Kobieta pracująca

    Kobieta pracująca

    MAJA ERDMANN

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Przecież służę ludziom, jak umiem. Wybrali mnie na radną największą liczba głosów.

    Przecież służę ludziom, jak umiem. Wybrali mnie na radną największą liczba głosów.

    Starosta grudziądzka jest znana z dwóch powodów. Po pierwsze sąd skazał ją za działanie na szkodę gminy Świecie nad Osą. Pod drugie, była gościem programu "Między nami" poświęconego kobietom sukcesu.
    Przecież służę ludziom, jak umiem. Wybrali mnie na radną największą liczba głosów.

    Przecież służę ludziom, jak umiem. Wybrali mnie na radną największą liczba głosów.

    Halina Kowalkowska reaguje bardzo impulsywnie. Potrafi pozywać do sądu, rozpłakać się, gdy ktoś ją krytykuje lub coś idzie nie po jej myśli. Tak też było, gdy postanowiliśmy wyjaśnić zarzuty, jakie wobec niej formułują współpracownicy z czasów, gdy jeszcze wójtowała gminie. - Ataki tych ludzi odbijają się na mnie i mojej rodzinie - mówi i ma łzy w oczach, gdy opowiada o kolejnych ciosach, które zadawali jej wrogowie i jak przeżywali to bliscy, ona sama. Jednak, chyba się nie załamie, bo wierzy, że sprawiedliwość będzie po jej stronie, wywalczy ją sobie w sądzie.

    Tropienie akt

    Walka na pozwy sądowe i powiadomienia do prokuratury między starościną grudziądzką a radnymi gminy Świecie nad Osą trwa od lat i trwać pewnie będzie długo. Kowalkowska szuka haków na swoich oponentów, władze gminy nie są jej dłużne. Czasami ślady podejrzanych machinacji same wpadają w ręce adwersarzy. A ci nie płaczą, tylko sprawy kierują do oceny wymiaru sprawiedliwości.
    Pewnego dnia wójt świeckiej gminy, Ireneusz Maj, przeglądał korespondencję. - Czekałem na trzy pisma z sądu, które dotyczyły wymazania z ksiąg hipotek spłaconych nieruchomości. A tu patrzę - są cztery listy z sądu. Okazało się, że nasz były wójt, pani Kowalkowska, kilkanaście lat temu kupiła od gminy dom i teraz sąd likwiduje jej hipotekę! O tym nikt nie słyszał. Zacząłem badać sprawę.
    Z dochodzenia wójta wyszło, że pani starościna, za czasów gdy rodziła się Polska samorządowa kupiła dom w Świeciu. Miała zapłacić za niego...780 złotych w przeliczeniu na pieniądze po denominacji.
    Dom obejrzeliśmy. Solidny budynek około 100 metrów kwadratowych, zabudowania gospodarcze i spora działka. Za taką kwotę każdy by go chciał. Jak doszło do transakcji? Ano... nie wiadomo, bo większość ważnych dokumentów dotyczących sprzedaży i budynku zaginęła. Szukaliśmy w archiwum wojewódzkim.... Odnalazł się tylko akt notarialny. A w nim same ciekawostki. Na przykład rzeczoznawca, który wyceniał nieruchomość orzekł, że jest w złym stanie technicznym. Tymczasem w domu tym od 1974 roku mieszkała rodzina... pani starosty i ona sama oczywiście też. Czyżby więc jako naczelnik gminy nie potrafiła zadbać o posesję i doprowadziła ją do ruiny? To raczej niemożliwe. Człowiek, który dokonał wyceny, już nie żyje i nie można go zapytać, jak było naprawdę.
    Dom należał do skarbu państwa, więc aby gmina mogła go sprzedać Kowalkowskim, trzeba było mienie zkomunalizować i ogłosić przetarg. Tak się jednak nie stało.
    W 1989 roku, jeszcze przed przemianami w Polsce, wojewoda ustanowił swojego przedstawiciela, naczelnika sąsiedniej gminy, który z kolei ustalił nabywcę domu. Była to rodzina Kowalkowskich - dowiadujemy się w archiwum. - Ustalenie nabywcy nie oznacza jednak sprzedaży.
    O dalszych losach transakcji nic nie wiadomo. Nie ma dokumentów w Świeciu, ani w archiwum wojewódzkim, ani w gminie Gruta.

    Tajemnica taniego domku

    Pojawia się dopiero akt notarialny z... 1991 roku. I tu następne dziwne przypadki. Otóż wynika z niego, że własność skarbu państwa sprzedali pani starościnie, a ówczesnemu naczelnikowi gminy... dwaj członkowie zarządu gminy. Wygląda więc na to, że sprzedali swojej szefowej nie swój dom. Za posesję pani wójt Kowalkowska miała zapłacić 780 złotych. Wpłaciła 230. Resztę rozłożono jej na... 40 rat po 11,70 złotych kwartalnie. - Komu jednak płaciła te raty i czy je w ogóle spłaciła nie wiadomo - mówi Ireneusz Maj. - W naszych dokumentach nie było ani śladu tej transakcji, ani śladu spłaty rat, ani dokumentacji dotyczącej tej posesji. Nawet podatku od nieruchomości pani Kowalkowska nie płaciła przez te wszystkie lata. Dlatego nie pozwoliłem wymazać hipoteki.
    - Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych próbowałem dociekać, w jaki sposób i za ile pani Kowlakowska kupiła dom - mówi radny Wiesław Mosiołek - ale gdy zadałem jej to pytanie na sesji powiedziała, że nie pamięta i wyszła z sali płacząc. Jedna z radnych nawet zwróciła mi uwagę, że to pytanie niestosowne, a mieszkanie - jako wieloletni naczelnik i wójt - powinna dostać za darmo. Nie rozumiem dlaczego?
    Pani starosta grudziądzka, twierdzi, że wszystko było zgodne z prawem. - Jeśli radni twierdzą inaczej, niech dochodzą prawdy w sądzie. Czeka więc na kolejny proces. - Ja kupiłam ten dom w 1989 roku. A kwota jaką za niego zapłaciłam, była na tamte czasy całkiem przyzwoita. Zgodna z wyceną rzeczoznawcy i aktualna na tamte czasy.
    Tyle tylko, że akt notarialny sporządzono w 1991 roku. Sprawdziliśmy, jakie wtedy były zarobki samorządowców. Na przykład sekretarz gminy zarabiał około 250 złotych, a wójt o 50 zł więcej. Tak więc dom kosztował trochę więcej niż jego dwie pensje.
    - Nie odpowiadam za to, że w gminie nie ma żadnych dokumentów - mówi Kowalkowska. - W archiwum pracuje między innymi pani Maj, żona obecnego wójta...


    Dom obejrzeliśmy. Solidny budynek około 100 metrów kwadratowych, zabudowania gospodarcze i spora działka. Za taką kwote każdy by go chciał.

    Wątpliwości rodzinne

    To można nazwać oskarżeniem na swoją obronę. Smaku całej historii dodaje fakt, że urzędnik samorządowy, który za plecami wójta Maja wystąpił w imieniu gminy o wymazanie hipoteki z księgi wieczystej domu Kowalkowskiej, został zwolniony. Jak się dowiedzieliśmy, znalazł pracę w Powiatowym Zarządzie Dróg w Grudziądzu, instytucji podległej pani staroście.
    Pani starosta jest przybita sprawami, o które pytamy. Więc czasami płacze. Czasami grozi sądem - nawet jeśli opublikujemy tylko nasze wątpliwości.
    Inna sprawa, która wypłynęła w czasie rozmów z obiema stronami barykady to Bank Spółdzielczy w Łasinie i tajemnicza wędrówka kont w tym banku za panią starostą.
    Radni Świecia nad Osą pokazują umowę, którą podpisała za czasów, gdy była wójtem. - Tu jest podpis pani wójt Kowalkowskiej, a tu podpis Kowalkowskiego, jej męża, prezesa banku w Łasinie, wszystko bez przetargu - mówią. - Gdy odeszła, zrezygnowaliśmy z umowy o obsłudze finansowej gminy.
    Wójt Maj twierdzi, że w tydzień potem Bank Spółdzielczy w Łasinie wypowiedział gminie umowy kredytowe, a to oznaczało, że gmina nie będzie w stanie spłacić pożyczek. - Tymczasem jako zabezpieczenie był m.in. budynek Gminnego Ośrodka Kultury. Była też cesja, więc bank mógł przejąć na przykład subwencje i nie byłoby pieniędzy na zasiłki. Zaskarżyliśmy takie postępowanie w sądzie - mówi Maj. - Wygraliśmy, a bank złożył apelację. Dobrze, że teraz gminę obsługuje inna placówka. Proszę sobie wyobrazić, że w BS w Łasinie kredyt był oprocentowany na 13 procent, w innym płacimy o połowę mniej odsetek.
    Gdy pytamy panią Kowalkowską, jak to się stało, że będąc starościną grudziądzką zrezygnowała z usług Banku Gospodarki Żywnościowej i przekazała obsługę bankowi, którym kieruje jej mąż, radzi nam, by nie mówić, że to bank jej męża, bo był na te usługi przetarg, w którym sama nie brała udziału, a BS w Łasinie miał najlepszą ofertę. Potem dodaje. - To dobry bank, żadnego obcego, niemieckiego kapitału. Bardzo dobrze, że nigdy nie upadł, bo to bank ludzi z tego powiatu i miasta.
    Lepiej więc starościny nie drażnić i nie pytać o inne związki rodzinne. Jednak śledząc kolejne procesy trudno uniknąć tego tematu.
    Sąd już wydał wyrok za działanie na szkodę gminy, którą kiedyś rządziła. Halina Kowalkowska nadal jednak pełni funkcję starosty, bo złożyła apelację. Radni powiatowi nie widzą nic złego w tym, że starosta jest skazana. - Odwołałam się od wyroku i mam nadzieję, że prawo stanie po właściwej stronie - komentuje sprawę Kowalkowska.

    Wieża krajobrazowa

    O co chodziło? Otóż swego czasu wybuchła afera ze stacją przekaźnikową telefonii cyfrowej. Firma telekomunikacyjna chciała postawić maszt w gminie Świecie nad Osą. Wskazano jej działkę, będącą własnością komunalną. Kowalkowska wiedziała, gdzie ma być budowany maszt, ale tą informacją nie podzieliła się z radą gminy. Jak gdyby nic ogłosiła przetarg na sprzedaż tej właśnie działki. Nikt nie był zainteresowany kawałkiem pola, oprócz brata pani Kowalkowskiej, który przetarg wygrał i zapłacił za ziemię 20 tys. złotych. W tym czasie firma telefoniczna dostała z gminy pozwolenie na budowę wieży. Jeden z radnych opozycji dowiedział się o wszystkim i zaczęła się gminna burza, która szybko przekształciła się w sądową nawałnicę. Efekt jest taki, że starościna grudziądzka zostaje skazana przez sąd za działanie na szkodę gminy, a operator cyfrowy buduje wieżę na komunalnym gruncie.
    I można by spokojnie czekać na wynik apelacji, gdyby nie fakt, że Halina Kowalkowska jako starosta grudziądzki złożyła doniesienie do prokuratury na... gminę Świecie nad Osą o to, że zezwoliła na budowę masztu na obszarze chronionego krajobrazu. - Moje działania zawsze były proekologiczne - tłumaczy. - Tam od 1992 był obszar chroniony, nie mieli prawa zezwolić na maszt.
    Najdziwniejsze jest jednak to, że gdy gmina pod jej zarządem dawała zezwolenie na budowę tegoż masztu na terenie należącym do brata pani Kowalkowskiej, temat chronionego krajobrazu nie wypłynął. Jak mówi sama starościna, on chciał tam początkowo budować... stację paliw!
    Starościna czuje się osaczona. Wrogowie się sprzysięgli przeciwko niej. Wyrok sądu jest niesprawiedliwy, bo przecież to nie ona we wszystkim uczestniczyła, tylko jej pracowniczka dawała zezwolenia i konferowała z firmą telekomunikacyjną. A że dowodem w sprawie są bilingi z jej komórki? I na to znajdzie się wytłumaczenie, bo na cały urząd był jeden telefon, który chętnie udostępniała swoim pracownikom i to oni za jej plecami wszystko załatwili. Można by by rzec, że jej zaufana współpracowniczka z rodzonym bratem wrobili panią starościnę.

    Trzeba się cenić

    Kiedy skończy się wojna na pozwy i doniesienia między gminą a starostą? Nie wiadomo. Ciągle dochodzą nowe wątki, pojawiają się nowe sprawy godne zainteresowania prokuratury. Halina Kowalkowska mówi, że jest tym wszystkim zmęczona, ale powtarza: - Przecież służę ludziom, jak umiem. Wybrali mnie na radną pierwszej i drugiej kadencji największą liczbą głosów.
    Ceni swoją pracę. A starostę cenią radni powiatu. W przeciwieństwie do wielu radnych gminnych. - Nie mogli się mylić ci, którzy złożyli wniosek o przyznanie mi krzyża kawalerskiego - mówi. Wniosek wypłynął od zastępów ochotniczej straży pożarnej za działanie na rzecz ochrony przeciwpożarowej.


    Dziś (23.09) o godzinie 16.30 na antenie radia PiK reportaż Żanety Walentyn poświęcony tej sprawie.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo