Agent o pseudonimie "Grażyna"

    Agent o pseudonimie "Grażyna"

    Hanka Sowińska

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Eligiusz Naszkowski, szef pilskiej "S" w latach 1980-1981 był jednocześnie agentem Służby Bezpieczeństwa. - <i>Domyślaliśmy się tego, pamiętamy to nazwisko - </i>mówią dziś byli działacze bydgoskiej opozycji.
    Jan Rulewski (na zdjeciu) od dawna był ciekaw,  kto ukrywał się pod pseudonimem &quot;Grażyna&quot;?

    Jan Rulewski (na zdjeciu) od dawna był ciekaw, kto ukrywał się pod pseudonimem "Grażyna"?

         Wiosną tego roku Jan Rulewski, były przewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ "Solidarnośc" w Bydgoszczy po raz pierwszy zajrzał do swojej teczki. - Ciekawe, kto ukrywa się pod pseudonimem "Grażyna" - mówił, gdy spotkaliśmy się w bydgoskim IPN. Odpowiedź na pytanie znalazł w artykule Grzegorza Majchrzaka "Człowiek, który uwiódł Służbę Bezpieczeństwa" ("Rzeczpospolitej" z 6-7 sierpnia).
         - W jednym z meldunków, które przesłał do Warszawy szef ówczesnej bydgoskiej SB płk Zenon Drynda jest informacja o raporcie "Grażyny" na mój temat. Niestety, w teczce go nie znalazłem - przyznaje Rulewski.
         Podczas I Zjazdu "Solidarności", który odbywał się we wrześniu 1981 r. w Gdańsku, Naszkowski podejmował przeciwko niemu różne działania. Rulewski, znany wówczas z radykalnych poglądów i kojarzony z antyradzieckimi hasłami startował w wyborach na przewodniczącego związku. Zyskał tylko 6 proc. głosów. Jaki miał w tym udział Naszkowski?
         Jest nieszczery
         
    "Niezależnie od tego, czy i dla kogo jeszcze pracował pozostanie jedną z najbardziej tajemniczych postaci w ostatnich kilkunastu latach PRL-u" - napisał Majchrzak.
         Czym Naszkowski "zasłużył" sobie na taki komentarz? Mówiąc najkrócej: tym, kim był, kim chciał być i co robił.
         Urodził się w 1956. r. w Sierakowie Wielkopolskim (ojciec w czasie wojny był w AK). W latach. 70. ukończył Wydział Nauk Politycznych na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Już podczas studiów miał kontakty z SB. Był kandydatem pilskiej esbecji na TW, ale nim nie został. Oceniono, że jest "typem człowieka niezrównoważonego psychicznie o skłonnościach manii wielkościowej". W toku rozpracowania ustalono, że "kandydat jest z nami nieszczery".
         Gdy służby kolejny raz się nim zainteresowały, zadeklarował chęć pracy w "arystokracji milicji" czyli SB. Na pytanie o powody utrzymywania kontaktów z resortem, odpowiedział: "Bo chcę zyskać wasze zaufanie i pracować dla CIA. A tak naprawdę to bardzo śmieszne pytanie, ja chcę w tym robić, rozumie pan, ja chcę to robić". Papiery składał dwukrotnie, ale go nie przyjęto, podobno ze uwagi na przeszłość ojca.
         Po powstaniu "S", Naszkowski zapisał się do związku. Pracował wówczas jako nauczyciel historii w jednej z pilskich szkół. Podpadł wtedy SB, był oceniany jako ekstremista, bo publicznie atakował ZSRR, podważał kierowniczą rolę PZPR. Krytykował również esbecję. "Są to psy gończe rządu i klakierzy, bez własnej oceny rzeczywistości" - głosił.
         Po koniec listopada 1980 r. został szefem MKZ NSZZ "S" w Pile. Tym razem to sama SB zainteresowała się swoim niedoszłym oficerem. Gdy został członkiem Krajowej Komisji Porozumiewawczej, zajął się nim Departament III Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
         Ciasne buty agenta
         
    Tymczasem w ciągu kilku miesięcy z "rozpracowywanego" działacza stał się konfidentem esbecji o kryptonimie "Grażyna". Dostarczane przez niego informacje były przez SB dobrze oceniane, bo miały "charakter wyprzedzający" i "pozwalały na podejmowanie określonych działań opera- cyjno-technicznych". Największym sukcesem Naszkowskiego było nagranie fragmentów narady Prezydium KKP i przewodniczących regionów NSZZ "S" w Radomiu 3 grudnia 1981 r. Za dostarczenie cennego materiału (Polskie Radio nadało najbardziej radykalne wypowiedzi, co było propagandowym sukcesem władz) dostał 50 tys. zł (wtedy przeciętna pensja wynosiła 7700 zł). Majchrzak pisze, że za współpracę z SB Naszkowski otrzymał łącznie około 135 tys. zł.
         W centrali resortu był oceniany jako "wzorcowy agent". Pod koniec kwietnia 1981 r. dostał zadanie zbliżenia się (nawiązania kontaktów towarzyskich i przyjacielskich) z członkami KKP, zaliczanymi do radykałów, w tym m.in. z Janem Rulewskim i Zbigniewem Bujakiem.
         Był wyjątkowo gorliwym i oddanym współpracownikiem. Dla resortu gotowy był do wielkich poświęceń. Wytrzymał dwa dni w za ciasnych butach z nadajnikiem wierząc, że dzięki niemu SB kontroluje obrady ostatniego - przed wprowadzeniem stanu wojennego - posiedzenia Komisji Krajowej.
         I nas zdradzi!
         
    Co dalej działo się z pilskim Wallenrodem? Był internowany, ale bardzo krótko, potem odbywał narady ze Stanisławem Cioskiem, bo chciał "kontrolowanej odbudowy związku", proponował zająć się Wałęsą. Ponowił również starania o pracę w SB. Choć niektórzy w centrali byli przeciwni (mówili: "Skoro zdradził "Solidarność", zdradzi i nas") przyjęto go do służby w lipcu 1982 r.
         Naszkowski szybko stał się specjalistą od działań bezpieki przeciwko Wałęsie. Był jednym ze współautorów "Rozmowy braci", czyli rzekomej rozmowy Lecha Wałęsy z bratem w czasie internowania. Jego pozycja w SB rosła. On sam chwalił się, że utrzymuje kontakty z najważniejszymi osobami w państwie. Wiosną 1983 r. rozpoczął starania o przeniesienie go do pracy w wywiadzie. Marzyła mu się Francja. Proponował, że zajmie się rozpracowywaniem działaczy "S". Jego oferta nie wzbudziła zainteresowania. Nie zaprzestał jednak starań. Skierował raport do wiceszefa MSW W. Ciastonia. Tym razem chęć przejścia do pracy w wywiadzie motywował troską o bezpieczeństwo rodziny (chodziło o rzekome groźby podziemia "S", żona miała cierpieć z tego powodu na stany lękowe.
         Gdzie jest oficer?
         
    We wrześniu 1984 r. otrzymał paszporty konsularne dla siebie i rodziny oraz bilety lotnicze do Ułan Bator. Do stolicy Mongolii nigdy jednak nie dotarł. Były szef Naszkowskiego w MSW, pół roku po zniknięciu swojego podwładnego twierdził, iż przybywa on w... Moskwie. Dopiero wiosną 1985 r. na Rakowieckiej powołano specjalny zespół, który miał wyjaśnić "sprawę Naszkowskiego".
         SB namierzyła swojego dawnego pracownika w 1985 r. w USA. Uznano, że prawdopodobnie został zwerbowany "przez jedną ze służb państw NATO i być może "starania o pracę w MSW należały do jego zadań jako agenta". Proponowano podjęcie działań w celu wzbudzenia u przeciwnika nieufności w stosunku do zdrajcy.
         Tymczasem Naszkowski sam się ujawnił. Zagraniczna prasa, już w kilka miesięcy po jego zniknięciu zamieściła z nim wywiady. Jego głos słyszany był również w audycjach RWE. W aktach SB zachowało się tłumaczenie wywiadu z "Die Welt".
         Jak pisze Majchrzak, obok prawdziwych informacji znalazły się w nim ewidentne kłamstwa i rewelacje, które nie sposób zweryfikować (mówił niemieckiemu tygodnikowi np. że gdyby Wałęsa nie otrzymał Nagrody Nobla, zostałby zamordowany!).
         Ostatni raz odezwał się 15 lat temu. Dzwonił z Paryża. Jednej z redakcji przedstawił się jako podwójny agent.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo