Okropna dziewczyna

    Okropna dziewczyna

    Rozmawiała Magdalena Bobkowska [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Rozmowa z MONIKĄ OBARĄ, aktorką Teatru Polskiego w Bydgoszczy, Elą z serialu "M jak miłość"
    Okropna dziewczyna

    ©Monika Obara

         - Podobno już w podstawówce grała pani w szkolnych teatrach?
         - Zawsze lubiłam pokazywać się przed ludźmi, cieszyć widza. Podobało mi się, że na scenie można zrobić wszystko, wyładować się, zostawić negatywne emocje.
         - Wszystkie pani role są bardzo wyraziste...
         - ... ale jakże różne. Wielu ludzi twierdzi, że mam takie emploi, że powinnam grać alkoholiczki i wulgarne kobiety. Rzeczywiście, pierwsza rola, dzięki której zagrałam w serialu, taka była. W drugim przedstawieniu dyplomowym grałam pięćdziesięcioletnią kobietę, matkę autystycznego chłopca, bardzo dobrą, wrażliwą.
    Merylin (bohaterka sztuki "Merylin Mongoł", dziewczyna ładna, lecz przez miejscowych uważana za niespełna rozumu, o bardzo bogatym życiu wewnętrznym - przyp. red.) też jest postacią pozytywną, ciepłą. Cieszę się z tych ról, bo nie odpowiadają temu, co postrzegają we mnie ludzie.
         - Czy wcześniej myślała pani o grze w serialu?
         - Nie. Ale świat po szkole jest inny, niż się wydawało podczas studiów. Czasem ideały trzeba odsunąć na bok i zacząć myśleć realnie, zwłaszcza, kiedy zaczyna się życie na własny rachunek.
         - Jak pani wspomina moment otrzymania propozycji?
         - Siedziałam w krakowskim parku, gdy zadzwonił telefon. To była moja agentka - dostałam epizodyczną rolę w serialu. Za chwilę zadzwoniła sama pani producent. Nie wiedziałam, co robić. Pierwsze zdjęcia miały być za dwa tygodnie. Pomyślałam: Fajnie! Druga myśl: Ja, w serialu? Chyba nie chcę, nigdy o tym nie myślałam... A za chwilę: Przecież nie mam pieniędzy. No i zgodziłam się.
         - Jak poznała pani swoją postać?
         - Że zagram w serialu, producentka zdecydowała po tym, jak zobaczyła mnie w roli macochy-alkoholiczki, więc domyśliłam się, że nie będzie to postać pozytywna. Poza tym miałam podrywać Stefana. Ale nie wiedziałam, jak rola będzie się rozwijać.
         - Czy Ela w końcu uwiedzie Stefana?
         - Na razie na pewno nie. Wszystko jednak może się zmienić. Koleżanka z planu, Ewelina Serafin, która jak ja stoi w serialu za barem, też z początku była negatywną postacią, podobną do mojej, podrywała Marka Mostowiaka. Z czasem Kaśka (gra ją Ewelina Serafin - red.) stała się pozytywna, zmieniła swoje życie.
         - Jaki był pierwszy wyjazd do Warszawy, pierwszy klaps?
         - Miałam być o ósmej rano pod wytwórnią. Wcześniej agentka ostrzegła mnie, żebym się broń Boże nie spóźniła, bo oni mają bzika na tym punkcie. Wstałam o odpowiedniej godzinie, wzięłam taksówkę i okazało się, że są cholerne korki. Z pięć razy dzwoniłam z taksówki, i do produkcji, i do agencji, że dojeżdżam, gdzie jestem. Na miejsce dotarłam czterdzieści minut po czasie. To było straszne. Wszyscy na mnie dziwnie patrzyli - dziewczyna dopiero co dostała rolę w serialu, to jej pierwszy dzień zdjęć, a tu takie spóźnienie. Spóźniłam się jeszcze ze dwa razy, bo jechałam z Bydgoszczy, a stąd połączenia z Warszawą są kiepskie. Później byłam na miejscu zazwyczaj czterdzieści minut wcześniej.
         - Nawiązała pani jakieś znajomości na planie?
         - Bardzo polubiłam Stefana. Jest genialny. Imponuje mi jego poczucie humoru, autoironia, podejście z dystansem do siebie i własnego kraju. Faktycznie jest taki, jak w programie "Europa da się lubić" czy w serialu. Świetny facet. Dobrze dogadujemy się z Kacprem Kuszewskim, który gra Marka Mostowiaka. Jest przemiły, inteligentny i dowcipny. Bliżej trzymam się z Joasią Koroniewską, która gra Małgosię. Poznałyśmy się w szkole teatralnej i kiedy zobaczyłyśmy się na planie, bardzo się ucieszyłyśmy. Ale zdjęcia razem mamy rzadko. Bliższy kontakt mam też z Eweliną Serafin. Przepadam za wieloma aktorami. Na przykład pan Pyrkosz to mistrzostwo świata. Świetny aktor i fantastyczny człowiek, przemiły, przezabawny i otwarty na ludzi. Przed pierwszym spotkaniem z nim miałam straszną tremę. W końcu to mega gwiazda, stoi za nim ogromna liczba ról filmowych. A on przywitał się ze mną, jakbym grała z nim w serialu te trzy lata. I za każdym razem, kiedy się spotykamy na planie - niezbyt często, ale jednak - jest wspaniały.
         - Jak zazwyczaj wygląda dzień zdjęciowy?
         - Najczęściej jestem pod wytwórnią o siódmej rano. Stamtąd jedziemy do charakteryzacji. Tam nas malują, ubierają i zabierają na plan, oddalony od Warszawy o jakieś trzydzieści kilometrów. Zdjęcia zaczynają się więc dopiero koło dziesiątej. Wszystko zależy od tego, ile ma się scen i jak są poukładane. Człowiek przyjedzie rano, a siedzi i czeka cały dzień. W serialu grają znani aktorzy, którzy mają więcej zajęć niż ja.
         - Bywało, że przeciwstawiała się pani reżyserowi, mówiła: "Tej sceny nie zagram"?
         - Przez pierwsze trzy miesiące trochę się bałam, nie wiedziałam, na co mogę sobie pozwolić i byłam potulna. Później były różne sytuacje, na przykład kwestia ubrania. Reżyser chciał, żebym miała większy dekolt. Ja stwierdziłam: z tego i tak mi już, za przeproszeniem, cycki widać, to jest przegięcie!
         - Co pani lubi w Elce?
         - Obejrzałam kilka odcinków "M jak miłość" i zauważyłam, że jest tam bardzo mało negatywnych postaci. I wszystko jest takie słodkie. Lubię w swojej roli to, że jest ekspresyjna, że jest to babka, nawet baba (wtedy byłam sporo grubsza), taka baba ze wsi. Na pewno jest to postać kontrowersyjna i wiem, że wiele osób, które żyją tym serialem, nie lubi jej.
         Gdy ostatnio robiłam zakupy w supermarkecie, przy kasie napadła mnie pani z laską i zaczęła na mnie krzyczeć. Wyzwała mnie od okropnych dziewuch, powiedziała, żebym wreszcie odwaliła się od Stefana, bo on kocha Małgosię, to jest jego dziewczyna i w ogóle, jak ja mogę. Głupio się czułam, tym bardziej, że przy kasach stało mnóstwo ludzi, którzy niekoniecznie oglądają "M jak miłość". Zdarzają się też miłe sytuacje. Jeśli ktoś ze mną chwilę porozmawia, mówi: "Kurczę, a jednak pani jest fajna! Ale to dobrze, dobrze, znaczy, że pani dobrze gra. Bo ja pani nie lubię w serialu". Albo na przykład nieoczekiwanie dostaję rabat w sklepie.
         - Rodzina ogląda serial?
         - O tak, nawet mój tata, który dotąd zasypiał na serialach, ogląda.
         - Od wiosny ubiegłego roku pracuje pani w teatrze w Bydgoszczy. Podoba się pani u nas?
         
    - Dobrze mi się tu mieszka, tylko brakuje rozrywki. Wieczorami często nie mam dokąd pójść. Czasem wpadam po prostu na szarlotkę do kawiarni, bo nie ma alternatywy. Cztery lata mieszkałam w Łodzi i tam było co robić - knajpy artystyczne, spotkania, wieczorki poetyckie, kilka kin. A tu?
         - Jaka Monika Obara jest w domu?
         
    - Odkąd mieszkam sama, dowiedziałam się, że jestem domatorką. Przede wszystkim lubię przebywać w domu rodzinnym, w Lublinie. Mam ogromny sentyment do tego miejsca. Lubię zajmować się domem, sprzątać. Co do gotowania, nie wychodzą mi tradycyjne potrawy. Lubię za to eksperymentować w kuchni.
         - Jakieś marzenie do spełnienia?
         
    - Mieć w końcu swój dom, swój kąt, swoje cztery ściany. Jakiś mąż by się też przydał. I dzieci. Życie na walizkach już mi się znudziło i strasznie męczy.
         - Czy czasem, w trudnych chwilach, myślała pani o zmianie zawodu?
         
    - Nigdy. Dla aktorstwa zrobię prawie wszystko. Moja mama jest czasem przerażona, gdy patrzy i mnie słucha. Ale to pasja.
         

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo