Trudne początki

    Janina Paradowska Autorka jest publicystką tygodnika "Polityka"

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Minister Andrzej Urbański nie zostanie zdymisjonowany, mimo że takie plotki gęsto krążyły po politycznych pokojach i przedpokojach. Nie zmienia to faktu, że pierwsze sto dni swej prezydentury, na froncie krajowym Lech Kaczyński podsumowywał w nie najlepszym zapewne nastroju.
    Robił to po tygodniu wpadek i inicjatyw nie do końca przemyślanych. Nic nie wynikło z rozmowy, która miała przekonać PO do poparcia wniosku PiS o samorozwiązanie Sejmu. Ta rozmowa - jak się wydaje - nie była w żaden sposób przygotowana, nie było żadnego politycznego planu wyjścia z impasu. Prezydent raz jeszcze powtórzył argumenty brata i za cały medialny przekaz posłużyło stwierdzenie, iż Lech Kaczyński przekonał się, że przepaść między PiS a PO jest niezwykle głęboka.
    Że taka właśnie jest widać od dawna. Kalendarz wyborczy powinien być elementem jakiegoś porozumienia, a nie dyktatu. Gdyby prezydent nieco oderwał się od myślenia kategoriami polityki wyłącznie partyjnej, mógłby jakieś kompromisowe propozycje przedstawić. Nic takiego się jednak nie stało.
    Nieudanej inicjatywie politycznej towarzyszyły wydarzenia głośne, może aż nazbyt głośne. Otóż pomysł, by z kancelarii wysyłać do redakcji miesięcznika "Sukces" pismo będące obraźliwą publicystyką marnej próby (nawet jeżeli nie ceni się felietonistki Manueli Gretkowskiej i uważa się, że pisze bzdury), a nie po prostu sprostowaniem, nie jest najlepszy. Urząd, zwłaszcza prezydenta powinien dbać o formę. Gdyby wysłano porządne sprostowanie redakcja musiałaby je opublikować, a potem felietonistka mogłaby się ustosunkować i ewentualnie poszydzić sobie z nadwrażliwości osób publicznych. Taki już ich los, że muszą znosić nie tylko krytykę, ale także szyderstwa felietonistów czy satyryków. Tak więc jeden nieprzemyślany list z prezydenckiej kancelarii spowodował lawinę, która ośmieszyła prezydencki urząd. Czy ktoś bowiem uwierzy, że sam prezydent nie miał z tym nic wspólnego, nawet jeżeli nie miał?
    Potem przyszła afera z odznaczeniem dla gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Może ktoś go do listy dopisał, może nie dopisał, może ktoś listy z nazwiskami nie doczytał. W kancelarii jest zespół młodych stażem ludzi, którzy dopiero się uczą, nawet bardziej doświadczeni urzędnicy czy ministrowie mają prawo czuć się jeszcze niepewnie, nie muszą znać szczegółów wszystkich procedur. Ten błąd jednak łatwo można było naprawić. Wystarczyło powiedzieć: tak prezydent Kaczyński uznał, że gen. Jaruzelskiemu odznaczenie się należy, wykonał taki gest wobec byłego prezydenta, była to dla niego decyzja trudna i kontrowersyjna, ale ją podjął. Zapewne zrozumiałoby ją także bardzo wielu wyborców PiS. Zamiast tego pojawiły się zarzuty IPN wobec gen. Jaruzelskiego, że nie tylko złamał konstytucję wprowadzając stan wojenny, czego można próbować dowieść, ale że kierował związkiem zbrojnym o charakterze przestępczym, co jest dziwactwem absolutnym. Na dodatek wypowiedziano umowę najmu biura, które zajmuje były prezydent Aleksander Kwaśniewski, co już było wyjątkowo małostkowe i bez klasy. Wreszcie minister Urbański niezbyt grzecznie - najdelikatniej rzecz ujmując - potraktował kardynała Stanisława Dziwisza. Nie wszystkiemu winien minister Urbański, prezydent Kaczyński czy urzędnicy jego kancelarii, ale wszystko ułożyło się w serię zdarzeń bulwersujących, medialnie głośnych. I w końcu poszło na konto tej prezydentury. Pech, czy brak profesjonalizmu przy nadmiarze politycznej zaciętości?


    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo