Mój kawałek historii

    Mój kawałek historii

    Rozmawiał Joachim Przybył

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Rozmowa z MIROSŁAWEM KOWALIKIEM,<br />kończącym karierę żużlowcem Apatora<br />Toruń i (krótko) Polonii Bydgoszcz

    Mirosław Kowalik

    Mirosław Kowalik


    Licencję żużlową zdobył w 1987 roku i barw toruńskiego klubu bronił przez 16 lat. Pod względem stażu w "Aniołach" lepszy jest jedynie Jan Ząbik. Niezwykle popularny i lubiany nie tylko w Toruniu, elokwentny, dowcipny, kiedyś na pytanie iloma językami włada, odparł: "trzema, jednym w gębie, dwoma w butach". Po konfliktach z zarządem klubu w 2003 roku przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie ostatecznie zakończył karierę. Obecnie pełni funkcję trenera PSŻ Poznań. W niedzielę w Toruniu odbędzie się jego oficjalny turniej pożegnalny.



    - Mało było żużlowców cieszących się tak wielką sympatią fanów. Jak zostaje się ich ulubieńcem?

    - Chyba nie ma gotowej recepty. Myślę, że przez lata startów w Toruniu zasłużyłem sobie na jakąś sympatię. Starałem się zawsze dobrze wywiązywać ze swoich zadań i poważnie traktować kibiców. I nie chodzi tu o wyświechtane powiedzenie, że fani to sponsor klubu. Bez nich, po prostu, tego klubu by nie było i dla nich kręci się ten cały żużel.

    - W jaki sposób trafiłeś do klubu i rozpocząłeś treningi?

    - Osobą najbardziej za to odpowiedzialną jest mój wujek Rysiek. Jest wiernym kibicem "Aniołów" od zawsze i on mnie zachęcił, żebym spróbował swoich sił. Wtedy w szkółce żużlowej konkurencja była ogromna. Pamiętam, że w mojej grupie było około 50 chłopaków i tylko ja dotarłem do egzaminu na licencję. Może pomogły mi starty na kartingach w szkole średniej...

    - Pamiętasz swój pierwszy wyścig?

    - Takich rzeczy się nie zapomina. To był mecz z Unią Leszno. Upadłem na tor po zaciętej walce z Romanem Jankowskim. To było spore wydarzenie, bo ten żużlowiec wtedy był na absolutnym szczycie w naszym kraju.

    - Na zwycięstwo musiałeś jednak poczekać do meczu derbowego z Polonią Bydgoszcz.

    - Ten wyścig to dla mnie pierwszy poważny sukces w karierze. Udało mi się wygrać bieg z Ryszardem Dołomisiewiczem, wówczas liderem bydgoskiej drużyny. To było naprawdę coś.

    - Cztery lata po zdaniu egzaminu na licencję zdobyłeś pierwszy tytuł drużynowego mistrza Polski. To był dziwny sezon. Wasz zespół oparty w dużej mierze na juniorach miał walczyć o utrzymanie, przegrywaliście zresztą pierwsze mecze...

    - Wszyscy stawiali na nas, ale jako na pewniaka do degradacji. Jeszcze raz jednak okazało się, że w sporcie nie można niczego planować. Początek sezonu nie był udany, ale na koniec zdobyliśmy mistrzostwo Polski bardzo zdecydowanie. Pamiętam, że wygraliśmy większość meczów wyjazdowych.

    - W kolejnych latach drużyna zdobywała kolejne medale, ale tylko srebrne i brązowe. Wtedy dla odmiany przed niemal każdym sezonem byliście faworytami, ale do złota czegoś brakowało.

    - Teraz cieszę się, że w ogóle znajdowaliśmy się na podium. A że nie były to akurat medale najcenniejsze... Dla nas każdy był sukcesem. Tym bardziej, że w innych rozgrywkach także zdobywaliśmy wiele laurów. W klubie pojawiła się cała grupa utalentowanych młodych zawodników i rywalizacja nawet między nami przynosiła dobre efekty.

    - W krótkim czasie w Toruniu wychowano wielu świetnych zawodników: najpierw był Kuczwalski, potem Krzyżaniak, ty, Sawina, Jaguś, Bajerski, Świątkiewicz. Praktycznie co sezon pojawiał się ktoś nowy...

    - Przypadku nie było w tym żadnego. Pod względem szkolenia Toruń od lat jest najlepszy w Polsce i największa zasługa to doskonali trenerzy młodzieży. Ja zaczynałem w szkółce pod okiem Stanisława Miedzińskiego, potem przejął mnie Jan Ząbik, którego do dziś uważam za najlepszego trenera juniorów w Polsce. Ci ludzie potrafili wypatrzyć utalentowanego chłopaka i doskonale go przygotować do kariery żużlowca. Praktycznie wielu z nas krótko po egzaminie licencyjnym było gotowych do walki o ligowe punkty.

    - Mimo plejady utalentowanych zawodników w zespole na kolejne mistrzostwo czekałeś aż 11 lat. W 2001 roku także nie byliście faworytami. Jak wspominasz ten sezon?

    - Dla mnie był to rok wyjątkowy. Byłem już kapitanem zespołu, poza tym dla mnie był to chyba najlepszy sezon w lidze. Miałem najwyższą średnią z krajowych zawodników i rzadko zawodziłem. Pod koniec rozgrywek pojawiły się pewne tarcia, nie pojechałem między innymi w decydującym meczu z Atlasem Wrocław. Ale to już w tej chwili nie ma znaczenia. Medal był także mój i to się liczy. Historia została zapisana i nie ma sensu do tego wracać.

    - Do szczęścia brakuje ci jedynie sukcesów indywidualnych. Kilka razy byłeś blisko podium Indywidualnych mistrzostw Polski, ale zawsze kończyło się na czwartym miejscu.

    - W tych turniejach zabrakło mi po prostu szczęścia. Długo wspominałem zwłaszcza zawody w Częstochowie w 1997 roku. Wtedy wygrał Krzyżaniak, ja w czterech startach zdobyłem 11 punktów, a w piątym miałem defekt motocykla tuż przed startem i to w dodatku przeciwko słabszym raczej żużlowcom. Wtedy nie można było mieć motocykla rezerwowego z drugą oponą i nie byłem w stanie zdążyć na czas. Tak widocznie było pisane i być może nie miałem nigdy zdobyć medalu indywidualnego.

    - Mogłeś z bliska obserwować przemianę polskiego żużla z amatorstwa na zawodowstwo, z jego dobrymi i złymi stronami. Wojciech Żabiałowicz narzeka, że kiedyś jeździło się dla kibiców, miasta, a teraz głównie dla pieniędzy. Jak zmienił się żużel w ciągu twojej kariery?

    - Zmiany techniczne następują tak szybko, że w ogóle nie da się tego porównać. Zresztą dotyczy to także krótszych okresów. Dwa lata temu przestałem praktycznie jeździć, a już dziś nie jestem w stanie doradzić niczego młodszym zawodnikom. Przez całą karierę moje pokolenie musiało gonić za postępem technicznym. Co do słów Żabiałowicza, to w pełni się z tym zgadzam. Pieniądze są ważne, ale nie można zapominać o innych rzeczach. Kiedyś liczyli się koledzy z zespołu, kibice, wszyscy tworzyli jedną całość, ostatnio te wartości w dużym stopniu zanikły.

    - Może właśnie dlatego kibice tak cię cenią. Tylko ty i Wiesław Jaguś z tej generacji nigdy nie opuściliście z własnej woli toruńskiego klubu.

    - Propozycje pojawiały się systematycznie, ale nie chciałem odchodzić nawet za cenę gorszych warunków finansowych. Może zabrzmi to zbyt dumnie, ale czułem się patriotą, nie chciałem na siłę szukać wyzwań i zarobków w innej drużynie. Oczywiście, nie żałuję dwóch ostatnich sezonów w Bydgoszczy, gdzie poznałem wielu wspaniałych ludzi. Polonia miała wtedy swoje problemy i uważam, że mam jakiś tam wkład w utrzymanie zespołu w ekstralidze.

    - Teraz, gdy oficjalnie już kończysz karierę, możesz na te kilkanaście lat powiedzieć: jestem usatysfakcjonowany?

    - Wręcz przeciwnie. Teraz z perspektywy czasu te lata spędzone na torze mogę ocenić zupełnie z innej strony. Jestem w stanie sam sobie wytknąć wiele niedociągnięć. Gdybym miał zaczynać karierę jeszcze raz, wiele spraw pokierowałbym zupełnie inaczej. Myślę, że byłbym znacznie lepszym zawodnikiem. Liczę, że uda mi się pewne rzeczy przekazać młodszemu pokoleniu.

    - Jesteś trenerem PSŻ Poznań, ale wielu kibiców w Toruniu widziałoby cię w klubie na Fałata.

    - Nie ukrywam, że takie jest też i moje marzenie. Na razie jednak pracuję w Poznaniu i czuję się tam doskonale. Żeby wrócić do Torunia muszę się jeszcze wiele nauczyć.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo