Cios zza krat

    ADAM WILLMA

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Leszek Kołtun (z prawej): - Ból jest tylko na treningach, w walce pojawia się tyle adrenaliny, że przestaje się go czuć

    Leszek Kołtun (z prawej): - Ból jest tylko na treningach, w walce pojawia się tyle adrenaliny, że przestaje się go czuć ©Fot. Adam Willma

    Co łączy Mike Tysona i Leszka Kołtuna? Obaj zawodowi mistrzowie świata są częstymi bywalcami więzienia. Tyle że w zupełnie innych rolach.
    Leszek Kołtun (z prawej): - Ból jest tylko na treningach, w walce pojawia się tyle adrenaliny, że przestaje się go czuć

    Leszek Kołtun (z prawej): - Ból jest tylko na treningach, w walce pojawia się tyle adrenaliny, że przestaje się go czuć ©Fot. Adam Willma

    Walka o mistrzostwo świata miała filmowy scenariusz. - To było w pierwszej rundzie. Nawet nie zauważyłem, kiedy Niemiec kopnął mnie w głowę. Cios był czysty, od razu powalił mnie na deski.
    Publiczność zamarła. Pobladł nawet sektor wypełniony funkcjonariuszami służby więziennej z Wołowa. Słychać było brzęczenie przelatującej muchy. Ojciec Leszka niemal osunął się na nogach, żona była w szoku. "No to koniec" - nagrał się czyjś głos na video.

    Do trzeciej krwi

    Leszek wstał ostatkiem sił, dał znak sędziemu, że będzie walczył. Przykleił się do rywala, przetrwał do końca rundy, chociaż hala dwoiła mu się w oczach. Druga runda była już wyrównana. W trzeciej wystarczyła jedna akcja. Leszek czuł jak siłą ciosu miażdży nos rywala. Niemiec upadł, ale wstał. Kolejna akcja, powtórka. Ring zalał się krwią. Dopiero za trzecim razem sędzia zakończył walkę.
    - Okrutnie sponiewierał tego Niemca - przyznaje pułkownik Marek Gajos, dyrektor Zakładu Karnego w Wołowie. - Boję się, że kiedyś znajdzie się ktoś, kto w ten sposób urządzi Kołtuna.
    Leszek: - Później było mi przykro, bo to sympatyczny człowiek. Ale gdybym ja tego nie zrobił, on zrobiłby to ze mną.
    Kiedy sędzia ogłaszał werdykt, broniący tytułu Niemiec ledwie stał na nogach. Wprost z hali w Wołowie odwieziono go do szpitala ze złamaniem nosa i wstrząśnieniem mózgu.

    Minus 10 na trasie

    Miało być zupełnie inaczej. Była połowa lat 80., kiedy przez Brzeźno przejeżdżał wyścig kolarski. - Kolorowe stroje, błyszczące rowery. To robiło na nas wrażenie - wspomina Leszek. Ojciec (sam trenował w dzieciństwie) kupił chłopakowi kolarzówkę. Pierwszy wyścig w życiu i od razu wygrany.
    Później kolejne, i od razu propozycja z toruńskiego klubu. Na każdy trening musiał dojeżdżać rowerem 15 kilometrów, więc przed treningiem miał już rozgrzewkę. - Trzymałem się zasady, żeby jeździć do minus dziesięciu stopni, bo w większe mrozy nie było sensu. Po treningu był już tak wyczerpany, że przyjeżdżał po niego ojciec.
    Kolarstwo to ciężki i mało spektakularny sport. Trening rano, szkoła, trening po południu. O 21.30 do łóżka i tak 6 dni w tygodniu. Leszek: - Chciałem być jak Greg Lemond i Zenon Jaskuła.
    Meblościanka zaczęła wypełniać się pucharami, więc naturalną koleją rzeczy była szkoła mistrzostwa sportowego w Żyrardowie. I znowu rygor, indywidualnie dobrana dieta, zgrupowania na Majorce, we Włoszech. Całe życie ukierunkowane przez kierownicę roweru.
    - Byłem zniechęcony. Zobaczyłem, że sukces zbyt często wiąże się z koksowaniem - mówi Leszek. - Dorosłe kolarstwo to gra zespołowa. Cały zespół jeździ pod jednego lidera. To było sprzeczne z moim charakterem, byłem głodny sukcesów. Któregoś dnia zobaczyłem jednego z moich dawnych kolarskich idoli - nosił worki w młynie. Wystarczyła jedna kontuzja, aby świat się dla niego zawalił. Zacząłem się wahać.

    Nic z ciebie nie będzie

    Po liceum sportowym okazało się, że nikt nie ma pomysłu na przyszłość kolarzy. Chłopaki rozpierzchli się w różne strony Polski. Leszek trafił na Akademię Wychowania Fizycznego do Wrocławia. Zabrał ze sobą rower, ale po kilku tygodniach był już pewny, że nie będzie mu potrzebny. Kolarzówkę zawiesił więc na haku; zupełnie się zakurzyła.
    - Ze zdumieniem dostrzegłem, że można w życiu robić dziesiątki ciekawych rzeczy, a nie tylko jeździć na rowerze - wspomina Kołtun. - Najtrudniej było powiedzieć o tym tacie, który towarzyszył mi w każdych zawodach i żył moim kolarstwem. Gdy przyjechałam do domu od razu spytał dlaczego nie mam ze sobą roweru. Nie potrafiłem mu wówczas powiedzieć prawdy.
    Po kilku tygodniach rozrywkowego życia w akademiku w Leszku odezwał się głód sportu. - Trafiłem do jednego pokoju z chłopakiem uprawiającym kick-boxing. Zazdrościłem mu tej pewności siebie, którą dają sporty walki. Poszliśmy do parku, jeden kopniak w udo powalił mnie na ziemię. Nic z ciebie nie będzie - pokiwał głową, gdy wiłem się z bólu.
    Ale wtedy wygrało kolarskie zacięcie. W klubie treningi odbywały się 3 razy w tygodniu, więc ćwiczył dwa razy częściej. Każde z uderzeń tak długo doskonalił, aż dorównał instruktorowi. Półtora roku później pojechał na eliminacje do mistrzostw Polski. Wypadł najlepiej z całego klubu. Na mistrzostwach dwa razy leżał na deskach, ale w walce o brązowy medal złamał przeciwnikowi nos i wygrał.
    Leszek: - Po tych mistrzostwach długo unikałem kontaktu z przeciwnikiem. Dopiero podczas jednego ze sparingów, jakie robiliśmy w akademiku, nie było wyjścia. Sala była, wypchana publiką, więc nie mogłem się wycofać. Skończyło się remisem, byliśmy bardzo poobijani, ale przemogłem się. Ból jest tylko na treningach, w walce pojawia się tyle adrenaliny, że przestaje się go czuć. Znacznie bardziej boli niesprawiedliwy werdykt sędziowski, co również mi się zdarzyło.

    Wrażliwy twardziel

    Z wersji light przeszedł do full kontaktu i to w najostrzejszej wersji low-kick, w której dopuszcza się kopnięcia nie tylko w górne części ciała, ale również w nogi.
    - W kolarstwie można zawalić jeden wyścig i odrobić straty w następnym. W kick-boxingu to nie wchodzi w grę. Musisz wygrywać, bo każdą przegraną możesz odczuć na własnym zdrowiu. I to było podniecające - ożywia się Leszek. - Nawet nie potrafię powiedzieć, czy więcej satysfakcji sprawia zadawanie ciosów czy ich unikanie.
    Według Michała Wszelaka, mistrza Polski z klubu Smok Toruń, podstawą w walce jest głowa, a tę Kołtun trzyma mocno na karku: - Wypracował swój styl. Ma silną psychikę i wolę walki. Po kolarstwie została mu twardość i konsekwencja, na wszystko potrafi sam zapracować.
    Właśnie dlatego zwrócił na Kołtuna uwagę dyrektor największego polskiego zakładu karnego w Wołowie. - To zupełnie nietypowy bokser - twierdzi pułkownik Marek Gajos. - Dobrze wykształcony, inteligentny, znający języki. Mam nadzieję, że nie będzie ciągnął kariery sportowej zbyt długo, bo zapowiada się na świetnego trenera. Dobrze by było, gdyby ktoś nie zrobił mu wcześniej krzywdy na ringu.
    Jako podporucznik służby więziennej Kołtun przydzielony został do ośrodka szkoleniowego w Golinie. - To ważne, aby do służby trafiały ciekawe osobowości. Sportowcy, tacy jak Kołtun lepiej radzą sobie ze stresem i łatwiej im zachować zimną krew - uważa komendant Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej Krzysztof Jędrzejak. - Wśród osadzonych zapewne szybko się rozeszło, że pojawił się w służbie zawodowy mistrz świata.
    Każdy kandydat do służby więziennej musi dostać zaliczenie u podporucznika Kołtuna: - Co z roku na rok jest coraz trudniejsze, bo kolejne roczniki są coraz bardziej oporne na sport - ubolewa mistrz świata. - A im większa sprawność wśród funkcjonariuszy, tym większa odporność na stres.

    Ogłoszę z ambony

    Ksiądz Feliks Wnuk-Lipiński, proboszcz parafii, do której należał Kołtun był zaskoczony, kiedy dowiedział się o kick-boxingu: - Wiedziałem, że to twardziel, ale z drugiej strony był typem wrażliwego chłopaka. Gdy przyjeżdżał ze szkoły, szedł służyć do mszy. Dziś jego walkę o mistrzostwo odtwarzam sobie z płyty DVD.
    We wrześniu Leszek ma walczyć w Toruniu. - Obowiązkowo będę - zapowiada proboszcz. - I jeszcze z ambony zapowiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo