Twardy orzech

    Janina Paradowska Autorka jest publicystką tygodnika "Polityka"

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Prezydent Lech Kaczyński rozpoczął konsultacje przed podjęciem decyzji czy podpisać ustawę lustracyjną. Już pierwszy jego rozmówca marszałek Senatu Bogdan Borusewicz powiedział twardo - tu potrzebne jest weto. Wyliczył też całą listę znanych i po wielekroć omawianych wad tej ustawy, wśród których znajdują się, m. in. zniesienie statusu pokrzywdzonego, co oznacza takie samo traktowanie tych, którzy w walce o demokrację bardzo się zasłużyli jak i tych, którzy przeciwnie, nie zasłużyli się, a nawet służyli poprzedniemu systemowi. Druga sprawa to zniesienie Sądu Lustracyjnego, który już wyspecjalizował się w analizie esbeckich papierów i oddanie spraw w ręce sądów zwyczajnych, gdzie to nie IPN będzie musiał dowodzić, iż ktoś był tajnym współpracownikiem, ale osoba o to oskarżona będzie musiała wykazywać, że nim nie była. Określenie "osoba oskarżona" jest tu właściwie, mimo że pozornie nikt nikogo nie oskarża, a jedynie informuje. W 1992 r. Antoni Macierewicz też przyniósł do Sejmu wyłącznie "informacje o zawartości archiwów MSW", ale przecież do dziś mówi się, że pokazał listę agentów.


    Prezydent na podjęcie decyzji ma czas do 9 listopada i czeka go twardy orzech do zgryzienia.

    Wysłanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, co jest jedną z możliwych dróg rozstrzygnięcia tego problemu, tak naprawdę wcale go nie rozstrzyga. Senator Zbigniew Romaszewski, jedna z tych osób, która ustawę w obecnym kształcie uważa za bubel, mówi, że TK z pewnością zakwestionuje część przepisów i wówczas powstanie ustawa jeszcze gorsza. Takie dziurawe sito, przez które przeciekać będzie jakakolwiek możliwość odróżnienia dobra od zła. Senator Romaszewski skłaniał się więc raczej do podpisania ustawy, ale zarazem do szybkiej nowelizacji, zanim wejdzie ona w życie. Marszałek Borusewicz obiecuje, że senatorowie nową ustawę przygotują bardzo szybko.


    I tak oto mamy spór, który toczy się między młodymi działaczami PiS i PO, których dziełem jest ten bubel prawny, a ich starszymi kolegami. Między tymi, którzy są radykalni dzisiaj, a tymi, którzy mieli odwagę być radykalnymi wówczas, gdy ceną za radykalizm nie był społeczny poklask prolustracyjnego lobby, ale rzeczywiste represje, areszty, lata więzienia, zwichnięte kariery zawodowe, czasem zdemolowane życie osobiste. Prezydent musi więc dokonać wyboru i wydawać by się mogło, że ten wybór jest dla niego prosty, bowiem przynależy do ludzi dawnej opozycji i ich stanowisko powinno mu być zdecydowanie bliższe. Dawał zresztą temu niejednokrotnie wyraz, podobnie jak jego brat, premier Jarosław Kaczyński. Obaj, będąc przekonanymi zwolennikami lustracji, do jej zakresu i sposobów lustrowania czy raczej ujawniania dokumentów SB mieli stosunek bardzo powściągliwy. To już raczej działacze Platformy popisywali się tu często niezrozumiałym radykalizmem.


    Problemem dla prezydenta jest jednak to, że ta ustawa jest głównie dziełem polityków PiS. To oni projekt napisali i przygotowali go. Teraz musieliby albo zdystansować się do prezydenta, i zagłosować za odrzuceniem weta, albo po prostu przyznać się do błędu i odwołać bardzo wiele z tego, co mówili dotychczas. Dla ambitnej młodzieży byłoby to z pewnością upokorzenie. Byłby to też dowód, że nad niektórymi działaniami w PiS nikt nie panuje, a przecież jest to partia niesłychanie zdyscyplinowana, poddana całkowicie woli Jarosława Kaczyńskiego. A więc, czy coś jednak wymknęło się spod kontroli?


    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo