"Kontakt" - Międzynarodowy Festiwal Teatralny - jak było?

    "Kontakt" - Międzynarodowy Festiwal Teatralny - jak było?

    ANITA CHMARA [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Bezapelacyjni zwycięzcy festiwalu - węgierski Teatr Kretakor z Budapesztu. Prezentują nagrodę - statuetkę.

    Bezapelacyjni zwycięzcy festiwalu - węgierski Teatr Kretakor z Budapesztu. Prezentują nagrodę - statuetkę. ©Zdjęcia Szymon Kiżuk

    Telebimy, światła stroboskopowe, mikrofony, kabaret... Ci, którzy dawno nie byli w teatrze, powiedzieliby, że przecież teatr tak nie wygląda.
    Bezapelacyjni zwycięzcy festiwalu - węgierski Teatr Kretakor z Budapesztu. Prezentują nagrodę - statuetkę.

    Bezapelacyjni zwycięzcy festiwalu - węgierski Teatr Kretakor z Budapesztu. Prezentują nagrodę - statuetkę. ©Zdjęcia Szymon Kiżuk

    Bo rzeczywiście - większość spektakli, które mogliśmy oglądać podczas toruńskiego festiwalu "Kontakt", była nietradycyjna i - co tu dużo mówić - w formie dość rozbuchana. W końcu doszło do tego, że gdy akurat reżyser nie wprowadził telebimu, publiczność była z lekka zdziwiona. Piosenki przez mikrofon, całe zespoły na scenie - to była norma. Po spektaklu hiszpańskim widzowie żałowali, że nie wzięli stoperów do uszu, przez które przedstawienie przedarłoby się i tak.
    Ogólna tendencja była więc taka: głośno i dynamicznie. Tymczasem wygrała inscenizacja odarta ze scenografii i kostiumów, składająca się z czystego, absolutnie doskonałego aktorstwa, niemal pozbawiona muzyki - spektakl "Mewa" w wykonaniu Teatru Kretaktor z Budapesztu.

    Byłoby żal...

    Węgierski Teatr im. Józsefa Katony z przedstawieniem „Zwariował po czym przepadł” zajął II miejsce.

    Teatr Oskarasa Korsunovasa z Wilna - "Udając ofiarę". Korsunowas, wielki twórca, pokazał spektakl, po którym publiczność spodziewała się nieco więcej.

    Kto wybrał się na toruński festiwal, nie żałował. Przedstawienia były lepsze i gorsze, jednak kompletnych nieporozumień prawie nie było. To "prawie" dotyczy spektaklu poznańskiego Teatru Polskiego. W inscenizacji Marka Fiedora "Kobieta sprzed dwudziestu czterech lat" naprawdę trudno doszukać się czegoś cennego. Co do reszty - widzieliśmy przestawienia mniej dopracowane lub po prostu kontrowersyjne, ale zawsze jednak byłoby żal je opuścić. Nawet wybitnie hałaśliwy hiszpański spektakl "Święta Joanna Szlachtuzów" Teatru Lliure z Barcelony był po prostu ciekawym przykładem teatru publicystycznego. Owszem - dosadnego, jednoznacznego, może zbyt zaciekłego w swojej antyglobalistycznej wymowie. A jednak po prostu publicystyka taka być musi. A forma interesująca. Zespół na scenie, szklana "klatka", wielka plastikowa krowa (główny wątek dotyczył fabryki konserw), telebim, elektroniczny wyświetlacz tekstu, olbrzymie zdjęcia i filmy, przedstawiające w dość drastycznym powiększeniu krojone mięso.

    Węgrzy na topie

    Spośród tych formalnie rozbudowanych przedstawień najbardziej podobał się węgierski spektakl "Zwariował po czym przepadł" oparty na tekstach Kafki. Świetny. Przez moment - aż do chwili, gdy nie obejrzeliśmy drugiego węgierskiego przedstawienia - był to lider tego festiwalu. Ostatecznie zresztą zajął drugie miejsce. W lekkiej, kabaretowej formie zobaczyliśmy nieco zmienioną historię Józefa K. Ów współczesny Józef próbuje się odnaleźć w rzeczywistości, która trochę odeszła od świata Kafki. Gdy dostaje się do zamkniętego lokalu, w którym imprezują sami "wielcy adwokaci", ogląda męskie zabawy dla bardzo bogatych panów. Mniejsi adwokaci nie są zresztą lepsi - tylko nie tak wyizolowani. W ogóle mnóstwo tu dziwnych typów. Aż trudno zrozumieć, że niektóre z tych "typów" damskich mogą się Józefowi K. podobać. Jak choćby ta dziwna osoba mocno stylizowana na modliszkę. Całość przypomina czarny humor Monty Pythona. Są tu i gagi cyrkowe, i piosenki, i fragmenty dialogów z filmów oraz reklam. Wszystko razem pokazuje, że pewne zagubienie Józefa dzisiaj ma nieco inne przyczyny niż sto lat temu.

    Utkane z emocji


    Węgierski Teatr im. Józsefa Katony z przedstawieniem "Zwariował po czym przepadł" zajął II miejsce.

    Dość silną grupę stanowiły spektakle autorstwa naszych wschodnich sąsiadów, spośród których najbardziej podobali się "Letnicy" Akademickiego Teatru Dramatycznego z Rosji. Lekkie w formie, a w treści - o, z tym to już różnie. I na tym polega wielkość tego przedstawienia. Nietypowego - głównie przez pewne delikatne odejście od realizmu przy jednoczesnej wnikliwej analizie psychologicznej. Emocje w tym spektaklu w jakiś niebanalny sposób są materią, z której go zrobiono. Aż nie dziwi, gdy ten, kto skamle o miłość, jednocześnie targa za szyję swoją ukochaną... Aktorstwo w tym przedstawieniu doczekało się swojej nagrody - laury otrzymała właśnie owa "targana za szyję" Jekaterina Potapowa.

    Pierwsza nagroda dla aktorów

    W ogóle, jak się okazuje - aktorstwo jest tym, co zyskuje w teatrze największe uznanie. Wbrew nowinkom technicznym, wbrew eksperymentom, światłom, dudnieniu, stroboskopom. Wbrew temu wszystkiemu długie owacje na stojąco otrzymała "Mewa". A trzeba było ją widzieć!
    Na początku siedziałam w ostatnim rzędzie, nie widziałam aktorów, widziałam natomiast brak scenografii i kostiumów. Tekst "Mewy" znałam, więc mnie nie porwało. W dodatku w uszach miałam tylko zgrzyty, bo słuchawki tak zareagowały na mechanizm klimatyzacji. Nie rozumiałam, co tym wszystkim ludziom tak się podoba. Po przerwie usiadłam już inaczej i zrozumiałam. To nie była zwykła "Mewa". Była bardziej przewrotna, bardziej współczesna, bardziej prawdziwa. Zagrana tak, jakby wszystkie te rzeczy działy się w naszych domach. A na spotkaniu wieczornym ktoś powiedział mniej więcej tak: "Gdyby tylko dla tego przedstawienia trzeba było siedzieć przez tydzień na festiwalu i gdyby na tym festiwalu nie było nic godnego uwagi, to siedziałbym z przyjemnością, byle tylko to zobaczyć".
    Pod czym - jak myślę - nie tylko ja mogę się podpisać. Choć na szczęście tych ciekawych rzeczy na festiwalu było więcej. Jak mówiła w ramach podsumowania dyrektor festiwalu Jadwiga Oleradzka - to po prostu żywy festiwal. Pokazuje rzeczy, które czasem się nie podobają, bo są świeże, niedopracowane. Nie stały się jeszcze ikonami, zasuszonymi, za to wielkimi. To festiwal reagujący na to, co nowe.

    więcej zdjęć


    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo