Razem z położną środowiskowo-rodzinną odwiedzamy młode mamy

    Razem z położną środowiskowo-rodzinną odwiedzamy młode mamy

    JOLANTA ZIELAZNA

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Przed dwudziestu i więcej laty przychodziła do tych samych domów, do których zagląda teraz. Tamte dzieci właśnie urodziły swoje dzieci.
    Bydgoski Londynek. Gąszcz ulic i domów, które były eleganckimi kamienicami. Kiedyś. Na frontonach zostały ozdobne gzymsy, maszkarony. Na klatkach schodowych gorzej. Tynk często nie ma już siły trzymać się ściany. Może raz po wojnie był remont, a może nie. Trzeba uważać na drewniane schody, bo tralek brak, na podłogi, bo pozarywane.
    Renata Wasielewska, położna środowiskowo-rodzinna, krąży po tym gąszczu trzydzieści lat. Od poniedziałku do piątku, dzień w dzień, bez względu na pogodę. Zwykle około godziny dziesiątej rusza do swoich położnic.
    Nadrepce kilometrów, bo rejon rozległy; od Marcinkowskiego i bulwarów nad Brdą po Gdańską, od dworca PKP po Warmińskiego. Ponad 12 tysięcy mieszkańców. - Chyba w każdej kamienicy tu byłam, bo jakieś dziecko się urodziło.
    Widzi, jak dzielnica biednieje razem z mieszkańcami. Starsi pracę stracili, młodsi szybko kończą naukę i cieszą się, jeśli złapią jakąś robotę. Mało komu tu się przelewa.
    Od kilku lat obserwuje, jak historia rodziny zatacza kolejne koło, pojawia się trzecie, a nawet czwarte pokolenie. Niegdysiejsze młode mamy stają się babciami, a ich córki i synowie, którym kiedyś opatrywała pępki, mają swoje dzieci.
    Jednak do przeszłości należą lata, gdy miała w rejonie 17 albo 18 noworodków co miesiąc. Teraz jest około 10 lub mniej porodów. Zresztą, wystarczy zajrzeć do zeszytu, gdzie notuje wizyty. W listopadzie poprzedniego roku w jej rejonie urodziło się 10 dzieci, w grudniu - 7. W styczniu - już 11, w lutym jeszcze o dwoje więcej. Kiedyś w rodzinie było zwykle troje dzieci, rodziły się czwarte, piąte. - Teraz urodzą jedno i mówią: koniec.

    ***

    Położna mogłaby powiedzieć, że wiele się zmienia, ale są rzeczy, które nie zmieniają się ani na jotę. Ponad trzydzieści lat każdej młodej mamie tak samo pokazuje i opowiada, jak karmić piersią, dlaczego to takie ważne, kiedy i co dać pić, jak pielęgnować pępek.
    Poza tym - rewolucja. Kiedyś ciąża oznaczała szybki ślub. Koniecznie i jak najszybciej, żeby za bardzo nie było widać, że młodzi "wpadli".
    Dziś mało kto nazywa ciążę "wpadką". Trzy czwarte par żyje bez ślubu. Młode mamy mieszkają z teściową, która nie jest teściową, babcie mają zięcia, który nie jest mężem ich córki. Ślub kiedyś będzie. W perspektywie. Tak mówią ci, którzy pieniędzy nie mają, i ci, których byłoby stać na wesele.
    Kiedyś kobiety więcej pracowały, dziś wiele pracy nie ma. Pytają, jak pozałatwiać zasiłki, co się należy dla samotnej matki i kto wypłaci.

    ***

    Karolina o Oliwii:


    - Jeszcze nie czuję się mamą. Chyba dopiero, jak mała do mnie powie "mamo", to poczuję. Nie wyobrażam sobie, jak to będzie, jak urośnie. Moja kruszyna.



    Wasielewska nigdy nie sądziła, że będzie wykonywała taki zawód. - Myślałam o Studium Nauczycielskim, żeby uczyć biologii. Bardzo mi się to podobało - wspomina. - Moja mama wtedy powiedziała: tak bym chciała, żebyś została położną.
    Niewiele wiedziała, kto to jest. Kobiety w ciąży chodziły, ale głośno się o tym nie mówiło. Nie wypadało. W szkole była nauka o człowieku, ale tematy wstydliwe przerabiało się o tyle o ile. Skończyła studium w Ostrowie Wielkopolskim i bardzo jej się spodobało to, czego się uczyła.
    No i taki pech! Zaczęła pracować w szpitalu na porodówce, gdy okazało się, że jest uczulona na środki dezynfekcyjne! Trafiła do przychodni na ulicy Pomorskiej, właśnie na Londynku, jak bydgoszczanie ochrzcili dzielnicę. To był barak bez bieżącej wody. Pracowali tam, dopóki nie powstał nowy budynek przy ul. Chrobrego. Ale rejon jest ten sam.

    ***

    W piątek poszłam z położną. Odwiedzamy:
    Justynę (20 lat) i jej synka Mariana. Tata, Daniel, odważnie pielęgnuje syna.
    Karolinę Łukaszkiewicz (23 lata), która jest siostrą Justyny i dwa tygodnie wcześniej urodziła Oliwię. Tata, Marcin, pracuje cały dzień, wraca wieczorem. Karolina na szczebelku łóżeczka zawiązała czerwoną wstążkę, na niej przypięła medalik. Wstążka chroni od złych spojrzeń i uroków, medalik - wiadomo.
    Igę (24 lata) z mężem Maciejem i ich córeczkę Weronikę Marię. Dwa tygodnie wcześniej mała spłatała wszystkim figla, bo miał być Oliwer.
    Oraz trochę zagubioną drugą Karolinę (23 lata) z tygodniową Samantą. Jedna babcia daleko, druga pracuje do późna, podobnie jak tata. Mama zdana jest na siebie.
    Wszystko młode dziewczyny, z pierwszym dzieckiem.

    ***

    W każdym mieszkaniu jest tak samo. Pierwsze pytanie o pępek: - Odpadł? Wasielewska myje ręce, odwija maleństwo, sprawdza kikucik pępowiny, przemywa, pokazuje, jak pielęgnować. - Tę ziarninę trzeba wyciskać, oczyszczać, to musi wyjść - uczula.
    Zmienia pieluszkę, bo tak się akurat maleństwu przydarzyło. Młoda mama podaje chusteczkę do otarcia pupy, świeżego pampersa i się przygląda.
    Potem położna delikatnie sprawdza ciemiączko (czy nie zarasta), buzię (czy nie ma pleśniawek), skórę (łuszczy się? czysta?)
    Przypomina o vigantolu, od kiedy i ile podawać, no i trzymać w lodówce. (Vigantol! Gdy obecne mamy były maleńkie, dostawały najzwyklejszą witaminę D3. Vignatol można było kupić tylko w Peweksie za bony lub pokątnie nabywane dolary.)

    ***

    Iga o Weronice:


    - Słowo "mama" jakoś do mnie nie pasuje, to abstrakcja. Jeszcze do mnie nie dotarło, że jestem mamą. Może jak mała to powie i skieruje do mnie? Nie umiem sobie wyobrazić, jak ona chodzi, mówi. Kocham to maleństwo, bo to jest jakaś niesamowita więź, trudna do zrozumienia.



    U Daniela, u sióstr Justyny i Karoliny musiała być, kiedy się urodzili. Liczą z obiema babciami po latach, bo żadna nie pamięta. Ale inna położna przez ostatnie 30 lat tu nie chodziła.

    ***

    Nie wiadomo, kto pilniej słucha rad: młode mamy czy babcie?
    Barbara, babcia Mariana i mama Daniela, wzięła młodych pod swoje skrzydła. Dyryguje, organizuje, pilnuje, żeby oboje zajmowali się dzieckiem. Zresztą, syna nie musi specjalnie namawiać. Podobno nieźle mu opieka wychodzi - to już opinia drugiej babci, mamy Justyny.
    Na pierwszą wizytę położnej babcia Basia przygotowała listę pytań, zeszyt, usiadły i jechały po kolei, punkt po punkcie. - Już nie pamiętam, jak to było - tłumaczy się. Najstarsze wnuki mają 15-17 lat, w co trudno uwierzyć, patrząc na kobietę.
    Jeszcze bardziej przejęta jest Mirosława Łukaszkiewicz, mama Justyny. Została od razu podwójną babcią: zanim Justyna urodziła synka, starsza córka, Karolina, od dwóch tygodni cieszyła się Oliwią. Babcia Mirka (- Jeszcze do mnie nie dociera, że jestem babcią) też czeka na wizyty położnej. I tak samo, jak Barbara usprawiedliwia się, że nie pamięta, jak się zająć noworodkiem. Choć jest młoda, wychowała pięcioro dzieci, to najmłodsze mają już po 20 lat, więc jak ma pamiętać?! - Z początku się bałam wziąć to maleństwo na ręce - nie ukrywa. A jak mała zapłakała, Karolina prosiła: - Mamo, zobacz. Bo sama bała się jeszcze bardziej, żeby nie zrobić krzywdy.

    ***

    A co dopiero powiedzieć o Idze, mamie Weroniki i Karolinie, mamie Samanty? Żadna nie ma na podorędziu swojej mamy. Wspiera je pani Renia. - Niech przychodzi jak najdłużej - mówi Iga. - Sama jej obecność jest kojąca. Zna odpowiedzi na pytania, których my jeszcze nie znamy, uprzedza, co może się dziać i człowiek już się nie boi.
    Iga wpadła w panikę, gdy zobaczyła, że kikut pępka wisi "na jednej niteczce"! Co teraz?! - Czy to maleństwa nie boli? Bałam się jej dotknąć, żeby nie zrobić krzywdy. Na szczęście mąż przypadkiem spotkał położną. Przyszła, uspokoiła, przy zmianie pieluszek wszystko odpadło. I po strachu.

    ***

    Z położną wszyscy czują się pewniej. Nawet babcie. Bo jak tylko pani Renia zamknie za sobą drzwi, od razu w głowie wyskakują pytania.
    Czy takiemu małemu dziecku można czyścić uszy patyczkiem i jak to zrobić, by niczego nie uszkodzić?
    Kiedy można wyjść na pierwszy spacer i jak ubrać?
    Jak jest najedzona i płacze to dlaczego?
    A kupka jaka powinna być i ile dziennie?
    Renata Wasielewska spokojna, opanowana, bez cienia zniecierpliwienia powtarza to samo kolejny raz. Wie, że przejęte dziewczyny i tak zapamiętają połowę. Nie szkodzi, stopniowo się oswoją, nauczą. - Jest i do pogadania, i do pomocy - chwali położną babcia Mirka.
    - Dopóki pępek się nie zagoi, idę co drugi dzień albo nawet codziennie - tłumaczy położna. Widać, że cały czas myśli o swoich podopiecznych. Wychodzi z ich mieszkań i głośno myśli nie tylko o dziecku. Żeby dziewczyna nie gorączkowała, czy pójdzie do lekarza tak szybko, jak jej radziła? - Ale z kim zostawi maleństwo? - martwi się. Chce być pewna, że niczego nie zaniedbała, wszystkiego dopatrzyła.

    ***

    Mijają tygodnie, wizyty położnej są coraz rzadsze, po miesiącu, półtora się kończą. Potem spotykają się na ulicy. Mamy z wózkiem na spacerze albo po zakupy, Wasielewska w drodze do innego dziecka, które się urodziło. Bez krótkiej pogawędki się nie obejdzie. - Jak tyle razy przychodzę do domu, rozmawiamy o różnych sprawach, to po trosze jestem traktowana, jak ktoś z rodziny. Widzi, jak maluchy rosną, później idą do szkoły i traci je z oczu. Spotkają się, jak założą własną rodzinę i nie wyprowadzą się z Londynka.
    - Nigdy nie myślałam, że będę położną, a nie zamieniłabym tej pracy nigdy w życiu.

    [email protected]
    Fot. AUTORKA

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo