Podwójna linia życia

    Podwójna linia życia

    Maja Erdmann

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    W całym kraju trwają obchody dni solidarności z osobami chorymi na schizofrenię. Ci ludzie są blisko nas.
    Podwójna linia życia
    Małgosia idzie przez życie pod rękę ze swoją chorobą. Ułomności nie widać, jest tylko pęknięcie w psychice, które czasami trudno skleić. Jej towarzyszka to schizofrenia paranoidalna.
    Oswoiła ją i od lat nie musi z nią już tak ostro walczyć. Pomogły w tym leki i dużo wiary w własne siły, podsycanej przez mądrych lekarzy. Uwierzyła w siebie. Żyje sama. Wychowuje kilkuletnią Julkę. Ale cały czas jest ostrożna wobec innych ludzi, którzy chcą jej chorobę, a więc i ją samą, wykorzystać.

    Choroba

    Małgosia jest nastolatką. Często opowiada rodzicom historie, które przeżyła. Są częścią jej życia. Jest otwarta i szczera. Znajomi i bliscy mówią, że kłamie, fantazjuje i opowiada niestworzone rzeczy.
    Małgosia zamyka się w sobie i nikomu nie mówi, że to, co inni uznają za fantazję, jest jej rzeczywiście przeżytym i czasami bolesnym doświadczeniem. Słowa płyną - ona je słyszy, spotyka osoby - widzi je. Nikomu o tym nie mówi, żeby nie powiedzieli, że jest kłamczuchą. Dusi swoją koleżankę-chorobę w sobie, ale ta rozpycha się i nie daje jej spokoju. - Problemy zjawiły się, gdy zaczęłam chodzić do liceum. Wiadomo, gdzieś moja agresja musiała mieć ujście. Zaczęłam pić, palić marihuanę, włóczyć się po mieście - dla Małgosi to bardzo trudny temat, ale mówi płynnie, bez zająknięcia, przyzwyczajona do rozmów z obcymi na swój temat. - W końcu trafiłam do szpitala psychiatrycznego w Świeciu.
    Niewiele z tego okresu pamięta. Jeden miesiąc właściwie przespała nafaszerowana lekami. Choroba też była otumaniona i przyczaiła się na chwilkę. Potem były kolejne pobyty w zamknięciu i zdrowie coraz lepsze. - Wyszłam stamtąd wierząc, że mogę oswoić swoją chorobę. Chciałam rozpocząć swoje życie na czysto, od nowa. Wpadłam w jakąś euforię. Wszystko na świecie było piękne. Żadnych nierzeczywistych rzeczy. Żyłam normalnie.

    Miłość

    Choroba cały czas jednak czaiła się umyśle Małgosi. Ona zaś zachłysnęła się pięknością tego świata. Była gotowa na miłość. To się działo jak w filmie. Nie był to jednak romans, raczej melodramat. - Nawet adres podał mi fałszywy. Wszystko było pokrętne. Jego uczucie też. Mężczyzna, którego spotkała na swojej drodze, namówił ją, by przestała brać leki. Małgosia uwierzyła mu, że jest zdrowa, a lekarze tylko faszerują ją chemią. - Nie zależało mu na mnie, tylko na tym, żebym załatwiła zaświadczenie, że leczę się psychiatrycznie. Było mu to potrzebne, by nie odsiadywać wyroku.
    Załamała się. Bliska znajoma, schizofrenia, wróciła. Tym razem na dobre zadomowiła się w Małgosi. Kobieta kilka razy próbowała odebrać sobie życie. Za każdym razem lądowała w szpitalu. W końcu lekarze zadecydowali, że chorobę mogą wykurzyć tylko bardzo silne leki. Jednak nie wiedzieli, że w ich pacjentce tli się już nowe życie. - Okazało się, że jestem w ciąży. Musiałam odstawić leki. Jakoś sobie z tym wszystkim radziłam, ale po porodzie dopadła mnie depresja. Mama widziała, co się ze mną dzieje. Zaniepokojona poprosiła o konsultację z psychologiem lub psychiatrą. Odpowiedzieli jej, że to jest porodówka, a nie psychiatryk. Nikt nie pomógł. Przez 2,5 roku sama sobie z nią dawałam radę, popadając w coraz większą paranoję.
    Bliscy nie mogli odkleić Małgosi od dziecka. Wydawało się jej, że mała umrze albo ciężko zachoruje. Była z nią 24 godziny na dobę nie dopuszczając nikogo do pomocy. - Ona jest moim światełkiem, gdyby nie Julka dawno bym ze sobą skończyła. Tak wtedy myślałam.

    Nowe życie

    Nowe leki, które zaordynowali Małgosi lekarze podziałały znakomicie. - Dzięki nim skończyłam liceum, opiekując się dzieckiem zdałam maturę. Mówię biegle dwoma językami. No i nie boję się już zostać sama w domu.
    Schizofrenia nie zostawiła jej w spokoju, została zahibernowana lekami i nigdy nie wiadomo, kiedy znowu zacznie się wtrącać w jej życie. Małgosia o tym wie. Jednak cieszy się, że od tak dawna może żyć normalnie i realizować swoje plany. - Najważniejsze było dla mnie, by zacząć żyć samodzielnie. No i udało się. Tylko jakim kosztem! Uzależnieniem od ludzi z opieki społecznej.
    Najpierw mama robiła Małgosi testy. Czy uda się jej przeżyć ze swojej renty płacąc połowę rachunków sześcioosobowej rodziny i żywiąc się na własny rachunek? 390 złotych, które dostawała z ZUS nie wystarczało.
    - A jednak wynajęłam mieszkanie i daję sobie radę sama. Do tych pieniędzy niedawno doszły alimenty i mam 600 złotych. Za mieszkanie wychodzi mi 500 złotych. Muszę więc szukać pomocy w opiece społecznej. Niestety.
    Małgosia wiedziała na pewno, że choroba nie pozwoli jej normalnie funkcjonować, nawet jeśli jest uśpiona. Który pracodawca zatrudni osobę chorą psychicznie, tym bardziej że ona o tym lojalnie uprzedza? Nawet bez swojej towarzyszki schizofrenii Małgosia ma marne szansę na pracę: bezrobotnych absolwentek liceum są tysiące... - A przecież jest Julka, ja, nasz dom... To wszystko muszę utrzymać.
    Pierwszy raz przekonała się, że być biednym, chorym i zdanym na opiekę społeczną to tragedia, gdy poszła po pomoc. Z renty nie dałoby się się wyżyć. Za miesiąc miała rodzić. W domu nie było łóżeczka, wózka, nic dla dziecka... - Starsza kobieta popatrzyła na mnie i uderzyła pytaniami: A czy to ja pani to dziecko zrobiłam? Czy może dałam je sobie zrobić? Odesłała mnie z kwitkiem. Dopiero mama poszła na skargę do dyrekcji opieki społecznej i wszystko załatwiła. Ta pani została ukarana... przeniesieniem do innego pokoju. Ja dostałam wyprawkę dla Julki.
    Od tego czasu Małgosia wiedziała jedno: nie może niczego załatwiać bez świadków. Łatwo stracić poczucie rzeczywistości słuchając pracowników socjalnych. Może uwierzyć, że choroba znowu zaatakowała, bo próbują wmawiać, że Małgosi się coś wydaje, albo, że jest chora i inaczej widzi świat.
    Trudno już pielęgnować w sobie przekonanie, że jak się jest dobrym, miłym dla ludzi, oni odpłacą tym samym. - Nigdy nie prosiłam o pieniądze, tylko o leki dla dziecka, szczepionki, jedzenie. Przez długi czas dostawałam zasiłek do 390 zł renty. Dali mi zasiłek... 20 zł. Ustawowo mniej opieka społeczna dać nie może.
    Małgosia pokazuje swoje zapasy. W lodówce ser i warzywa z darów od państw Unii Europejskiej. W szafkach ryż i makaron także z logo UE. Na szczęście o mięso nie musi się martwić. Sama nie lubi, a małej Julce babcie podrzucają wędliny i kurczaki. - Trzy razy w miesiącu biorę małą i stoję godzinami po pomoc w PKPS. Z tego żyjemy.
    Pani socjalna, która "zajmuje" się Małgosią, odwiedza ją, ale traktuje podobnie jak innych podopiecznych, nie informuje o niczym. - Nie chodzi o to, że ma się ze mną obchodzić, jak z osobą chorą. Tylko o to, że ja naprawdę nie potrafię się zakręcić.
    Na szczęście jest mama, która zawsze gdzieś się czegoś dowie. Na przykład o tym, że żyjącym na skraju nędzy przysługuje zasiłek dwa złote dziennie na obiady. Albo że można starać się o dopłatę do mieszkania. - Najgorsze jest to, że wszyscy jesteśmy tylko petentami, których można obrazić, poniżyć... A my i tak nic nie zrobimy, bo przecież znowu przyjdziemy po zasiłek i czegoś będziemy potrzebować.
    Ostatnia awantura w opiece społecznej była najgorsza. - Jedna z pracownic wyzwała mnie. Wysyczała, że jestem chamska, arogancka, wstrętna, powinnam się leczyć.... Że jak urodziłam dziecko, to nie znaczy, że na zawsze przy mnie będzie.
    Pracownicy socjalni wypierają się tego. Nikt nie jest w stanie ustalić, jak było naprawdę. Jednak Małgosia ma świadka - siostrę. Przecież wszędzie z kimś chodzi, żeby nie tracić poczucia rzeczywistości. - Kiedy pani kierownik wzięła mnie do gabinetu i zaczęła mi tłumaczyć, że wszystko sobie wymyśliłam, że mi się wydawało, że do nich dzwoniłam. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Sądziłam, że znowu choroba zaatakowała.
    Ulgę przynosiło dopiero przeczytanie bilingów rozmów telefonicznych. Dzwoniła tam i rozmawiała z tymi kobietami. Nic jej się nie wydawało.
    - Najgorszy jest strach. Wiem, że jestem chora. Teraz zdałam sobie sprawę, że mogą ze mną zrobić wszystko. Skrzyczeć, nie dać zasiłku, nawet straszyć odebraniem dziecka, a potem powiedzieć, że sobie wszystko wymyśliłam.
    Małgosia i jej choroba żyją nadal razem. I tak będzie do końca życia.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo