Co ty tu robisz, człowieku?

    Co ty tu robisz, człowieku?

    Rozmawiał MICHAŁ ŻUROWSKI [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Rozmowa z MARIANEM FILAREM, profesorem prawa UMK
    - Czy dziś - widząc, co dzieje się w Sejmie - czuje Pan ulgę: "jak dobrze, że mnie w tym cyrku nie ma", czy jednak panu żal?

    - Żal. Polski żal. Owszem, nie dostałem się - wraz z Partią Demokratyczną - do Sejmu, który okazał się wyłącznie miejscem rozgrywek i pewnie niedługo będzie wybierany ponownie, ale nie odczuwam z tego powodu schadenfreude.

    - Larum ojczyźnie grają, a Pan, profesorze, siedzi sobie w Suchatówce pod Toruniem.
    Pan - wymieniany przez moment nie tylko jako potencjalny parlamentarzysta, ale nawet jako kandydat na kandydata w wyborach prezydenckich. A wystarczyło się sprytniej ustawić, zapisać do innej partii.

    - No, fakt - jestem takim kandydatem po przejściach, po kilku nieudanych próbach: tak do Sejmu, jak i do Parlamentu Europejskiego; choć w tych drugich wyborach miałem w Toruniu bodaj jedną trzecią wszystkich głosów, a indywidualnie w wyścigu na Wiejską z reguły mieściłem się wysoko. Niestety, ze mną jak przed laty z Szurkowskim w Wyścigu Pokoju - indywidualnie zwycięstwa lub ścisła czołówka, ale drużynowo zawsze i tak wygrywali Ruscy.

    - Trzeba byłoby być z jakimiś "Ruskimi polskiej polityki" w drużynie. Jak pan chce odnieść sukces w wyborach, jeśli tak kiepsko wybiera partię?

    - Może kiepsko z taktycznego punktu widzenia, ale w zgodzie z własnymi przekonaniami.

    - Rozumiem, że ani twarzą, ani profesorskim tytułem nie chciałby pan uwiarygodniać, np. "Samoobrony", ale do udziału w "drużynie" PiS-u, a tym bardziej PO mógł się pan przecież zmusić.

    - Nieprzypadkowo zacząłem przed laty swój udział w polityce od Kongresu Liberalno-Demokratycznego - takiej właśnie Polski chciałbym: liberalnej i demokratycznej. Nic nie wskazuje na to, by Prawo i Sprawiedliwość też takiej Polski chciało.

    - Przed rokiem napisał pan "nie sądzę, by w najbliższym czasie groziła Polsce dyktatura, czym straszą niektórzy publicyści". No, to się pan doczekał...

    - Dyktatura? Może raczej dyktat, bo mam nadzieję, że jeszcze nie ustrój, a tylko sposób uprawiania polityki. Wtedy, jesienią 2004 roku polemizowałem z Rokitą - to on straszył Polskę dyktaturą. Myślałem - jak większość Polaków - że powstanie koalicja PO - PiS, w której oba te polityczne żywioły będą się wzajemnie powściągać. U naszych zachodnich sąsiadów powstała wielka koalicja i jestem przekonany, że poprowadzi Niemcy na nowy, lepszy etap. W Polsce całą władzę wzięli Kaczyńscy i jeśli jednak dziś zachowują się jak dyktatorzy, to jednak nie w rodzaju Hitlera czy Stalina, a raczej jakobinów. Owszem, władza jest dziś dla nich celem samym w sobie, ale są owładnięci jakąś ideą. Mają jakąś wizję państwa.

    - Ideą? Jaką?

    - Zdemaskować wszelkie zło, wskazać winnych - to jest idea. Ukarać, rozliczyć, wypalić - jak we Francji Robespierre'a - wszystko do trawy. I ewentualnie potem coś na tym budować. I najlepiej, robić to wszystko w stylu szeryfa w klasycznym westernie - sam przeciw wszystkim. Tylko że tak mogą sobie marzyć wyłącznie utopijni ideolodzy: społeczeństwo jest żywym organizmem - tu nic nie da się wypalić do gołej ziemi. W tym cytacie przez pana przytoczonym nie dopuszczałem myśli o dyktaturze, bo Polska musi być demokratyczna, choćby ze względu na pluralistyczną, sprywatyzowaną gospodarkę. Dyktatury możliwe są w socjalizmie. A to, że PiS układa się ze wszystkimi, jakby Kaczyńskim było wszystko jedno, to przypomina mi Jagiełłę szykującego się do rozprawy z Krzyżakami. Proszę zwrócić uwagę, kto walczył pod komendą naszego króla pod Grunwaldem - zbieranina z całej środkowo-wschodniej Europy; nawet Tatarzy, których na początku bitwy Jagiełło poświęcił do zwabienia Krzyżaków do "wilczych dołów". To nie byli żadni sprzymierzeńcy na dłuższą metę, tylko wtedy potrzebni do tej jednej rozprawy. Dla Kaczyńskich takimi Tatarami mogą być hufce Samoobrony, a Litwinami - LPR. Jeśli nie realizują programu dla państwa, tylko piszą strategię na wojnę, to biorą każdego. Żeby tylko wygrać. Ja się nie chcę bawić w wojnę.

    - A czemu nie spróbował pan wystartować do Sejmu z Platformy? Wszak to pańscy koledzy jeszcze z KLD?

    - Prawdę mówiąc, zaraz na początku istnienia Platformy Obywatelskiej mogłem w Toruniu zakładać koło PO. Zostałem jednak z tą częścią kolegów, która poszła z KLD do Unii Wolności. Nie mogłem się zgodzić z głoszonym na początku chrześcijańsko-demokratycznym programem PO. Nie jestem chadekiem.
    - Nie chciał pan tego, nie chciał tamtego, tymczasem gdzie jest dziś Partia Demokratyczna? Gdzie Frasyniuk, gdzie Hausner, Wujec, Potocki? Gdzie są "Demokraci pl." z Torunia, z Bydgoszczy? Partyjka jednorazowego użytku?
    - Nie da się ukryć - jako byt polityczny Partia Demokratyczna istnieje już tylko formalnie, na marginesie polskiej polityki. Na przykład koło toruńskie zostało rozwiązane. Pomysł połączenia Unii Wolności z postępowym, liberalnym skrzydłem lewicy - uosabianym przez Belkę i Hausnera - nie wypalił. Szkoda, bo była szansa na kilkunastoprocentowy elektorat.

    - Podjęte zostały rozmowy między resztkami Demokratów, a SdPl i SLD. Wchodzi pan w to?

    - Nie. Złego słowa na ten pomysł nie powiem, bo to może być początek niezbędnego Polsce zerwania z podziałem na postkomunę i postsolidarność, który się już nawet biologicznie kończy. Ale ja w to nie wchodzę, bo nie jestem socjaldemokratą. Już mówiłem: nie jestem chadekiem, nie jestem socjaldemokratą, mam swoje poglądy. Nie będę stronnikiem Olejniczaka i Borowskiego, nie dlatego, że uważam się za kogoś lepszego. Po prostu: głupio by to wyglądało. Żyrafa nie zapisuje się to stowarzyszenia nosorożców, dlatego, że jest ładniejsza, ale dlatego, że jest żyrafą, a nie nosorożcem.

    - No więc, co? Koniec? Cała para w naukę, a "po godzinach" siatkówka, narty i muzyka country?

    - Nie koniec. Spróbuję z tego, co po przegranych wyborach zostało rozwalone, stworzyć coś w rodzaju ruchu mogącego chociaż takie miasto jak Toruń uchronić przed szaleństwem, na które się w Polsce pod dyktatem PiS zanosi. Pogadam z ludźmi z Platformy Obywatelskiej, może ktoś jeszcze się dołączy i mam nadzieję zawiązać taki zdroworozsądkowy sojusz przed wyborami samorządowymi.

    - Chce się panu jeszcze? A może profesorowie prawa nie są po prostu potrzebni w polskim życiu politycznym, w parlamencie? Porozmawiajmy o miejscu profesorów - i w ogóle inteligencji - w polityce.

    - Jeśli ktoś jest prawdziwym - powtarzam: prawdziwym - profesorem i naprawdę zajmuje się nauką, to ma problem. Profesor jest obowiązany patrzeć na fakty racjonalnie i mówić ludziom prawdę.

    - Ale może profesorem warto być tylko do granic uczelni, a dalej już kandydatem i mówić ludziom nie to, co się wie, ale to, co oni chcą usłyszeć?

    - Szlachectwo zobowiązuje. Kandydatem na posła, a posłem tym bardziej, się bywa. Profesorem się jest. W ostatniej kampanii wyborczej telewizja organizowała takie plenerowe polityczne show z udziałem kandydatów różnych partii debatujących na zadane tematy na rynkach miast. Mnie zdarzyło się uczestniczyć w takim widowisku we Włocławku na temat służby zdrowia i w Nowym Dworze Mazowieckim na temat przestępczości. W pierwszej debacie - o lecznictwie, na którym się nie znam - jako... dawałem sobie radę. Uciekałem na pewien poziom abstrakcji - nie kłamiąc, ale też nie mówiąc nic specjalnie odkrywczego: ot, abyśmy tak wszyscy zdrowi byli - i byłem bezpieczny, nikomu nie podpadłem, może nawet jakieś brawka dostałem. Problem był dopiero w Nowym Dworze. Moi rozmówcy z innych partii paplali na temat prawa i wymiaru sprawiedliwości, recytując kolejne proste recepty na przeciwdziałanie przestępczości, a publiczność była zachwycona. Mnie nie klaskali, bo ja nie obiecywałem zlikwidowania przestępczości w poniedziałek, najdalej w środę po niedzielnych wyborach. Bo się - w sytuacji wyborczej: niestety - trochę na tym znam. Mówię: niestety, bo dla tych ludzi na rynku byłem "jakimś profesorkiem". Pomyślałem sobie: co ty robisz człowieku?

    - "Tu", to znaczy gdzie? W tej konkretnej sytuacji na rynku czy w ogóle w polityce?

    - Tam w Nowym Dworze zauważyłem, że to, co chcę im wytłumaczyć, nikogo nie obchodzi. Ani moich rozmówców w debacie, ani publiczności. Tych pierwszych obchodziło tylko to, co sami mówili. Ci drudzy czekają na działanie - skuteczne i najlepiej szybkie. Kłopot profesora polega na tym, że jego rzeczą jest mieć wątpliwości i zastanawiać się, gdy tymczasem polityk ma działać. Nie sposób tego połączyć przy społecznej aprobacie.

    - Doszliśmy zatem do odpowiedzi: ludzie chcą w polityce rolników, nauczycieli, byłych bokserów i trenerów piłkarskich, czasem nawet dziennikarzy, ale profesorów prawa niekoniecznie. Pan nie zorientował się w tym już po pierwszych przegranych wyborach?

    - Zorientowałem się, że według naszej ordynacji trzeba się cwanie ustawić we właściwej drużynie. Nie mam kłopotów z elektoratem. Mam kłopoty z drużyną. Stać mnie na to, żeby nie być politycznym cwaniakiem za cenę mandatu posła. Nie poszedłem do polityki dla pieniędzy, bo mam możliwości zarobienia mniej więcej tyle jako profesor prawa. Dla prestiżu też nie, bo akurat politycy są na samym dnie tabeli profesji pod względem zaufania społecznego. Podszedłem z dwóch powodów. Po pierwsze, tą profesurą jestem już trochę znużony. Gdyby moją specjalnością były, np. nauki ścisłe, albo przyrodnicze, mógłbym do końca życia nad czymś pracować, szukać, odkrywać. Ale w mojej dyscyplinie - jak w każdej nauce społecznej polegającej przede wszystkim na opisywaniu pewnych zjawisk - dochodzi się w jakimś momencie do pewnego poziomu kompetencji, biegłości w poruszaniu się w danej materii i zadaje się sobie pytanie: co dalej? Jak żongler, którego przez lata cieszy dokładanie w żonglerce jeszcze jednej - trzeciej, czwartej, piątej - piłeczki, ale po szóstej, siódmej zaczyna myśleć: no dobra, taki jestem sprawny, dołożę jeszcze ósmą i co z tego? Za tą refleksją przyszła inna: może bym się na coś przydał mojemu krajowi. Bo go lubię, nie mam zamiaru z niego emigrować, a ten mój kraj stoi przed ogromną szansą. Nie dybie na ziemie Niemiec, nie stoi u granic dziki Tatar czy inny Turek. Jak rzadko kiedy dotąd wszystko zależy od nas. Szkoda by było tego nie wykorzystać, ale na to trzeba popracować. Nie walczyć, ale popracować. Mnie jest w zasadzie wszystko jedno, z którego miejsca bym się państwu przydał. Nie muszę być posłem. Mogę być po stronie eksperckiej, ale niechby politycy chcieli nas - profesorów - słuchać. Niechby nawet nam mówili, że nie mamy racji, ale w rzeczowym dialogu. Żeby nie słuchali nas z grzeczności.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo