gdzie Park Chopina, dziś pięknie zaśnieżony, otaczający dawną siedzibę Anny Wazówny, królewny szwedzkiej oraz starościny brodnickiej. - Pięć, sześć metrów długości - wykop, w stronę ulicy Kamionka. Kopanie okazjonalne, układano kabel energetyczny. Rów nawet specjalnie nie był szeroki, może do pół metra. I na głębokości metra znajduję te oto kafle - archeolog pokazuje wyłożone na podłodze swego gabinetu, dyrektora brodnickiego muzeum. - Piękne fragmenty starych kafli z początku XVII wieku. O dziwo, takie same kafle zostały znalezione na zamku w Warszawie. Opisano je, też są datowane na pierwszą ćwiartkę XVII wieku, a więc z okresu remontu i rozbudowy brodnickiego pałacu Działyńskich, który Zygmunt III Waza przeprowadził dla swojej siostry Anny. Na sto procent są to te same kafle, te same wzory, bez wątpienia robiła je ta sama ekipa ludzi co na zamku w Warszawie.
    Legendy nie potrzeba tu dorabiać. Są bowiem dowody, że kafle były robione na miejscu, w Brodnicy. Zdun, wysłany przez Zygmunta III Wazę, wraz z ekipą, przywiózł jedynie formę. Cegielnie w okolicy były, glina też. Kafle wypalano, nakładano szkliwo i znów do pieca. Mają barwę granatowoszarożółtą. Są drobne egzemplarze w kolorze zielonym. Ale jest też jeden, bardzo duży fragment, już sklejony, który został wypalony, ma piękną rzeźbę, natomiast nie został szkliwiony. Dlaczego? Może uznano, że to wyrób wybrakowany i odrzucono...
    - Ciekawostką są przedstawienia figuralne - archeolog sięga po kolejne fragmenty, składa je, obserwując jak rośnie zdumienie na mojej twarzy. - Mamy tutaj gryfa pomorskiego, w kilku egzemplarzach, są też jednorożce. Cóż powiedzieć, mamy uchwycony pewien fragment z życia Zygmunta III Wazy i Anny. Mogło być więc tak, że król, gdy u siebie na zamku, w Warszawie, wszystko miał gotowe, a przecież musiał przygotować jeszcze siedzibę dla starościny brodnickiej, powiedział: jedźcie teraz do Brodnicy i róbcie dla siostry.
    Teraz wystarczy puścić w ruch wyobraźnię - ekipa trzech, czterech, może pięciu zdunów, wsiadają na konie w Warszawie, w sakwach drewniane formy kafli i jadą na zlecenie, bo jest robota do wykonania w Brodnicy. Jadą kilka dni, może dłużej. I tworzą, - nie tylko funkcjonalne urządzenia do ogrzewania pałacowych komnat, ale prawdziwe dzieła sztuki, którymi dziś się zachwycamy. Nawet jeżeli pozostały po nich jedynie niewielkie fragmenty.
    - Jak archeolog znajdzie coś takiego, to może być naprawdę zadowolony - Marian Marciniak nie ukrywa emocji.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo