IV RP, czyli do trzech razy sztuka

    IV RP, czyli do trzech razy sztuka

    Jacek Deptuła

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Na szklanym ekranie Jarosław Kaczyński i Jan Rokita są uosobieniem kultury i taktu. Jak będzie za dwa tygodnie?

    Na szklanym ekranie Jarosław Kaczyński i Jan Rokita są uosobieniem kultury i taktu. Jak będzie za dwa tygodnie?

    "Nasze jest zwycięstwo!"- mówią liderzy PO - PiS. I zapewne mają rację.
    Na szklanym ekranie Jarosław Kaczyński i Jan Rokita są uosobieniem kultury i taktu. Jak będzie za dwa tygodnie?

    Na szklanym ekranie Jarosław Kaczyński i Jan Rokita są uosobieniem kultury i taktu. Jak będzie za dwa tygodnie?

    Ale chciałbym, żeby szefowie tych partii, zanim zostanie zaprzysiężony rząd, przypomnieli sobie dwa exposé. Jerzego Buzka z 10 listopada 1997 r. i Leszka Millera z 19 października 2001 r. To wspaniałe memento dla przyszłego gabinetu. Pierwszy mówił: "Wypowiemy walkę patologiom życia gospodarczego. Zdecydowałem już o skontrolowaniu wielu kontrowersyjnych decyzji podjętych w ciągu ostatnich czterech lat.
    Nie chcemy zastępować jednych "swoich" innymi. Do kierowania gospodarką, do służby cywilnej będziemy powoływać ludzi dobrze wykształconych i profesjonalnych". Rząd Jerzego Buzka negatywnie oceniło po czterech latach blisko 80 procent Polaków.
    Leszek Miller z kolei dalekowzrocznie przestrzegał: "Zaufanie wyborców nie jest dane raz na zawsze. Ten wielki sędzia, jakim jest naród, feruje tylko sprawiedliwe wyroki. Zatem dzisiaj rozpoczynając naszą misję przy tak wysokim poziomie zaufania mam wielkie marzenie, że kiedy będziemy ją kończyć, żeby to zaufanie było na tym samym poziomie". Już po roku rządów gabinet Millera odnotował prawie 70 proc. negatywnych ocen. Potem już


    było tylko gorzej.

    Wrześniowe wybory będą bodaj najważniejsze od czasu plebiscytu z 1989 roku. Senator Krzysztof Piesiewicz niedawno przestrzegał, że starzy adwokaci, z dobrej międzywojennej szkoły, powiadali o swoich młodszych kolegach, wygłaszających strzeliste przemówienia obrończe - z których nic nie wynikało - że walą w werble piszczelami swoich klientów. - Podejrzewam - mówił senator Piesiewicz - że 90 procent naszych polityków wali w tej chwili w werble nadziejami swoich wyborców.
    A te są ogromne.
    Nie przypominam tego z triumfem, że oto po raz kolejny klasa polityczna pokazała swą miernotę. Przypominam to dlatego, że pycha zwycięzców z AWS i SLD została szybko surowo ukarana. Inna sprawa, że naszym kosztem. Chciałbym w końcu uwierzyć, że doświadczenia poprzednich rządów muszą w końcu czegoś nauczyć naszych polityków. Marzę, by rząd PO-PiS uczył się na tamtych błędach, a nie własnych. Choć czasem mam wrażenie, że więcej sprapać w polskiej polityce już nie można. Ale to

    nadzieje skazańców.

    Nie wiem, czy już za tydzień zacznie się budowa IV Rzeczpospolitej. Nieważne zresztą, jak ją nazwiemy, byle była uczciwa i przyjazna. Nie mam natomiast watpliwości, że jeśli przyszły rząd zakończy kadencję z poparciem równym AWS i SLD - na wiele lat będziemy musieli zapomieć o Polsce obywatelskiej. Nasza odmiana demokracji stoi bowiem przed widmem całkowitej utraty społecznego zaufania. PO-PiS będzie albo jej grabarzem, albo uzdrowicielem. Nie wierzę wprawdzie, by groził nam jakiś spektakularny bunt społeczeństwa. Nie ma już wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, która strajkami potrafiła obezwładnić władzę. Grozi nam jednak co innego: kompletny marazm społeczeństwa, przypominający - oczywiście w innych realiach - ten z dekady lat 80.
    Co wiemy na pewno?
    To, że nowy gabinet nie może być rządem kontynuacji rozpanoszanego kolesiostwa, od czego tak zarzekali się zarówno Jerzy Buzek, jak i Leszek Miller. Hasło "Teraz k... my!" musi znaleźć się wreszcie na śmietniku polskiej historii.
    Wiemy też z pewnością, że najcięższym grzechem, jaki może popełnić koalicja PO-PiS byłoby kolejne przejęcie kontroli nad państwem i gospodarką. Zamiast tworzenia uczciwego państwa. Tu "ludzie z zasadami" będą niezastąpieni.
    Na pewno wiemy też, że ośmiu obywatelom na dziesięciu Polska jawi się jako skorumpowane i zepsute państwo. Są wprawdzie dziesiątki instytucji, które niczym

    listek figowy

    przykrywają karykaturę demokracji, ale one tylko są. Najwyższa Izba Kontroli to papierowy tygrys. Ministerstwo Skarbu Państwa działa w tajemnicy niczym służby specjalne i jest w stanie wyprodukować setki wzajemnie sprzecznych dokumentów i wycen. Wyszło to zarówno w aferze Orlenu, jak i PZU. Wielka sieć rządowych agencji to synekury i źróła kolosalnych majątków. To tylko fasady, kryjące tajemnicze mechanizmy niemocy i korupcji. Sejmowa komisja śledcza ds. Orlenu przez ponad rok nie ustaliła, dlaczego państwo zrezygnowało ze złotodajnego pośrednictwa z handlu paliwami! Te chore mechanizmy stały się zjawiskiem tak normalnym, że nikt się temu już nie dziwi. Afera Rywina dowiodła rzeczy niesłychanej: to zainteresowani ustawą dyktowali rządowi jej treść, podobnie zresztą było z ustawą o grach hazardowych. Najważniejsze zapisy pojawiały się, bądź znikały, w zależności od interesów właścicieli mediów i lobbystów. Ubiegłoroczny projekt ustawy o biopaliwach - jakże dziś potrzebnej! - nie był stanowieniem prawa, lecz wielką bitwą różnych grup interesów. Bitwą owianą tajemnicą. I przegraną przez społeczeństwo.
    Efekt jest taki, że większość z nas z cynizmem dochodzi do wniosku, że nie ma na to wpływu, więc po jakie licho głosować? Bo rzeczywiście, nasz wpływ na władzę mamy co cztery lata, w niedzielę. Wielu Polaków jest przekonanych, nie bez racji, że politycy wrogich ugrupowań zmówili się wręcz, rozkładając po każdych wyborach parasol ochronny nad przeciwnikami. Po to, by i nad nimi za cztery lata taki rozłożono.
    Przez 15 lat politycy stworzyli system rządów, w którym decydujące znaczenie ma nieformalny, tajny wręcz układ biznesowy, a nie konstytucyjna władza. Jest w tym sporo racji. To wiemy na pewno. Czego natomiast nie wiemy?

    Hasło IV RP

    jest efektowne i brzmi obiecująco. Ale też niesie z sobą ogromną nadzieję, która dla jego autorów może okazać się zabójcza. Zapowiadać w Polsce głęboką rewolucję moralną i polityczną, to jakby mówić choremu na raka, że wystarczy kilka chemioterapii i będzie zdrów.
    Obawiam się też czego innego. Zarówno po Sierpniu 80., jak i przed wyborami w 1989 roku rzeczywistość wydawała się jasna i prosta, bo czarno-biała. Powszechna szczęśliwość demokracji i wolnego rynku, w opozycji do beznadziei komunizmu, wydawała się oczywista. Wierzyliśmy w t o, ale demokracja wcale nie okazała się tak cudowna. Recepta Prawa i Sprawiedliwości na uczciwą Polskę wydaje mi się powtórzeniem tamtych złudzeń. Dekomunizacja, lustracja, zmiana prawa i konstytucji, silny prezydent, powszechna sprawiedliwość. I oto mamy IV Rzeczypospolitą. Z tych rewolucyjnych zapowiedzi może wyniknąć równie rewolucyjny chaos. Nie wierzę bowiem, że do naprawy struktur państwa wiedzie jakaś prosta droga na skróty.
    Boję się też niejasnej lecz odczuwalnej roli służb specjalnych, ze swej natury okrytej tajemnicą. SLD - mimo wcześniejszych zapewnień i sprzeciwu opozycji - przeprowadził reformę służb, przy okazji usuwając dużą część funkcjonariuszy Urzędu Ochrony Państwa. Niedługo później okazało się, że ten resort był jednym z uczestników afery Orlenu.Także w gospodarce zbyt często pojawiają się nazwiska pułkowników UOP i ABW. Kolejna kadencja rządu przyniesie bez wątpienia następną reformę służb specjalnych. PO-PiS zapewnia, że celem zmian będzie odsunięcie tych służb od polityki. Ale to samo obiecywały wszystkie rządy, od gabinetu Jana Olszewskiego poczynając.
    Obawiam się też kierunku, w jakim pójdzie polska polityka zagraniczna. Bracia Kaczyńscy są przekonani, że Europa i świat cenią tylko silnych. Mają rację, tyle że na razie jesteśmy przede wszystkim

    silni w gębie.

    Nie wybrażam sobie, by nowy rząd wszczynał awantury w Unii Europejskiej, w której dopiero raczkujemy. Musimy mądrze wykorzystać szansę, że po raz pierwszy w historii zintegrowaliśmy się z Europą nie tylko kulturowo, ale i politycznie. W sprawach europejskich nie można ryzykować mając nadzieję, że może się uda. Filozofia "Nicea albo śmierć" może być zabójcza. Dla naszych interesów.
    Przyszły rząd stanie też przed kapitalnym zadaniem rozwiązania nie najlepszych stosunków z naszymi dwoma sąsiadami: Rosja i Niemcami. Zarówno Władimir Putin, jak i - najpewniej - Angela Merkel nie pomogą Polakom z sympatii.
    Nie wiadomo również, czy w przyszłej koalicji na pierwszy plan wysuną się kwestie personalne. Jan Rokita i Jarosław Kaczyński zapowiedzieli, że stworzenie koalicji jest możliwe. Ale rozbieżności są ogromne. I podatkowe, i prywatyzacyjne, a także konstytucyjne. Czy uda się połączyć ogień z wodą?
    Więc kto wygłosi w październiku exposé? Tego też nie wiemy. Jeśli będzie to Jan Rokita, to powtórzy, że "celem moich marzeń jest rząd uczciwych ludzi. Trzeba przekonać Polaków o tym, że nie zmienia się wyłącznie grupa zwierząt u żłobu, tylko że nastepuje radykalny zwrot w jakości życia publicznego". Jarosław Kaczyński zapowie natomiast koniec komuny i początek IV RP. Cokolwiek to oznacza. Brzmi to równie efektownie, jak fragmenty exposé poprzedników. Mam tylko ogromną nadzieję, że przyszły rząd nie zapomni o tym, dzięki czemu Bill Clinton postawił Amerykę na nogi. Dotrzymał słowa mówiąc:
    Gospodarka, głupcze!


    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo