Tato w centrum życia

    Tato w centrum życia

    Małgorzata Święchowicz [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Tato w centrum życia
    Przepadnie wszystko, co miała. Poza ojcem, którego w pierwszej kolejności chciałaby się pozbyć z mieszkania.
    Tato w centrum życia


    Ojciec ma się dobrze. Sąsiad mówi, że dotąd nie wiadomo z czego żył, ale teraz chyba rentę dostanie. Ostatnio chwalił się, że wszystko na najlepszej drodze.
    Drzwi zamknięte. Nie ma go.
    Sąsiad: - Często wychodzi.
    Na rynek, na ulice, bo raczej nie do pracy. A młody jeszcze, 52 lata. Mieszka ciasno: 23 metry, pokój, łazienka, ciemna kuchnia. To wszystko zresztą nie jego, a córki - Moniki Milewskiej. Tylko, że ona nie może wejść do siebie, ojciec zmienił zamki. Policji powiedział, że tu się mieści jego centrum życiowe, więc policja podziękowała i nic w tej sprawie więcej nie zrobi.

    Grzecznościowo u cioci

    Monika nie pamięta ojca trzeźwego. Kiedyś z przepicia zasłabł, karetka go zabrała. Miała wtedy 16 lat. - Ojciec wpadał w złość, widział rzeczy, których nikt inny nie widział. Te jego omamy, ta furia, były nie do zniesienia.
    Co jeszcze pamięta z tamtych czasów? Zajmowali mieszkanie jasne, dwupokojowe przy Antczaka w Toruniu. Ojciec dostał wyrok za znęcanie się nad rodziną, siedział. Mama wniosła o rozwód, chciała go wymeldować, ale była bez szans. Uciekła od ojca do krewnej. Wywojowała tylko tyle, że mieszkanie zostało zapisane córce. Dwa pokoje, a w środku ojciec. Nie wyprowadzi się, bo niby dokąd? Nie zapłaci czynszu, bo niby z czego? Jest kierowcą, ale praca się go nie trzyma. Monika wychodzi za mąż, biorą pożyczkę na remont, odnawiają mieszkanie i uciekają.
    - Ojciec w kółko bez pracy, pije, ma te swoje wizje, napady agresji. Myli mu się pokój z łazienką, więc sika gdzie popadnie. Wyprowadzka, to jedyny ratunek.
    Trafiają najpierw grzecznościowo do cioci, później na Działki Józefa. Tam ludzie oddają pod wynajem domki gospodarcze: pokój, piec, kuchnia dwa na metr.
    W październiku 2002 rodzi im się dziecko, więc na działki trafiają już w trójkę: ona, mąż i mała Wiktoria. Trzeba płacić odstępne, więc przestają płacić za mieszkanie, które zajmuje ojciec. W pół roku robi się ponad 4 tysiące złotych długu, spółdzielnia zaczyna straszyć, że wykluczy. Oczywiście, nie ojca, bo to mieszkanie nie na niego, a na córkę.

    On ma stanąć na nogi

    Monika Milewska pokazuje papiery. Wszystko zgrabnie udało się załatwić: zadłużone spółdzielcze dwa pokoje przy Antczaka zamieniła na na kawalerkę przy Dziewulskiego, niezadłużoną i własnościową. No pięknie.
    Jest kwiecień 2004.
    Nie melduje ojca.
    On ma sobie poszukać pracy i mieszkania. U niej może tylko złożyć rzeczy. No, najwyżej pobyć miesiąc, dwa, dopóki nie stanie na nogi. Ale on zaczyna sobie radzić szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. - Idzie do biura meldunkowego, podaje nieaktualne dane z mojego starego dowodu, podrabia podpis i dostaje stałe zameldowanie. Wymienia zamki - mówi Milewska.
    Nie może wejść do swojego mieszkania i nie może wezwać policji, bo co z tego, że ma akt własności, skoro ojciec ma zameldowanie?
    Pozywa ojca. Bierze adwokata, choć to koszty.
    Ojciec nie musi się przejmować ani opłatami sądowymi, ani opłatami za mieszkanie. Co tam czynsz, rachunki za wodę, gaz. Spółdzielnia pogania Milewską, bo to przecież jej mieszkanie. Choć nie ma do niego wstępu.

    Stany podgorączkowe

    Maj 2005, Milewscy wciąż na Działkach Józefa.
    Wiktoria zaczyna chorować. - Gorączka i gorączka. Podejrzewaliśmy, że dziecku szkodzą te działki.
    A okazało się, że szkodzi nowotwór. Białaczka. Szpital. Chemia. Milewski stale w drodze między pracą w Toruniu a kliniką w Bydgoszczy. Milewska stale przy Wiktorii. Na noc koło łóżka córki rozkłada, tak jak i inne matki, karimatę. Strach brać małą na przepustki do domu. Wstyd tłumaczyć lekarzom, że trzeba mieszkać na działkach.
    Ktoś podpowiada, żeby Milewscy nagłośnili sprawę braku mieszkania, ale im głupio. Wyszłoby, że wykorzystują chorobę dziecka.

    Nie zapłaci, wykluczą

    W styczniu 2006 zapada wyrok w sprawie ojca Milewskiej: za podrobienie podpisu córki ma zapłacić grzywnę 300 złotych. Już wcześniej sąd cywilny nakazuje mu opuścić mieszkanie. W sądowej decyzji jest wzmianka, że powinien dostać od gminy lokal zastępczy. Ale on nie chodzi w tej sprawie, nie prosi, nie przyspiesza. Tylko córka biega:
    na policję (nic nie zrobią, bo choć ojciec podrobił podpis, to jednak wciąż jest zameldowany);
    do Wydziału Spraw Administracyjnych, żeby ojca wymeldować (nie mogą, bo choć podrobił podpis, to przecież tam mieszka, więc meldunku nie cofną);
    do Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej, żeby dali ojcu lokal socjalny (oczywiście oni rozumieją, trudna sytuacja, sądowy nakaz, mogą wpisać ojca na listę, ale kolejka długa, w ubiegłym roku mieli w teczkach 500 takich wyroków, niektóre nie załatwione od 5 lat).
    Spółdzielnia przysyła Milewskiej rachunki za czynsz i ostrzeżenie: dług sięga już około 4 tysięcy złotych plus odsetki. Jeżeli nie zapłaci, wykluczą ze spółdzielni.

    Cztery tysiące za czterdzieści

    Wieżowiec przy Dziewulskiego nie jest piękny - winda trzeszczy, drzwi w zaciekach, jakby ktoś opluł. Na ścianie wydrapany napis: jebać policję.
    Ale mieszkanie tutaj, to wszystko co ma Milewska. Rok temu warte było około 40 tys. złotych. Teraz spółdzielnia zaczęła remont, blok będzie ocieplony, więc może wartość kawalerki wzrośnie? A i ludziom tu milej będzie się mieszkało.
    Tylko nie Milewskiej. W marcu wykluczyli ją ze spółdzielni. I doręczyli pismo: jeżeli do końca lipca nie spłaci zadłużenia, będzie egzekucja.
    - Stracę wszystko, co mam. Po sprzedaży mieszkania spółdzielnia weźmie swoje, komornik swoje. Zostaną mi może jakieś marne resztki. Ojca kompletnie to nie obchodzi - mówi Milewska. Nie spotykają się, nie odzywają do siebie.
    Trudno go zastać. Wciskam kartkę w drzwi, podaję numer telefonu do redakcji. Oddzwania, bo myśli, że ja może w sprawie kupna mieszkania. Gdy słyszy, że dziennikarka, i że w sprawie długu, który spadł na córkę, ucina rozmowę. O czym tu gadać? Wyprowadzi się, jak gmina da mu socjal. Ale nie ma pośpiechu, poczeka.

    Jak znaleźć pięć metrów

    W Wydziale Gospodarki Komunalnej mówią, że wniosków o lokale socjalne dużo, w sumie z 1700. Załatwia się według kolejności, szybciej to tylko przypadki szczególne albo z rozbiórki, albo z pożarów. A w ogóle, to jest kłopot, żeby znaleźć coś dla jednej osoby. Bo na jednego powinno przypadać 5 metrów kwadratowych lokalu. No naprawdę, trudno znaleźć coś dla człowieka, który mieszka bez rodziny.
    Spółdzielnia, na szczęście, jeszcze nie oddała sprawy Milewskiej do sądu, jeszcze liczy na to, że dług zostanie spłacony. - Uwzględniając trudną sytuację, możemy rozważyć spłatę w ratach - mówi kierowniczka działu członkowsko-windykacyjnego.
    Ale Milewscy nie mają na raty.

    Ludzie dobrej myśli


    Wiktoria w październiku skończy 4 latka. Jest na tzw. chemii podtrzymującej. Trzeba było pilnie wyprowadzić się z Działek Józefa, więc wynajęli mieszkanie przy Szosie Lubickiej, co miesiąc za wynajem płacą 700 złotych. Jeśli dodać do tego czynsz, rachunki za wodę, gaz, wychodzi tyle, że Milewski nie jest w stanie zarobić. Żyje się skromnie, ratuje ich zasiłek na dziecko, pożyczki, pomoc bliskich.
    - Wiktoria dobrze się czuje. To najważniejsze - mówi Milewska. Siedzi na kanapie, patrzy a to w okno, a to na córkę, która biega w kółko trasą: pokój - przedpokój - kuchnia. Dom pełen jest Wiktorii, jej śmiechu, jej lalek, miśków, leków, strzykawek, środków do cewnikowania...
    - Wydaje się, że małe dzieci wszystko zniosą. Lepiej sobie radzą niż dorośli - zauważa Milewska. Ona na przykład ma kłopot, żeby teraz płynnie przejść ze świata szpitalnego, do normalnego. Wyciąga te wszystkie wyroki sądowe, pisma ze spółdzielni, z wydziału gospodarki komunalnej, i jest bezradna. Mówi, że nie ma siły się użerać. Tak jakby siły zostawiła w tamtym świecie, szpitalnym.
    Z okna w kuchni widzi blok, w którym ojciec zajął jej mieszkanie. Stanie czasami, popatrzy, jak posuwają się prace przy ocieplaniu. A później myślami znów wraca do kliniki. Przed Wiktorią dwie punkcje lędźwiowe, w sierpniu i wrześniu. Trzeba będzie pożyczyć od kogoś samochód, bo wożenie małej autobusem wykluczone. Nie boi się tego jeżdżenia na oddział. - Tam jest wszystko jakby inaczej poukładane, po ludzku, choć białaczki, guzy rdzenia mózgu - mówi Milewska. - Ciężko. Ale każdy z dobrym sercem i dobrej myśli.


    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo