Mobbing w agencji rolnej

    Mobbing w agencji rolnej

    Kamila Perkowska

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Mobbing w agencji rolnej

    ©Rys. Tomasz Wilczkiewicz

    - Krzyk i wyzwiska to metody pracy pani kierownik - mówią urzędnicy Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Toruniu.
    Mobbing w agencji rolnej

    ©Rys. Tomasz Wilczkiewicz

    Noc ze środy na czwartek ubiegłego tygodnia. Życie odbiera sobie 32-letni Artur P., pracownik Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Zostawia list, w którym pisze: "Chcą głów, to moja powinna starczyć". Dramat urzędnika wywołał burzliwą dyskusję na forach internetowych.

    Wyścig szczurów

    Kilkanaście godzin przed tą tragedią Artura P. wezwała do siebie dyrekcja. Spodziewał się, że straci pracę.

    Dziś jego koledzy mówią, że był wrażliwym człowiekiem, że słowa krytyki odbierał bardzo poważnie. Przyznają jednak, że atmosfera w agencji już od dawna jest nie do zniesienia. Wspominają o fotografowaniu ich szafek, biurek, parapetów i tego, co na nich leżało. A także o wyścigu szczurów, by w jak najkrótszym czasie sprawdzić jak najwięcej rolniczych wniosków.

    Nieuki i nieroby

    Artur P. był pracownikiem kieleckiego oddziału ARiMR. Jednak ta tragedia wstrząsnęła także urzędnikami kujawsko-pomorskiej agencji. Przyznają, że powoli nabierają odwagi, by mówić o tym, co dzieje się w oddziale w Toruniu i podległych mu biurach powiatowych. A dzieje się, ich zdaniem, źle.
    - Krzyk, trzaskanie drzwiami, a potem płacz koleżanek - to wszystko jest na porządku dziennym - mówi anonimowo jeden z urzędników. - Pani W., kierowniczka biura kontroli wewnętrznej każdą rozmowę zaczyna i kończy krzykiem oraz wyzwiskami. Nas kiedyś nazywała nieukami i nierobami. Dziwiła się, że rozmawiamy z szeregowymi pracownikami, mówiła, że to plebs - twierdzą inni.

    Dodają, że dyrekcja oddziału wykazuje kompletną bierność wobec jej zachowania: - Kiedyś nakrzyczała nawet na Stanisława Barłoga, p.o. dyrektora oddziału. Nie zareagował na to.

    Dyrektor Barłóg mówi, że to wyłącznie jego sprawa, czy ktoś podnosi na niego głos. - Znam panią W. od dawna. Wiem, że ma temperament i donośny głos. Uważam jednak, że nie ma sensu na " głos" reagować "głosem".

    Pieniądze do zwrotu

    W. nie zgadza się z tymi oskarżeniami. - Jestem osobą uprzejmą i taktowną. Nie używam słów "plebs", czy "nierób". Mówię poszczególnym osobom, że czegoś nie potrafią, że męczą się na tym stanowisku i proponuję, by przeniosły się na inne, łatwiejsze. A płacz? Na pewno jest, bo okazuje się, że pieniądze, które pracownicy biura kontroli na miejscu lub członkowie ich rodzin, dostali w ramach dotacji dla młodych rolników, będą musieli zwrócić.

    Eliminuje patologię

    Urzędnicy, którym szefuje W., twierdzą, że w lipcu wystąpili do dyrekcji oddziału z wnioskiem o zmianę kierownika. - Nikt się tym wnioskiem nie zajął. Ona musi mieć w agencji "mocne plecy" - uważają. O wniosku nic nie wie dyrektor Stanisław Barłóg. - W lipcu byłem tylko zastępcą dyrektora, nie dotarł do mnie - twierdzi.

    Dziwi go, że pod adresem ARiMR padają oskarżenia o mobbing. - Nie uważam, żeby ten problem dotyczył naszego oddziału. Czasem zdarzają się jakieś spięcia, jak wszędzie. Sprawę kierowniczki W. komentuje krótko: - Ma dużą wiedzę, jest wymagająca, żąda rzetelnej pracy i to się niektórym nie podoba. Jeżeli liczyli na lekką pracę w agencji, to nie jest miejsce dla nich.

    Ona z kolei twierdzi, że eliminuje w ARiMR patologię i nepotyzm: - Robię porządki, bo taka jest moja rola. Wiem, że nikt nie lubi kontrolerów, ale na pewno nie można mi zarzucić niekompetencji, stronniczości i braku pracowitości - broni się.

    Zaskoczeni błędami

    We wrześniu do oddziału regionalnego Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa ponownie wkroczyła Państwowa Inspekcja Pracy. - To była re-kontrola. Sprawdziliśmy, czy zostały wykonane wszystkie zalecenia z naszej grudniowo-styczniowej inspekcji - tłumaczy Ryszard Jarzyna, kierownik Okręgowego Inspektoratu Pracy w Toruniu. Nie chce wdawać się w szczegóły, bo jak twierdzi: - Miałem już wiele nieprzyjemnych rozmów z agencją. Niektórzy jej pracownicy dzwonili do mnie z pretensjami, że udostępniam informacje mediom. Jarzyna odsyła więc do nadinspektor Teresy Bolszakow, która zajmowała się kontrolą w agencji. - Na początku roku wy-kazaliśmy szereg nieprawidłowości. Byliśmy zaskoczeni ich rozmiarem. Wykryliśmy wtedy, że nie wypłacono pracownikom pensji za nadgodziny i pracę w nocy - około 250 tys. zł. Ta sprawa została już wyjaśniona.

    Może sąd pomoże?

    Podczas pierwszej kontroli PIP rozdał urzędnikom ankiety mobbingowe. - Wyszło z nich, że problem faktycznie istniał. Dyrekcja miała rozwiązać tę sytuację, porozmawiać z kierownikami poszczególnych biur - mówi nadinsp. Bolszakow.
    - Kontrola inspekcji w żaden sposób nam nie pomogła. Napisaliśmy w ankietach o kłopotach z panią W., nic się jednak nie zmieniło. Dlatego już nie będziemy kontaktować się z inspektorami. Zastanawiamy się nad skierowaniem sprawy do sądu.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo