Elita towarzyska

    Elita towarzyska

    Kamil Sakałus

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Były plany, są ruiny

    Były plany, są ruiny

    Toczący się w Toruniu proces w sprawie afery "Tormięsu" ujawnia kulisy ciemnych interesów. Mowa o łapówkach, "łódzkiej ośmiornicy", skorumpowanych urzędnikach, milionowych premiach dla prawników, a nawet o szukaniu zabójcy.
    Były plany, są ruiny

    Były plany, są ruiny

         Zabójca miał zlikwidować prokuratora.
         Kto jest kto?
         Maciej O.
    - pełnił funkcję Wojewódzkiego konserwatora zabytków w Toruniu. Gdy wybory samorządowe w Bydgoszczy wygrał Konstanty Dombrowicz, O. został jego prawą ręką. Dombrowicz powierzył mu funkcję wiceprezydenta. Odpowiadał m.in. za politykę społeczną.
         Mirosław Jacek S. (używa dwóch imion) - toruński prawnik. Był czynnym sędzią i notariuszem. Współwłaściciel terenów "Tormięsu" w Toruniu. Od wielu lat zajmował się obsługą prawną interesów Mieczysława R.
         Renata S. - żona eksnotariusza i sędziego, córka byłego prezydenta Torunia, jeszcze z czasów PRL-u.
         Czesław S. - bydgoski przedsiębiorca budowlany, zaufany człowiek Mirosława Jacka S. (zbieżność litery nazwiska przypadkowa).
         Mieczysław R. - toruński przedsiębiorca, dawniej właściciel stacji benzynowych. Niecałe dwa lata przesiedział w areszcie w związku z "łódzką ośmiornicą". W tej sprawie występuje w roli ofiary - pokrzywdzonego. Współwłaściciel terenu "Tormięsu" w Toruniu.
         Obywatel X - wysoko postawiony pracownik Urzędu Miasta Torunia, potencjalny łapówkarz.
         Przychodzą panowie z CBŚ
         
    W marcu 2004 roku Mirosław S. zostaje zatrzymany przez oficerów Centralnego Biura Śledczego. Sąd decyduje się na zastosowanie wobec niego aresztu tymczasowego. Mimo kolejnych prób adwokatów, którzy usiłują go wyciągnąć zza krat, S. siedzi w areszcie do dziś. Ostatnio próbowali przekonać sąd, że ich klient jest zarażony nieuleczalną, zakaźną chorobą i nie może siedzieć w areszcie. I właśnie z tego powodu S. zostanie za kratkami. Sąd uznał bowiem, że po wyjściu na wolność S. mógłby zacząć się bawić w kotka i myszkę przysyłając kolejne zwolnienia lekarskie, w ten sposób sabotując przebieg procesu. W więziennej celi spędzi jeszcze przynajmniej ponad dwa miesiące - areszt kończy się we wrześniu.
         Wspólnik doniósł na wspólnika
         
    Eks-sędziemu i notariuszowi kłopotów narobił R. Wsiadł do samochodu i pojechał do Gdańska. Tam złożył w prokuraturze donos na swojego wieloletniego, zaufanego partnera w interesach. S. obsługiwał m.in. transakcję sprzedaży przez R. zachodniemu koncernowi stacji benzynowych za kilka milionów złotych.
         W gdańskiej prokuraturze R. zeznał, że gdy siedział w areszcie małżeństwo S. dopuszczając się m.in. fałszowania dokumentów przejęło będące jego współwłasnością grunty po "Tormięsie". Prokuratura potwierdziła tę wersję i skierowała do sądu akt oskarżenia.
         Nagrania na każdym kroku
         
    Proces przed Sądem Rejonowym w Toruniu jest w toku, a rozpoczął się od wniosku Mieczysława R., który chciał nagrywania całej rozprawy. Sąd wniosek odrzucił.
         Kwestia nagrań pojawiła się jeszcze kilka razy. Przed zeznaniami Mieczysława R. adwokaci oskarżonych domagali się od niego oświadczenia, że pod garniturem nie ma mikrofonu. - Nie mam - usłyszeli.
         Nagrania wróciły ponownie, tym razem w kontekście zapisów z taśm ze spotkań biznesowych, które nagrywał R. Mecenasi wychwycili, że zapis pisemny nie zgadza się z treścią nagrań i zarzucili głównemu świadkowi oskarżenia manipulację. - Nieprawda. Do odręcznego zapisu dołączyłem oryginalną kasetę. Nie ma żadnej manipulacji - odparł R.
         Mecenasi nie odpuszczali. Zwrócili się do sądu, by ten rozważył, czy wystąpić do prokuratury z doniesieniem o fabrykowaniu dowodów. Przewodnicząca składu sędzia Justyna Kujaczyńska-Gajdamowicz odparła, że na ocenę dowodów przyjdzie czas po wyroku.
         Do zarobienia były 2 miliony dolarów
         
    Działki po upadłych zakładach mięsnych, zlokalizowane w centrum Torunia, przy najważniejszej w mieście szosie, są warte fortunę. R. kupił je za własne pieniądze, ale z S. (zapewniającym obsługę prawną) mieli się podzielić zyskiem z późniejszej sprzedaży po połowie. Gra szła o niecałe 16 milionów złotych, które niemiecka sieć - właściciel hipermarketów "Real" była gotowa zapłacić za grunt. Czysty zysk na tym biznesie wyniósłby około dwóch milionów dolarów. - Mieliśmy podzielić się po połowie - zeznał przed sądem R. Do transakcji (m.in. z powodu konfliktu między wspólnikami) w końcu jednak nie doszło i do dzisiaj ruiny zakładu straszą. Cieszyli się tylko złomiarze, którzy powynosili stamtąd wszystko, co wykonane było z metalu. Torunianie jeszcze zapewne długo będą przejeżdżać koło ruin, na których terenie nic się nie dzieje.
         Przychylni urzędnicy
         
    Cały interes z zakupem ruin i późniejszą ofertą dla "Reala" nie byłby możliwy bez przychylności urzędników. Za ową przychylność karierę złamał już sobie Maciej O.
         Zdaniem prokuratury, będąc wojewódzkim konserwatorem zabytków przyjął 50 tysięcy złotych w gotówce w zamian za niewpisywanie nieruchomości do rejestru zabytków. Gdyby tak się stało, w ruinach można by co najwyżej urządzić muzeum historyczne, a nie budować centrum handlowe.
         O. nie przyznaje się do przyjęcia koperty. Przeczą temu zeznania Czesława S., bydgoskiego biznesmena. Na trwającym procesie przyznał, że był pośrednikiem między Jackiem S., a konserwatorem zabytków. Opowiadał, że pieniądze wręczał w dwóch ratach: 20 i 30 tys. zł. Szczegółowo opisał okoliczności.
         Maciej O. po kilkumiesięcznej odsiadce wyszedł z aresztu po wpłaceniu kaucji. Teraz odpowiada z wolnej stopy. Czas spędzony za kratkami zrobił swoje. O. źle wygląda, schudł, niewiele mówi.
         Właściciele "Tormięsu" nic nie zdziałaliby również bez "dojść" w Wydziale Architektury i Budownictwa Urzędu Miasta Torunia. Obecny prezydent Michał Zaleski przeprowadził w wydziale kontrolę. Wykazała ona, że decyzja o warunkach zabudowy została wydana w ciągu 10 dni, choć normalnie procedura trwa miesiąc. Formalnie decyzja została wydana na budowę dróg, w praktyce umożliwiała budowę hipermarketu. Skomplikowany manewr był identyczny jak w przypadku toruńskiego GEANT-a. Te warunki, powstałe w tym samym wydziale, zakwestionowało niedawno Samorządowe Kolegium Odwoławcze, tym samym stwier- dzając, że sklep jest samowolą budowlaną.
         Jeden i drugi kwit wydała dyrektor Anna Rawluk, podlegająca służbowo wiceprezydentowi Januszowi Strześniewskiemu. W przypadku "Tormięsu" pani dyrektor wyłączyła innych urzędników, którzy rutynowo zajmują się takimi rzeczami i załatwiła sprawę osobiście.
         Gdańska Prokuratura Okręgowa po skierowaniu aktu oskarżenia przeciw Jackowi S., żonie Renacie, Maciejowi O. i Czesławowi S. do osobnego postępowania wyłączyła właśnie wątek urzędniczy Obywatela X. Chodzi o przyjęcie łapówki przez nieznanego pracownika Urzędu Miasta Torunia. Śledczym nie udało się jeszcze ustalić kto nim był.
         Chciał zabić prokuratora?
         
    Sprawą "Tormięsu" zajmowały się aż trzy prokuratury. Początkowa gdańska, do której R. pojechał w pierwszej kolejności. Później śledztwo prowadził Toruń, aż do momentu, gdy wyszło na jaw, że życiu toruńskiego prokuratora grozi niebezpieczeństwo. Do organów ścigania zgłosił się bowiem mężczyzna, który opowiedział, że S. siedząc w areszcie szukał kilera, który "sprzątnie" śledczego. Wtedy sprawę przejął Gdańsk, a bydgoska Prokuratura Okręgowa wszczęła osobne śledztwo w sprawie wątku kilera. Dobiega ono końca. Podżeganie do zabójstwa jest traktowane przed Kodeks karny tak samo jak zabójstwo. Grozi za to dożywocie.
         Jacek S. zaprzecza temu zarzutowi i twierdzi, że jest niewinny. W sądzie stwierdził, że prokuratura usiłowała wykorzystać tę sprawę do posadzenia na ławie oskarżonych ludzi z "góry" - tych, bez których cały interes nie mógłby się udać. S. stwierdził, że dostał propozycję: wsypie pan ich, a my panu damy spokój z tym podżeganiem do zabójstwa. Rzekomą propozycję nie do odrzucenia jednak odrzucił.
         Kiedyś partnerzy, teraz wrogowie
         
    Obserwując proces trudno uwierzyć, że Jacek S. i Mieczysław R. przez lata byli partnerami w interesach, ufali sobie i świetnie współpracowali. Teraz S., powołując się na sprawę "łódzkiej ośmiornicy", przedstawia R. jako człowieka niebezpiecznego. To śledztwo prowadził Kazimierz Olejnik, dzisiaj zastępca prokuratura krajowego. S., powołując się na rozmowy z Olejnikiem opowiadał, że R. ma w każdym mieście swoich ludzi do brudnej roboty.
         R. oczywiście ripostował podkreślając, że nigdy nie był karany. - Policjanci CBŚ fabrykowali wobec mnie dowody i wykorzystywali fałszywego świadka - zeznawał.
         Zdaniem R. Jacek S. próbował dyskredytować go na różne sposoby wykorzystując m.in. artykuł z dziennika "Rzeczpospolita". - W sierpniu 2001 dziennikarz "Rz" przyszedł na kolejny dzień procesu w mojej sprawie do łódzkiego sądu. Napisał potem nieobiektywny tekst, uwypuklając tylko zeznania pokazujące mnie jako strasznego przestępcę i ten tekst wykorzystał potem Jacek C., kserując go i wysyłając do moim adwokatów - zeznawał R. , który do sądowych wystąpień jest świetnie przygotowany. Zawsze nosi ze sobą kilka, grubych segregatorów. W foliowych koszulkach ma wpięte dokumenty, a do nich poprzyklejane żółte karteczki, które mówią, o czym jest jest dany dokument.
         Podczas jednej z ostatnich rozpraw R. zaczął sypać sensacyjnymi zeznaniami jak z rękawa opierając się na zawartości segregatorów. Z kwitów wynikało, że Jacek S. prowadził swoją działalność fałszując dokumenty i obchodząc prawo. Jacek S. w końcu poprosił o pokazanie ksero tych kwitów. R. zaczął zmierzać w kierunku ławy oskarżonych i wtedy Jacek S. podniesionym głosem powiedział: - Proszę zabrać tego pana, nie życzę sobie by do mnie podchodził.
         Małżeństwu S. grozi po 10 lat odsiadki. Tyle samo może spędzić za kratkami eks-konserwator zabytków, a także Czesław S. Ten ostatni może być jednak spokojny. Przyznał się do wszystkiego, ujawnił kulisy sprawy, więc sąd zapewne obejdzie się z nim łagodnie i skończy się na wyroku w zawieszeniu.
         Chociaż proces toczy się sprawnie - przewodnicząca składu wyznacza po trzy terminy w tygodniu - ze względu na wyjątkowo skomplikowany charakter sprawy jeszcze długo potrwa.
         
         

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo