Toruński żużel znalazł się na krawędzi katastrofy

    Toruński żużel znalazł się na krawędzi katastrofy

    JOACHIM PRZYBYŁ

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Dla tysięcy mieszkańców Torunia i regionu niepowetowaną stratą będzie brak sportu żużlowego na poziomie ekstraligi.
    Prawie pół wieku tradycji, kilkudziesięciu reprezentantów Polski. Jeden z dwóch zespołów, które nigdy nie spadły z ekstraligi, znalazł się na krawędzi katastrofy. Wczoraj złożono wniosek o licencję na starty w ekstralidze. Szanse na jej przyznanie są iluzoryczne. Brakuje - przede wszystkim - spółki akcyjnej, która jest warunkiem absolutnie niezbędnym. Powołać ją można bardzo szybko, lecz kto wyłoży 500 tys. złotych (tyle wynosi kapitał założycielski)?

    Jest niemal pewne, że klub już się nie podniesie. Podczas, gdy wszystkie ośrodki żużlowe przekształcały się w nowoczesne organizacje sportowe, Toruń tkwił w skostniałych strukturach organizacyjnych pamiętających lata 70. Statut stowarzyszenia, poza kosmetycznymi zmianami, nie został zreformowany od 30 lat! Dość powiedzieć, że zarząd klubu liczył więcej osób niż drużyna ligowa miała zawodników (!).

    Formuła stowarzyszenia nie dotrzymywała kroku coraz większej profesjonalizacji żużla. Miast zmian rosły koszty (poważne długi pojawiły się w 2003 r, gdy zakontraktowano Protasiewicza, Rickardssona i Crumpa), klub od kilku lat opuszczali kolejni sponsorzy, którym nie pozwalano na choćby minimalną kontrolę wydatków.

    W 2004 roku, po niemal ćwierćwieku współpracy, z klubem pożegnał się Apator SA. Firma zachowała się elegancko, bo uprzedziła o swojej decyzji rok wcześniej. Wydawało się, że trudno sobie wymarzyć bardziej komfortową sytuację, żeby znaleźć następcę. Nic z tego. Nie udało się ani w 2005, ani w następnym. W budżecie brakowało łącznie 1,2 mln zł.

    Zarząd zachowywał się skandalicznie, gdy ważyły się losy toruńskiego żużla. Przykłady? Nikt z tego gremium nie pofatygował się prosić o pomoc Romana Karkosika (zastanawiał się nad sponsorowaniem drużyny), choć ten akurat urzędował w Elanie. Na palcach jednej ręki można policzyć inicjatywy zmierzające do znalezienia alternatywnego sponsora. Władze klubu ograniczyły się jedynie do... wysłania dramatycznego apelu o pomoc.

    Większość działaczy nie zamierzała zresztą pofatygować się do klubu na nadzwyczajne posiedzenie, w trakcie którego Mirosław Batorski, dyrektor klubu, chciał ułożyć treść apelu. Dopiero pod presją mediów przygotowano odpowiednie oświadczenie. To nie mogło przynieść wymiernego efektu, choć na apel gremialnie odpowiedzieli kibice wpłacający mniejsze lub większe kwoty na klubowe konto. W ostatnich dniach w klubie pozostał jedynie Batorski. Gdy była jeszcze teoretyczna szansa na namówienie Karkosika do współpracy, żaden z pozostałych członków zarządu nie zainteresował się nawet przebiegiem i losem negocjacji. Kilku z nich (m.in. Jerzy Janczarski) zajętych jest organizowaniem swoich kampanii wyborczych do Rady Miasta.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo