Jak burmistrz Radzynia ze sobą się pogodził

    Jak burmistrz Radzynia ze sobą się pogodził

    DARIUSZ KNAPIK [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Miasto Radzyń sprzedało swemu burmistrzowi mieszkanie. Wkrótce okazało się, że było warte dwa razy więcej, niż zapłacił.
    Pomyśleć, że jeszcze pięć lat przed zawarciem tej transakcji Krzysztof Chodubski był skromnym nauczycielem, któremu groziła eksmisja z mieszkania. Ówczesne władze miasta wytoczyły mu bowiem proces o czynszowe zaległości, a zajmowany lokal miał być sprzedany na przetargu. Wszystko zmieniło się jesienią 1998 roku, gdy po wyborach w mieście zaczęła rządzić koalicja SLD i PSL. Świeżo upieczony radny Chodubski został burmistrzem.

    Burmistrzowi za zimno

    Pierwszy Obywatel Radzynia mieszka w sąsiadującej z ratuszem, pięknie odnowionej kamieniczce przy rynku. W 1995 roku nauczycielskie małżeństwo Chodubskich otrzymało tu od miasta 70-metrowy lokal. Czynsz wraz z opłatami za centralne ogrzewanie, kanalizację, ciepłą wodę i śmieci wynosił ledwie 200 złotych miesięcznie. Już po roku powstały jednak zaległości. Przyszłemu burmistrzowi było za zimno.
    Słał do ratusza pismo za pismem, grożąc że jeśli ogrzewanie się nie poprawi, przestanie płacić. Mieszkanie nawiedzały kolejne komisje, w końcu sam ówczesny burmistrz, Marek Ostrowski, osobiście dokonywał pomiarów elektronicznym termometrem. Chodubski kwestionował jednak ich wyniki i za karę potrącał sobie czynsz. Ratusz uznał, że lokator uchyla się od regulowania należności i przesyłał mu wezwania do zapłaty.
    Po dwóch latach przepychanek burmistrz Ostrowski wystąpił na drogę sądową. Ratusz wyliczył, że Chodubski winien jest gminie 574 złote plus odsetki. Wiosną 1998 roku skierował przeciw niemu pozwy o zapłatę i eksmisję. W umowie najmu zastrzeżono bowiem możliwość jej wypowiedzenia, jeśli lokator przez dwa kolejne miesiące zalega z opłatami i nie reaguje na pisemne ostrzeżenia. Wkrótce zarząd miasta podjął uchwałę o wpisaniu mieszkania Chodubskiego na listę lokali przeznaczonych do sprzedaży na przetargu.

    Kandydat spłaca długi

    W lipcu 1998 roku wąbrzeski sąd nakazał pozwanemu zapłacić żądaną przez miasto kwotę i odsetki oraz pokryć koszta postępowania i zastępstwa procesowego. Chodubski zaskarżył orzeczenie. Stwierdził, że nie zalega wobec miasta z żadnymi opłatami. Rzeczywiście, dzień wcześniej uregulował dług, potem odsetki, łącznie ok. 900 zł. W tym czasie Chodubski występował już oficjalnie jako kandydat na radnego. W czasie kampanii oświadczał publicznie, że zarzuty o jego rzekomych długach wobec miasta są wyssane z palca.
    Pierwsza rozprawa miała się odbyć tuż przed wyborami, ale pozwany wysłał w przeddzień zwolnienie lekarskie. Z adnotacją "może chodzić". A potem już wszystko się zmieniło: 3 listopada 1998 roku wybrano Chodubskiego na burmistrza.
    Już na jednym z pierwszych posiedzeń zarządu wystąpił o skreślenie jego mieszkania z listy przeznaczonych na przetarg lokali. Wniosek przeszedł jednogłośnie. Głosujący nie mieli jednak pojęcia, że wcześniej radca urzędu, Renata Kurek uprzedzała Chodubskiego o bezprawności takiej decyzji. Członkowie zarządu zostali bowiem powołani na wyłączny wniosek burmistrza i jej zdaniem zachodził tu konflikt interesów.

    Gdzie wsiąkł protokół

    Tymczasem 17 grudnia Chodubski wystąpił do sądu o odroczenie wyznaczonej na ten dzień rozprawy o dwa tygodnie. Stwierdził, że zarząd miasta zawarł z nim ugodę i w tej sytuacji dalszy proces jest bezcelowy. Potrzebny jest jednak czas na zbadanie, czy zawarta ugoda jest zgodna z prawem. Na kolejnej rozprawie, 29 grudnia, sąd przychylił się do wniosku Chodubskiego i odroczył posiedzenie na kolejny termin, do czasu sformułowania na piśmie warunków ugody.
    Faktycznie burmistrz dalece mijał się z prawdą. Dopiero 29 grudnia, w dniu rozprawy sądowej, zebrał się zarząd i na wniosek burmistrza rozpatrzono sprawę ugody. Tym razem jednak uczestniczyła w nim radca Renata Kurek, która przedstawiła wątpliwości dotyczące legalności tej decyzji. Postanowiono więc, by "całą sprawę wyjaśnił do końca sąd".
    Radca zawiadomiła sąd, że z ugody wyszły nici. Pani Kurek nie kryje, że do pisma chciała dołączyć kserokopię protokołu posiedzenia zarządu z 29 grudnia, na którym podjęto ową decyzję. Okazało się jednak, że nie było go w aktach. Ustaliła, że zaraz po zakończeniu obrad burmistrz zabrał dokument protokołującej posiedzenie sekretarz urzędu miasta.

    Radca do odstrzału

    Na początku lutego Chodubski wydał Renacie Kurek ustny zakaz zajmowania się sprawami gminy, a potem wypowiedział jej umowę o pracę. Sprawa skończyła się w sądzie. Przegraną burmistrza. Na początku marca radca interweniowała na piśmie u przewodniczącego rady miasta. Doniosła, że burmistrz nie przekazuje jej wezwań na rozprawy, blokuje wpisy do ksiąg wieczystych i na inne sposoby naraża interesy gminy. Ujawniła też, że w prowadzonym przeciwko niemu procesie burmistrz złożył w sądzie nieprawdziwe oświadczenie.
    Przewodniczący rady, Marian Czapliński schował pismo do szuflady. Na jednej z kolejnych sesji, podczas tzw. wolnych wniosków, odczytał je radny opozycji. Wywiązała się burzliwa dyskusja, ale nic z niej nie wyniknęło. Jedynym, który zaprotestował przeciw tym i innym, kontrowersyjnym działaniom burmistrza, był członek zarządu Maciej Tyrakowski. Wkrótce po sesji złożył mandat radnego i podziękował za pracę w zarządzie.
    W maju 1999 roku opozycyjni radni z Radzynia zawiadomili prokuraturę, że burmistrz złożył w sądzie fałszywe oświadczenie. - Sprawę umorzono, czyn pana Chodubskiego nie wyczerpuje znamion przestępstwa. Nie został bowiem uprzedzony o odpowiedzialności karnej za złożenie fałszywego oświadczenia - mówi szef wąbrzeskiej prokuratury, Kazimierz Warnel.

    Koszty zapłacili podatnicy

    Na kolejną rozprawę w procesie przeciw Chodubskiemu stawił się 19 kwietnia jedynie burmistrz. Jak oświadczył sądowi - w charakterze pozwanego. Poinformował, że miesiąc temu rada zmieniła statut gminy. Jeśli burmistrz jest stroną w prowadzonym przez gminę procesie, jej zarząd wyznacza dwóch innych członków do reprezentowania jej interesów. Statut nabierze jednak mocy dopiero po ogłoszeniu w Dzienniku Urzędowym Kujawsko-Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego. Sąd odroczył więc rozprawę, zobowiązując gminę do dostarczenia nowego statutu. Czekał na to do 26 maja.
    Tego dnia wąbrzeski sąd wydał postanowienie o zawieszeniu postępowania. Powód nie wykonał bowiem zarządzenia sądu.
    Potem nic już się nie działo. 6 listopada 2002 roku sąd umorzył postępowanie. Powód, czyli gmina w ciągu ponad trzech lat nie złożyła bowiem wniosku o jego wznowienie. Kosztami procesu obciążeni zostali radzyńscy podatnicy.

    Mieszkanie dla burmistrza

    Dosłownie dwa tygodnie przed wydaniem tej decyzji, tuż przed wyborami samorządowymi, burmistrz nabył swoje mieszkanie na własność. Przed grudziądzkim notariuszem stawili się państwo Chodubscy, miasto reprezentowało dwóch innych członków zarządu. Wartość mieszkania oraz praw własności wyceniono na 24,4 tysiąca złotych. Małżonkowie zapłacili jednak znacznie mniej.
    Już trzy miesiące po rozpoczęciu urzędowania na wniosek burmistrza rada znacznie podwyższyła dotychczasowe bonifikaty stosowane przy sprzedaży mieszkań komunalnych. Dzięki temu państwo Chodubscy zapłacili zaledwie 6,4 tysiąca złotych. Za tę cenę nabyli 70-metrowe mieszkanie w centrum miasta, z ciepłą wodą, centralnym ogrzewaniem i innymi instalacjami, a także garaż i pomieszczenie gospodarcze.
    Kiedy poprzedni zarząd miasta wpisywał mieszkanie Chodubskiego na listę lokali przeznaczonych na przetarg, jego wartość wyceniono na 45 tysięcy. - Stosowaliśmy taką praktykę przy sprzedaży mieszkań o wyższym standardzie. Szły jak ciepłe bułki. Na lokal pana Chodubskiego też byli już chętni - mówi poprzedni burmistrz Marek Ostrowski.

    I co z tego!

    W kwestii obu wytoczonych mu procesów Krzysztof Chodubski ma jednoznaczną opinię: - To wyraźna złośliwość burmistrza Ostrowskiego. Faktycznie, zalegałem wtedy z jakąś niewielką opłatą czynszu, ale miałem niedogrzane mieszkanie i tą drogą chciałem wyegzekwować reakcję miejskich służb - twierdzi Chodubski. Nie pamięta już szczegółów oświadczenia, jakie złożył w sądzie w sprawie zawartej z zarządem miasta ugody. Podkreśla, że gdyby zarząd podjął inną decyzję, nie kupiłby później mieszkania na własność.
    Burmistrz zarzuca też brak obiektywizmu byłej radczyni Renacie Kurek. Dlaczego? Bo miała z nim proces. Wypowiedział jej umowę tylko dlatego, że zamiast zatrudniać radcę na etacie, postanowił "kupować usługi".
    Dlaczego nie dostarczył do sądu nowego statutu? - I co z tego? Zarząd miasta był o tym poinformowany. Wszystko jest w porządku - mówi Chodubski.

    Czysty zysk?

    Burmistrz nie pamięta już, na ile wyceniono jego mieszkanie. Jego wartość ustalił rzeczoznawca z listy wojewody. Lokal, tak jak cała kamienica, nie był w najlepszym stanie. Jego zdaniem jak najwięcej lokatorów powinno nabywać mieszkania komunalne. Dlatego wystąpił do rady o zwiększenie bonifikat przy ich wykupie, a teraz chce wnioskować o wprowadzenie jeszcze korzystniejszych zasad. Bo to dla gminy czysty zysk.
    Dlaczego poprzedni zarząd miasta wycenił jego mieszkanie na 45, a nie skromne 24,4 tysiąca złotych? - To kłamstwo! Burmistrzowi Ostrowskiemu wydawało się, że może sobie podnosić w nieskończoność ceny - mówi Chodubski. Podkreśla, że jedna z osób, której tak wywindowano cenę mieszkania, wytoczyła potem miastu proces i trzeba było zapłacić potężne odszkodowanie.
    Prześledziłem oświadczenia majątkowe burmistrza i jego małżonki, radnej grudziądzkiego powiatu. W dokumentach za 2002 rok, kiedy nabyli mieszkanie, oboje wycenili zgodnie jego wartość znacznie wyżej niż biegły z listy wojewody.
    Na 50 tysięcy złotych.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo