Na sygnale, ale bez lekarza

    Na sygnale, ale bez lekarza

    Rozmawiała HANKA SOWIŃSKA [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Rozmowa z prof. dr. hab. Juliuszem Jakubaszko
    - "Każdy głupi potrafi zatamować krew. Wystarczy wziąć kawał szmaty i związać". Tak mówił nastolatek do kolegi, a usłyszałam to przypadkowo, idąc na spotkanie z panem. Nie dosłyszałam natomiast, gdzie należałoby tę opaskę założyć. Na stu zapytanych Polaków, pewnie niewielu udzieliłoby poprawnej odpowiedzi.

    - Nauka pierwszej pomocy jest w Polsce na bardzo niskim poziomie, a przeciętny obywatel nie ma żadnego przygotowania.

    - Tymczasem prawo obliguje nas do tego, byśmy w sytuacjach zagrożenia życia nieśli pomoc.Tak stanowi ustawa z lipca 2001 r. o Państwowym Ratownictwie Medycznym.

    - Tak jest również zapisane w Kodeksie Postępowania Karnego, który nakazuje przypadkowemu świadkowi rozpocząć działania ratownicze tak, jak potrafi.

    - Przeciętny Kowalski jednak nie potrafi. Fachowej pomocy może natomiast udzielić ratownik medyczny. Kto to jest?

    - To absolwent trzyletnich studiów licencjackich w akademii medycznej, mający za sobą prawie 4 tysiące godzin zajęć dydaktycznych.

    - Żeby być ratownikiem, nie trzeba kończyć medycyny.

    - Nie. Natomiast od sześciu lat lekarze mogą robić specjalizację z zakresu medycyny ratunkowej. W tej części Europy byliśmy pierwszym krajem, który się na to odważył. Obecnie mamy w kraju już 444 takich lekarzy specjalistów. Następnych 450 jest w trakcie specjalizacji. Szacujemy, że Polsce potrzeba 3000-3500 lekarzy medycyny ratunkowej.

    - Medycy tej specjalności mają pracować w szpitalnych oddziałach ratunkowych.

    - Nie tylko. Również we wszystkich jednostkach systemu ratownictwa - w ambulansach reanimacyjnych, helikopterach ratunkowych.

    - Po tragedii w Chorzowie rząd przygotowuje nową ustawę o ratownictwie. Ministerstwo zdrowia proponuje, by w karetkach pogotowia pracowali ratownicy z wyższym wykształceniem medycznym. Są lepsi od lekarzy?

    - To nieporozumienie. Niektórzy powołują się ciągle na to, co kiedyś funkcjonowało w USA. Tam z braku lekarzy i z powodu wysokich kosztów ich zatrudnienia w ambulansach jeździli tzw. paramedycy. Ale karetki tylko pozornie funkcjonowały bez medyków. W rzeczywistości - i tylko czasami - ratownicy sami wyjeżdżali do wypadków na ich polecenie, poza tym mieli z nimi stały kontakt, a medyczne decyzje ratunkowe były uzgadniane i podejmowane każdorazowo przez lekarza nadzorującego wyjazd zespołu. Pozwala na to technika teletransmisji. Tak było w Stanach, ale w Polsce nie można rzucać takich haseł, że oto teraz pojawi się tysiąc karetek tylko z ratownikami, że będzie tanio i sprawnie.

    - Ten pomysł wziął się z oszczędności. Ustawa sprzed pięciu lat nie weszła w życie właśnie z braku pieniędzy. Podobno na zorganizowanie sprawnego systemu ratownictwa potrzeba od 1 do 5 miliardów. Jeśli taki zapis przegłosuje parlament, w sanitarkach jeździć będą ratownicy. Jaką mamy pewność, że dobrze zajmą się osobami, których życie jest zagrożone?

    - Te sumy są znacznie przesadzone. Natomiast licencjonowani ratownicy medyczni, którzy kształcą się w akademiach medycznych są na pewno dobrze przygotowani. Niestety, do tej pory w polskim ustawodawstwie nie określono zakresu ich odpowiedzialności zawodowej, obowiązków i uprawnień. Zakresy te mają jednak swoje granice i nie do zaakceptowania jest pomysł ambulansów typu "R", pozbawionych obsady lekarskiej.

    - Podobno ministerstwo nie wpisało ratowników medycznych na listę zawodów medycznych...

    - Są wpisani, ale ich status regulują stare akty prawne, które powstały, gdy nie było ratowników z wyższym wykształceniem. Te przepisy dotyczą osób, które kończyły dwuletnie szkoły pogimnazjalne. Zgodnie z wymogami Unii Europejskiej ludzie ci nie mają uprawnień do funkcjonowania w ratownictwie medycznym jako pełnoprawni przedstawiciele zawodu medycznego. Ich program kształcenia nie był taki, jaki obowiązuje na studiach licencjackich. Dziś są pozostawieni na łasce i niełasce systemu.

    - Kto teraz powinien uderzyć się w pierś i powiedzieć: "Moja wina"?

    - Ci, którzy w drugiej połowie lat 90. propagowali takie kształcenie.

    - Co mogą zrobić sami ratownicy?

    - Część z nich długo pracuje w zawodzie, więc ma spore doświadczenie, wielu jest naprawdę dobrymi fachowcami. Powinni opanować program wyrównawczy, następnie zdać egzaminy, aby uzyskać licencjat ratownika medycznego. Wtedy wszystko będzie wyprostowane. Natomiast ratownicy po studiach licencjackich powinni jak najszybciej doczekać się rozporządzeń do ustawy z 2001 r.

    - Na kursach dla lekarzy podejmujących specjalizację z medycyny ratunkowej w Akademii Medycznej we Wrocławiu prowadzi pan wykłady dotyczące m.in. założeń organizacyjnych medycyny ratunkowej w systemie ochrony zdrowia. Jak ta teoria ma się do praktyki?

    - Coraz lepiej, choć założenia zostały opracowane na przełomie 1999/2000. Wtedy minister zdrowia uruchomił resortowy program "Zintegrowane ratownictwo medyczne". Zakładał on m.in. zorganizowanie strukturalnego "łańcucha przeżycia". Chodzi o to, by od momentu zaistnienia nagłego zagrożenia, na przykład: wypadku, udaru czy zawału - pacjent trafiał do szpitala w ciągu 30 minut. Taki czas narzuca patofizjologia umierania organizmu ludzkiego. Szanse przeżycia człowieka od chwili wypadku gwałtownie spadają. Po pół godzinie wynoszą około 50 procent, po godzinie już tylko 10-12 procent.

    - A gdy dochodzą niskie temperatury, tak jak w Chorzowie, to są jeszcze mniejsze.

    - Dlatego tak ważne jest, by cały system ratownictwa został uruchomiony w ciągu 4 minut od zdarzenia. Gdy do katastrofy dochodzi w mieście, służby powinny pojawić się na miejscu wypadku w ciągu 8 minut. Na dotarcie poza miasto mają 15 minut. Pomoc na miejscu też nie może długo trwać. Chodzi o to, by w ciągu pół godziny dowieźć ofiarę wypadku czy ciężko chorego do szpitalnego oddziału ratunkowego.

    - Niektóre elementy systemu ratownictwa już działają, a jednak śmiertelność z powodu wypadków, szczególnie komunikacyjnych, jest u nas ciągle ogromna.

    - To prawda. Część osób mogłaby żyć, gdyby działania ratownicze inaczej przebiegały. W wielu krajach prowadzi się analizy tzw. zgonów do uniknięcia. Pozwalają one stwierdzić, które zabiegi ratunkowe były chybione, złe lub nie w tej kolejności prowadzone. Wtedy okazuje się, że pacjent mógłby żyć, gdyby wcześniej trafił w ręce chirurga ogólnego traumatologa, a nie ortopedy, gdyby w pierwszej kolejności wykonano mu tomografię komputerową klatki piersiowej, w której doszło do rozwinięcia się odmy prężnej czy rozległego urazu śródpiersia, a nie zajmowano się złamaną nogą.

    - W naszych szpitalach też robi się takie analizy po śmierci pacjenta?

    - Tak, ale nie pod kątem określenia "zgonu do uniknięcia". Zmniejszenie odsetka tych zgonów jest jednym z najważniejszych założeń w medycynie ratunkowej. Drugie to redukcja inwalidztwa i ludzkiego cierpienia. Ustalanie tego wskaźnika to ważny element ocen i porównywania jakości systemów ochrony zdrowia. Dlatego uważam, że to powinno być zapisane ustawowo.

    - Ratował pan człowieka w sytuacjach ekstremalnych?

    - Wielokrotnie, w Polsce i za granicą. Największą satysfakcję dał mi udział w akcjach ratunkowych za granicą, przede wszystkim w Skandynawii. Ratowałem np. ofiary katastrofy kolejowej. Okazało się, że w Belgii, Danii czy Szwecji bardzo starannie przygotowują się do takich działań. Każdy szpital ma swój "Szpitalny plan zabezpieczenia ratunkowego katastrofy" - jako część rejonowego planu zabezpieczenia katastrofy. Tam każdy lekarz, członek zespołu ratunkowego, w wydzielonych pomieszczeniach szpitala przechowuje swoje ubranie i wyposażenie ratunkowe. Stroje tych ludzi nosiły ślady zużycia. Skonstatowałem z przerażeniem, że oni chyba mają tyle katastrof. A okazało się, że tak często ćwiczą.

    - Akcja ratunkowa w zawalonej hali w Chorzowie dowiodła, że nasze służby też sobie dobrze radzą, mimo wielu braków. W Wydziale Zarządzania Kryzysowego UW w Bydgoszczy usłyszałam zapewnienie, że gdyby to stało się w naszym mieście, działania też przebiegałyby tak sprawnie.

    - To twierdzenie po części jest prawdziwe. Tak - jeśli chodzi o zaangażowanie ludzi, ich determinację i wyjątkowe umiejętności improwizacyjne Polaków. Radzilibyśmy sobie na zasadzie ogromnej emocji i solidarności, ale to nie byłby efekt planowego, sprawdzonego współdziałania, bo to się osiąga tylko poprzez regularne, wspólne ćwiczenia.

    - Jak pan ocenia akcję w Katowicach? Ciągle powraca natrętne pytanie: czy można było uratować więcej osób? Gdy we wtorek odnaleziono trzy ciała, pojawiły się zarzuty, że akcję zbyt wcześnie przerwano.

    - Nikt nie wyznaczy granicy, poza którą jest pewność, że już nie ma ofiar. Tam były niekorzystne okoliczności - niska temperatura, brak dostępu bez ciężkiego sprzętu. Przechłodzenie ludzi, którzy doznali obrażeń albo stracili przytomność następuje szybciej, bo brakuje naturalnej obrony organizmu przed zimnem. Wydaje się, że po kilkunastu godzinach przebywania na mrozie nikt już nie miał szansy. Z drugiej strony nie można wykluczyć, że nie trafiły się enklawy, gdzie temperatura mogła być nieco wyższa. Ktoś komuś mógł udzielać ciepła swoim ciałem. Nad ranem następnego dnia już jednak nikt nie miał szans.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo