Wojna domowa

    Joanna Grzegorzewska

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    <i>- Radni i wójt? Tylko się kłócą, ciągają po sądach</i> - narzekają mieszkańcy gminy Inowrocław. - <i>Wstyd na Polskę całą</i> - mówią.
         - Jest konflikt - przyznają radni.
         - Nie ma konfliktu - wójt na to.
         Jak więc nazwać to, co w gminie się dzieje?
         - Jest pęknięcie w gminie - odpowiada Tadeusz Kwiatoń.
         Ale obojętnie jak nazwać sytuację, jedno jest pewne - nie ma współpracy między wójtem Kwiatoniem a radnymi gminy Inowrocław.
    Z częścią radnych. Tą większą zdecydowanie. I to nie do wczoraj, a od początku kadencji. A na pytanie, jak konflikt wpływa na rozwój gminy, w Kujawsko-Pomorskim Urzędzie Wojewódzkim można usłyszeć tylko jedną odpowiedź: - Nie są realizowane inwestycje. Oraz: - Sytuacja nie jest zdrowa - wójt dwa razy już nie uzyskał od rady gminy absolutorium, były dwa referenda. Ale nawet one nie przyniosły rozwiązania.
         Ano były. Rok temu. W czerwcu w sprawie odwołania rady gminy, w październiku - wójta. Frekwencja w jednym i drugim przypadku była tak mała - mniej niż 10 procent uprawnionych do głosowania - że głosowania unieważniono.
         - Ludzie mają już dość naszych przepychanek, nie chcą w nich uczestniczyć - oceniają radni. Mieszkańcy gminy co rusz przecież są bombardowani rewelacyjnymi informacjami z życiu gminy. A to w radiu słyszą, że jeden z radnych otrzymuje pogróżki o bombie, która może mu wybuchnąć w samochodzie. A to w jednej gazecie czytają, że sesja była przerwana, bo radnych i wójta poróżniła interpretacja statutu, a w drugiej, że... Że wójt ma konflikt z bankiem, bo postanowił zagrodzić drogę prowadzącą na jego zaplecze szlabanem, który zamykał na kłódkę. Że bank nie dał za wygraną i pokonał wójta w sądzie. I że rada daje za mało pieniędzy na oświatę, że przewodniczący rady składa skargę na ręce wojewody z powodu bezczynności wójta, że...
         Kabaret, czyli sesja jakich wiele
         
    Czwartek, godz. 9, sesja rady. Przewodniczący Jan Łuczak otwiera sesję, przed radnymi leżą projekty uchwał. - Ale te papiery nie są przez wójta podpisane! - denerwują się radni. Przewodniczący ogłasza przerwę i zobowiązuje wójta do uzupełnienia dokumentów. Po przerwie dokumenty nadal nie są podpisane. Wójt mówi, że nie podpisze, bo nie musi. Że podpis pracownika urzędu wystarczy. - Jak to?! Przecież tu nie ma nawet pieczątki z napisem "z upoważnienia wójta", taki a taki! - piekli się przewodniczący. Mecenas wójta tłumaczy: przecież wszyscy pracownicy w urzędzie są zatrudnieni z upoważnienia wójta. Radnym to nie wystarcza: na projekcie powinien podpisać się wnioskodawca i basta. Radny Jerzy Chachaj krzyczy: - Panie wójcie, pan robi to celowo! Ale my nie będziemy zajmować się niepodpisanymi dokumentami! Projekty uchwał spadają z porządku obrad.
         W przerwie. - To kabaret, a nie sesja - denerwuje się radny Edward Pietrzak. - Wójt chce ośmieszyć radę! Nie chce podpisać, bo nie chce brać na siebie odpowiedzialności. A wójt później powie, że to radni się ośmieszają, bo nie potrafią porządnie przygotować dokumentu. A radni przyznają, rzeczywiście mają z tym małe problemy, ale:
         - Za każdym razem prosimy o pomoc mecenasa. I za każdym razem on, akurat wtedy, kiedy mamy komisję, ma coś do załatwienia i nie ma dla nas czasu. Robi to specjalnie.
         - Dlaczego?
         - To oczywiste; wójt zatrudnia mecenasa...
         Spotkanie w sądzie - odcinek "enty"
         
    Piątek. Inowrocławski sąd, godz. 9. Przed sędzią staną: Jerzy Chachaj, Mirosław Grodziski, Jan Łuczak, Krzysztof Orfin, Edward Pietrzak, Józef Plaskota, Eugeniusz Tomczyk i Edmund Żyłkowski. I nie będzie to pierwsze spotkanie radnych z wójtem w takich okolicznościach. A wszystko przez pewien dokument...
         Kilka dni przed referendum w sprawie odwołania inowrocławskiej rady w lokalnej prasie pojawiło się stanowisko radnych gminy Inowrocław. Na ten temat właśnie. Mieszkańcy gminy mogli dowiedzieć się z niego, że rajcowie od początku kadencji "wskazywali na rozrzutność pieniędzy podatników", że "gmina przeznaczała mało środków własnych na rozwój infrastruktury, jak i nie starała się o pieniądze z zewnątrz" i że "z roku na rok przez brak dróg, chodników, kanalizacji, gazyfikacji, oświetlenia gmina stawał się coraz bardziej zacofana" - pisali radni dalej. "Mimo że domagaliśmy się oszczędności, wójt wydał w 2003 roku 193 tysiące na nagrody i 77 tysięcy złotych na ekwiwalenty i inne nagrody. Nasza gmina pod względem wydatków na administrację, z kwotą 274 złotych rocznie od 1 statystycznego mieszkańca, zajmuje wysokie, bo 8 miejsce w Polsce wśród najdroższych gmin."
         - Nie wzięliśmy tego ósmego miejsca z księżyca - zapewnia dzisiaj Jan Łuczak, przewodniczący rady. I pokazuje analizy przedstawione przez ogólnopolskie Pismo Samorządu Terytorialnego "Wspólnota" z 2002 roku. A tam jak byk stoi, to, co radni napisali. Wójt Kwiatoń czuje się jednak obrażony i kieruje sprawę do sądu. Z powództwa cywilnego. Przeciwko trzynastu radnym z piętnastu, którzy podpisali się pod dokumentem. - Obraźliwe zarzuty i nieprawdziwe dane godziły w organ administracyjny przeze mnie prowadzony - tłumaczył wówczas Kwiatoń dziennikarzom. Sąd wniosek odrzuca, wójt składa zażalenie do Sadu Apelacyjnego. Ten jednak nie zmienia decyzji. Tadeusz Kwiatoń, kieruje więc sprawę do prokuratury w Inowrocławiu.
         Wolność słowa i paragrafy
         
    - Nie szkoda panu czasu na sądy, panie wójcie?
         Wójt odpowiada, że początkowo nic nie robił. Ale po publikacjach prasowych, po tym oświadczeniu radnych, przyjechało do niego ABW. Pytali, czy zarzuty rady są prawdziwe. Kiedy odpowiedział, że nie, zapytali, dlaczego się nie broni. A on na to, że nie ma sensu, bo na jedno jego słowo, usłyszy od radnych dziesięć. Wtedy ktoś z ABW powiedział , że tego nie można tak zostawić, bo takie pomówienia podważają autorytet wójta. I sprawę trzeba skierować do sądu. Z artykułu 212, paragraf 1 i 2.
         - Czyli zniesławienie urzędu za pomocą środków masowego przekazu. I tylko o to ubiegłoroczne oświadczenie radnych chodzi?

         - Nie. O wszystkie wypowiedzi w mediach, nie tylko w prasie. Wypowiedzi, w których grupa radnych - podkreślam grupa radnych a nie cała rada - podważa autorytet i zaufanie mieszkańców do organu administracji państwowej.
         Ukłon, nie tylko w stronę dam
         
    Piątek, godz. 9. Przed sędzią staną (żeby się dowiedzieć, że rozprawa odbędzie się dopiero 23 czerwca): Jerzy Chachaj, Mirosław Grodziski, Jan Łuczak... i cała reszta. Radni denerwują się, bo robota czeka, a oni muszą się po sądach włóczyć.
         Jest tu też Rozalia Heidinger, Anna Helsner, Danuta Michalska i Stanisław Skorek, radni, wobec których wójt wycofał jakiś czas temu oskarżenie (nie przyszedł tylko radny Michał Ranus). Radna Heidinger mówi, że są tu, bo solidaryzują się z kolegami. - I nie wiemy, dlaczego akurat nas wójt Kwiatoń wyłączył ze sprawy - zarzeka się z kolei radna Helsner. - Pewnie się z wójtem dogadali - śmieją się inni radni, a cała czwórka zapewnia, że broń Boże, nigdy by się z wójtem nie układali. Dlaczego więc? - Pewnie, żeby nas poróżnić, zrobić wśród nas rozłam - domyśla się któryś z radnych. - Bo takie jest właśnie wójta działanie - dodaje kto inny.
         Co wójt na to? Ma proste wytłumaczenie: - Panie zwolniłem z tego przykrego obowiązku, bo są kobietami , a rozprawa odbyła się w przeddzień Bożego Narodzenia. Co do radnych Skorka i Ranusa, to współpracował z nimi wczesniej i dobrze wspomina te współpracę.
         Kto jeździ autobusem w niedzielę?
         
    - I tu jest pies pogrzebany - mówią radni. - Poprzednia rada nigdy się wójtowi nie sprzeciwiała. Wójt - od 1990 roku - rządził sobie jak chciał, wydawał pieniądze na co chciał, a radni milczeli. A my ośmielamy się głośno mówić o tym, co się nam nie podoba, chcemy coś w naszej gminie zmienić na lepsze. A wójt wszystko blokuje albo odwraca kota ogonem.
         - Jakie było pierwsze posunięcie radnych?
         Radny Eugeniusz Tomczyk odowiada, że w pierwszym rzędzie zaproponowali wójtowi zmianę jego zastępcy. A Łuczak dodaje: - Chcieliśmy, żeby zamiast Heronima Pałuckiego, który nie ma wykształcenia, zatrudnił kogoś młodego, prężnego, znającego języki - dodaje Łuczak. - Kogoś, kto będzie potrafił pozyskiwać środki z Unii Europejskiej dla gminy. Ale wójt nie chciał.
         - Dlaczego?
         - Bo nie. I od tego zaczęła się między nami wojna. Wygląda na to, że wójt odebrał tę propozycję jako zamach na siebie.
         - Nie było nikogo odpowiedniego - ucina krótko wójt.
         - A radni nie mieli swojej propozycji?
         - Nie. Ale... Przyszedł radny Skorek, Tomczyk, Chachaj i Łuczak. I, nie owijając w bawełnę, powiedzieli, że jeśli nie zwolnię pana Pałuckiego, będą problemy. I proszę, są.
         Trudno wymienić wszystkie zatargi, będące od tego czasu udziałem wójta i radnych (Krzysztof Orfin, radny ze wsi Tupadły, dodaje, że prawdą jest też, że jeśli ktoś nie jest z radą, jest przeciw niej). Wystarczy więc chyba zauważyć, że kiedy radni powiedzą "to jest białe", wójt z pewnością stwierdzi "nie, ja widzę czarne", a kiedy on z kolei uzna coś za cnotę, radni stwierdzą coś zgoła odmiennego. Weźmy na przykład taką komunikację...
         Radni stwierdzili, że gminna komunikacja jest zbyt kosztowna (bo dofinansowywana w 95 procentach), że gminy nie stać na to, aby autobusy jeździły puste po drogach. A tak było - zdaniem rady - w niedziele i popołudniami. A już kością w gardle stało im połączenie, z którego korzystał wójt, jadąc co niedzielę na mszę. - Zlikwidowaliśmy kilka połączeń, te, do których trzeba było dopłacać. To niedzielne też. Nie mogliśmy utrzymać tego autobusu tylko dlatego, że jeździł nim wójt. A wójt na to, że teraz kilka wsi jest odciętych od świata, bo... - W tygodniu jeżdżą tylko do godziny 15.30, a w niedzielę i swięta w ogóle. A tym niedzielnym nie tylko ja jeździłem, ale i wędkarze, matki z dziećmi na plażę, albo w odwiedziny do rodziny. A teraz ludzie nie mogą się wydostać ze swoich wsi.
         - Jak to odcięci od świata!? - denerwuje się radny Łuczak. - Przecież, oprócz naszych, są autobusy z innych gmin, które nie omijają naszych wsi! Poza tym wójt miał nawiązać współpracę z innymi przewoźnikami. Minął rok, a przewoźników nie ma. Bo? Bo nie było zainteresowania - twierdzi Kwiatoń.
         - Ekonomicznie było to dobre posunięcie - komentuje Janusz Radzikowski, kierownik Gminnych Zakładów Komunalnych (były wiceprezydent Inowrocławia, zatrudniony przez wójta po stracie stanowiska). - Ale potrzeby własne mieszkańców nie są zaspakajane.
         
    Dobra wola
         
    - Wykazuję dobrą wolę - zapewnia wójt, rodowód "solidarnościowy", zwycięzca drugiej tury wyborów, w których pokonał kandydata PSL.
         - Robimy wszystko, żeby współpraca dobrze się układała, wójt jednak nie robi nic - oceniają radni, w większości startujący w wyborach również z listy PSL.
         Wójtowe a kuku, czyli jak uzdrowić gminę
         Wtorek. Radni spotykają się - na życzenie wójta Kwiatonia - na sesji, której tematem mają być, m.in., zmiany w budżecie. Parę minut przed jej rozpoczęciem wójt jednak oznajmia, że w sesji udziału brać nie będzie. Radni są wzburzeni - przecież przyjechali specjalnie dla niego! A wójt spokojnie odpowiada, że jedzie do starostwa w sprawie uzdrowienia sytuacji w gminie. Radny Łuczak, gdyby mógł, pewnie wyszedłby z siebie. Podobnie jak inni radni. Na dodatek, znowu na projektach uchwał nie ma podpisu wójta-wnioskodawcy. Radni nie będą się więc projektami zajmować. A zmiany w budżecie? - Wójt powiedział, że zostawia nam pracowników z upoważnieniami. Kiedy jednak poprosiliśmy o te upoważnienia, okazało się, że ich nie ma! - denerwuje się przewodniczący Łuczak. A dziennikarze obserwujący gminne sesje komentują: - Ręce opadają.
         Kto wygra, kto na polu chwały zostanie
         
    - Panie wójcie, Nie myślał pan o odejściu z urzędu?
         - Nie.
         - Nie ma pan dość tej chorej sytuacji?
         - Skończyłem już 60 lat. Przeżyłem okres wojenny, powojenny, stanu wojennego. Przeżyję więc i to.
         - Co będzie orężem wójta Kwiatonia?
         - Prawo.
         Nową sprawę w sądzie ma przecież przewodniczący Łuczak, który - podobno - na jednej z sesji ujawnił, że w szkole takiej i takiej dochodzi do molestowania, czym - zdaniem dyrektora placówki - na szwank naraził jej dobre imię (czy jakoś tak).
         Przed sędzią tłumaczyć musi się też radny Pietrzak, który - rzekomo - zajechał drogę swoim samochodem inicjatorowi referendum w sprawie odwołania rady gminy.
         - Jeśli któryś z nas wyjdzie z sądu z wyrokiem, to przestanie być radnym. A komu może na tym zależeć? No, komu? - pyta przewodniczący rady.
         PS. Przewodniczący Łuczak otrzymał z Regionalnej Izby Obrachunkowej potwierdzenie, że rada nie udzielając wójtowi absolutorium z powodu niewykonania budżetu - postąpiła zasadnie.
         

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo