Zabawy w żużel

    JOACHIM PRZYBYŁ

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Grudziądz to jedyne miasto w Polsce z dwoma klubami żużlowymi. Prezydent Andrzej Wiśniewski właśnie objął fotel prezesa jednego z nich. Drugiego mimo usilnych prób nie może od czterech lat zlikwidować.
    Prezydent Grudziądza zabrał się za tworzenie potęgi miejscowego klubu żużlowego. To rzecz bez precedensu w polskim sporcie. Przede wszystkim taka decyzja musi rodzić wątpliwości prawne. Grudziądzkie Towarzystwo Żużlowe jest stowarzyszeniem, a jako takie jest kontrolowane przez lokalny samorząd, czyli...prezydenta Wiśniewskiego.

    Jeszcze więcej wątpliwości dotyczy rozliczeń finansowych z magistratem. Działacze pozostałych grudziądzkich klubów sportowych z niepokojem czekają na najbliższe rozdanie miejskich dotacji na sport.
    - Trudno mi to sobie teraz wyobrazić. W końcu prezes klubu żużlowego będzie przygotowywał wniosek do samego siebie. Trochę to dwuznacznie, prawda? - zastanawia się prezes jednego z klubów, prosząc jednak o anonimowość. Nie chodzi tu jednak jedynie o dotacje. Budżet miasta, którego Wiśniewski w dużej mierze jest dysponentem, partycypuje przecież w kosztach utrzymania klubu, m.in. poprzez wydzierżawienie stadionu.

    Czy prezydent Grudziądza może okazać się sprawnym prezesem? Być może, choć jego dotychczasowe dokonania w sporcie żużlowym budzą spore wątpliwości. Dotąd jeszcze nie wyjaśniono ostatecznie kontrowersji związanych z likwidacją Grudziądzkiego Klubu Motorowego. Sytuacja jest zresztą dość dziwna, bo w Grudziądzu nadal istnieją dwa kluby żużlowe. Do 2002 roku w lidze startował GKM, który jednak ostatecznie zbankrutował. Problem w tym, że mimo kilku prób prezydentowi miasta nie udało się wyrejestrować starego stowarzyszenia. Powód? Sąd uznał, że nie został zakończony proces likwidacyjny.

    Trzeba się cofnąć w czasie do jesieni 2002 roku. Wtedy dogorywał GKM, a 2 sierpnia podjęto uchwałę, że klub zgłosi się do rozgrywek na kolejny sezon, lecz potem przekaże miejsce powstającemu wtedy Grudziądzkiemu Towarzystwu Żużlowemu. Teoretycznie więc komornik powinien zlicytować majątek GKM, a za uzyskane w ten sposób środki spłacić choć w części wierzycieli. Problem w tym, że ów majątek w większej części w dziwny sposób wyparował.

    Dotarliśmy do protokołu przejęcia majątku. Jako przekazujący podpisany jest pod nim m.in. Zdzisław Jurkiewicz (był jednocześnie w komisji likwidacyjnej GKM i członkiem - założycielem GTŻ), jako przyjmującego widnieje nazwisko prezesa nowego klubu Zbigniewa Fiałkowskiego. Na protokole podpisali się także przedstawiciele Urzędu Miasta: Wojciech Strahl i nieżyjący już Jan Janusz.

    Według naszych informacji znaczna część tego majątku zmaterializowała się później już w siedzibie GTŻ, w tym samym zresztą biurze. W ogólnym bałaganie zapakowano m.in. prywatne narzędzia trenera Jana Szydlika. Gdy ten później zgłosił się po nie do magistratu, kazano mu przedstawić fakturę zakupu (!). Z pracowników GKM zaspokojono roszczenia jedynie mechanika Marka Kończykowskiego. W dość nietypowy zresztą sposób: najpierw w ramach rozliczenia obdarowano go sprzętem wartym dokładnie tyle, ile zalegał mu dawny klub, a potem wszystko odkupiono. - On akurat był potrzebny nowemu klubowi, więc sprawnie i cicho wszystko załatwiono - mówi Adam Opertowski, który był kierownikiem drużyny GKM.

    Według Fiałkowskiego przejęcie wyglądało inaczej. - Gdy weszliśmy do klubu zastaliśmy niemal gołe ściany. Szafy, komputer były zapieczętowane i dlatego poprosiliśmy władze miasta, żeby przejęły pozostały majątek. Z tego co pamiętam, to trafiły do nas jakieś kieliszki i szklanki, a wiele rzeczy pobrali samowolnie sami pracownicy GKM w ramach zaległego wynagrodzenia. Prawdą jest, że część od nich później odkupiliśmy - mówi były prezes GTŻ.

    Jak było naprawdę, trudno dziś dociec. Proces likwidacji powinien jednak skutecznie nadzorować prezydent miasta jako prawny zwierzchnik wszystkich stowarzyszeń. Na interwencje władz miasta wciąż czekają pozostali byli pracownicy GKM, który wygrali przed Sądem Pracy proces o wypłatę zaległych wynagrodzeń, odprawy oraz - co najważniejsze - wydanie świadectw pracy, bez których nie mogli nawet zarejestrować się w Urzędzie Pracy (te ostatecznie otrzymali dopiero wiosną 2004 roku).

    Problem w tym, że komisja likwidacyjna GKM zakończyła już działalność, a jako organ stowarzyszenia mogła to zrobić w każdej chwili. Nie powiodło się ogłoszenie upadłości, bo sąd stwierdził - zresztą zgodnie z prawdą - że stowarzyszenie nie posiada żadnego majątku, który można byłoby zlicytować. - Wtedy zrozumieliśmy o co chodziło z tym przekazaniem z udziałem przedstawicieli Urzędu Miasta. Wszystkie rzeczy trafiły do GTŻ nie bezpośrednio, lecz poprzez magistrat. W ten sposób uniknięto ciągłości prawnej, a my nie mamy możliwości dochodzić własnych praw wobec nowego stowarzyszenia - mówi Opertowski.

    Skutku nie przyniosło spotkanie z prezydentem Wiśniewskim, który najpierw obiecał szybkie załagodzenie wszelkich konfliktów, po czym więcej z pracownikami GKM już się nie spotkał. Sytuację naprawić próbował kilkakrotnie reprezentujący magistrat przed sądem ówczesny zastępca prezydenta ds. sportu Robert Malinowski. - Byłem przekonany, że te sprawy powinna załatwić komisja likwidacyjna klubu. Próbowałem nakłonić tych ludzi do działania, ale bez skutku. Obawiali się, że zostaną wciągnięciu w spory prawne.

    Próbowaliśmy zapytać prezydenta Wiśniewskiego o powody przedłużającego się wyrejestrowania GKM, a także dlaczego magistrat przejął majątek bankrutującego klubu (co leżało przecież w gestii komornika)? Nie znalazł dla nas czasu i odesłał do Wydziału Oświaty Kultury i Sportu Urzędu Miasta. - Przejęliśmy ten majątek, żeby zabezpieczyć mienie komunalne. Co do wyrejestrowania stowarzyszenia, to trzeba o to zapytać w sądzie - odpowiedział nam Wiesław Cyrankowski, zastępca kierownika tego wydziału

    Dziś końca problemu nie widać. Dotychczasowy likwidator nie wskórał praktycznie nic. 14 października złożył sprawozdanie, w którym czytamy m.in. "W poszukiwaniu wierzytelności przypisywanych rzekomo stowarzyszeniu skierowałem kilka pism do różnych instytucji, jednakże bez rezultatu. Nie uzyskałem żadnej pomocy od prezydenta miasta Grudziądza".

    Dziesięć dni później sąd powołał drugiego likwidatora, tym razem mec. Katarzynę Fuks, która obecnie... zapoznaje się z dokumentacją.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo