Małgosia lata sobie

    Małgosia lata sobie

    Adam Willma

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Pomyśl, że spadasz. Niebo błękitne, słońce jasne wrześniowe. Horyzont poszerza się, szachownica pól pod nogami.
    Spadochron Gosi nie miał mechanizmu, który  automatycznie uwalnia czaszę na określonej  wysokości.

    Spadochron Gosi nie miał mechanizmu, który automatycznie uwalnia czaszę na określonej wysokości.

         A ty przez kilkanaście sekund mkniesz wprost ku ziemi. Pomyśl, że to nie sen.
         Na początku Gosia często wpadała we śnie do mamy. Tak na krótko - spytać co w domu, zamienić parę słów, pobyć. Zawsze się spieszyła: - Przepraszam, muszę lecieć.
         
    Ptak
         
    Przy którejś wizycie mama spytała, jak wyglądał tamten dzień. - Coś mnie zakłuło - powiedziała. Koniec snu.
         Gosia była lękliwa. Przełamała się po 12. urodzinach. Poszła do dentysty, którego wcześniej bała się jak ognia. Wygrała ze strachem.
         Długo przebąkiwała o lataniu. Na kurs zapisali się razem. Zygmunt, ojciec Małgosi: - Marzyłem o skokach, ale za mojej młodości skakać ze spadochronem można było tylko w wojsku. Na początku chodziliśmy na kurs razem z Gosią, ale zabrakło mi czasu, musiałem przerwać. Dokończyła sama.
         Prosto ze szkoły biegła na kurs. Sprzątała hangar, żeby zarobić na skoki. Po powrocie do domu przez dwie godziny z wypiekami na twarzy opowiadała tacie wszystko, czego się nauczyła. Olo, Długi, Doktorek, Zbiniu, Medard - doświadczeni skoczkowie, byli dla niej niedościgłymi guru.
         - Najpiękniejsze jest spadanie, ten moment zanim otworzysz spadochron. Tych kilka chwil, kiedy szybujesz jak ptak z prędkością 180-200 kilometrów na godzinę. Nie znam podobnego uczucia. Otwarcie czaszy to już tylko przykry obowiązek - Medard unosi ręce w geście zachwytu. - Dlatego najbardziej lubię skoki z 4 tysięcy metrów. Wtedy spadochron otwierasz dopiero po kilkudziesięciu sekundach. Wystarczy, że poruszysz dłonią - robisz piruety, ruch nogą - koziołkujesz.
         
    Zegarek
         
    Pierwszy raz wyskoczyła w lipcu. Z tysiąca metrów. Gdy była już na ziemi, podbiegła do rodziców, którzy skoki obserwowali: - Dziękuję, że pozwoliliście.
         
    Żółta książeczka skoków zapełniała się. Jednego razu wylądowała na drzewie. Zdarza się. Gospodarz lotniska zapamiętał, jak przybiegła zdyszana: - Czy mogę pożyczyć siekierę? Muszę ściąć drzewo, żeby zdjąć spadochron.
         
    Skakanie to drogi sport. Skoczkowie muszą się złożyć na lot. - Małgosia odkładała na skoki każdy grosz. Nie kupowała sobie ciuchów, wolała skoczyć - mówi Piotr, skoczek z Bydgoszczy.
         26 września 1997 roku to właśnie ekipa z Bydgoszczy rzuciła pomysł, żeby poskakać. Po drodze wzięli dwie osoby z Torunia i pojechali do Włocławka, gdzie stał wolny samolot.
         Za pierwszym razem polecieli wilgą. W książce skoków Gosi numer 63. Poszło - natychmiast przyjęła właściwą pozycję. Chwilę później niebieska czasza z białym pasem szybowała już po niebie. Ktoś pstryknął zdjęcie, gdy Gosia podchodziła do lądowania.
         Skok 64. Doszło kilka osób, więc na płytę wyprowadzono poczciwego starego Antka. Ktoś przyniósł kamerę na lotnisko, nakręcił kilkuminutowy film. Gosia siedzi między chłopakami na niebieskiej płachcie. Już w uprzęży, wpatrzona w samolot.
         Mężczyzna w T-shircie i czapce z daszkiem daje sygnał, żeby ustawić się do samolotu. Gosia poprawia paski spadochronu. Po drodze schyla się, podnosi coś z ziemi. Ogląda, podaje Piotrowi. Piotr rzuca okiem na znalezisko, wyrzuca je.
         Piotr: - To był zegarek. Znalazła go w trawie. Taki zwykły elektroniczny, w dodatku zepsuty. Powiedziałem pod nosem "komuś się czas zatrzymał" i wyrzuciłem.
         
    Na 1500 metrów wyskakiwać miała Gosia, Piotr i jeszcze jedna dziewczyna. Najpierw Gosia. - Skoczyła, dała znak, że wszystko w porządku. Prawdę powiedziawszy, lecąc nie zwróciłem uwagi, że nie ma trzeciej czaszy. Dopiero po wylądowaniu zorientowałem się, że coś jest nie tak. Cisza, dziwna cisza.
         
    Podbiegł kierownik skoków. - Ile osób skoczyło?! Gosia była drobna. Miał nadzieję, że to nie ona, że coś wypadło z samolotu.
         Wsiedli w samochód, leżała na świeżo zaoranym polu, twarzą zwrócona ku lotnisku.
         Automat
         
    Teresa: - To był taki spokojny dzień. Sobota. Zwykle o tej porze w domu włączony jest telewizor albo radio. A tego dnia nie włączyłam nawet na Teleekspres. O 18.30 przyjechał radiowóz.
         Ojciec: - Czas niczego nie wymazuje.
         
    Popijamy kawą ciastka. Obok nas Gosia na szkicu autorstwa ulicznego artysty. Jesienne słońce zagląda do pokoju. Gosia lubiła ten dom. Mawiała, że nigdy się z niego nie wyprowadzi.
         - To tak, jak z amputacją ręki. Czy można wymazać z pamięci fakt, że już nie mamy ręki? - Zygmunt zaciska powieki. - Można się tylko nauczyć żyć bez ręki. Ale pozostaje się kaleką.
         
    Sprawą zajęła się prokuratura. Dla prokuratora Gosia była "denatką". Śledztwo wykluczyło hipotezę o samobójstwie, zaniedbaniach organizatorów skoków i wadliwości sprzętu.
         Kluczowe były zeznania świadka, który obserwował skoki. - Po opuszczeniu samolotu przybrała właściwą pozycję. Do pewnego momentu wszystko było w porządku. Ale później ciało zrobiło się bezwładne. Zaczęła koziołkować w powietrzu - zeznał.
         Powołano biegłą: - U dziewcząt w wieku denatki omdlenie może się zdarzyć. To fizjologia.
         Medard: - Jej spadochron nie miał mechanizmu, który automatycznie uwalnia czaszę na określonej wysokości. Takie spadochrony stosuje się obowiązkowo tylko w skokach szkoleniowych, bo automat jest drogi, kosztuje ze 4 tysiące.
         
    Po śmierci Gosi Teresa odebrała nagrodę dla córki w konkursie 8 Wspaniałych. Nie za latanie. Za opiekę nad niepełnosprawną koleżanką.
         Matka: - Czy żałuję, że pozwoliliśmy Gosi na skakanie? Nie żałuję. Nie mieliśmy prawa jej tego odebrać.
         
    Spadochron
         
    Gosia jest. Zygmunt nie ma wątpliwości: - Któregoś dnia jechałem samochodem prostą drogą przez las. Przede mną, ani za mną nikogo. Przycisnąłem gaz. I nagle stało się coś dziwnego. Hamulec. Zjechałem na pobocze, stanąłem. Przede mną z leśnej drogi zarośniętej krzewami wtargnęła na jezdnię ciężarówka, której nie mogłem wcześniej zobaczyć. Pytam siebie kto mną pokierował? Nie ma innej odpowiedzi.
         Zygmunt wierzy w Niebo. W tym Niebie jest Małgosia. Próbuje lepiej żyć, żeby zasłużyć na spotkanie. I żeby Małgosi nie było wstyd za niego.
         - Któregoś dnia jeden z kontrahentów zaczął mi grozić, że pogrąży mnie w interesach. Roześmiałem się - wspomina Zygmunt. - Proszę pana, to co najgorsze, już się wydarzyło. Nic gorszego nie może mi pan zrobić, odpowiedziałem. Rzeczy, które kiedyś były ważne, okazują się mało znaczące. Inaczej już widzę świat.
         
    Spadochron po Małgosi kupił Piotr: - Nic mu się nie stało podczas upadku. Był w dobrym stanie. Nikt go nie chciał, a ja nie miałem oporów. Skakałem na nim cały sezon, zrobiłem kilkadziesiąt skoków. Na początku czułem się dziwnie, ale później pomyślałem - Gosia mnie strzeże.
         Rok po śmierci Małgosi Zygmunt postanowił skoczyć. Obiecał, że dokończy za nią. Zabrał ze sobą zdjęcie córki.
         - Nie da się tego opisać. Była koło mnie, na dotknięcie ręki - mówi
         Zygmunt skoczył w sobotę. W poniedziałek Teresa powiedziała mężowi, że jest w ciąży.
         Gdy Marysia pojawiła się na świecie, Gosia z dnia na dzień znikła ze snów mamy. Maleńka zamieszkała w pokoju siostry. Bawi się jej zabawkami, chodzi w jej sukienkach.
         Dla małego dziecka wszystko jest oczywiste:
         - Małgosia jest aniołem. Lata sobie.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo