Widziałem ślad na wykutym murze

    Widziałem ślad na wykutym murze

    Hanka Sowińska

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    W 1940 r. Niemcy najpierw rozebrali budynek muzeum (po prawej). Kościół zniknął na końcu.

    W 1940 r. Niemcy najpierw rozebrali budynek muzeum (po prawej). Kościół zniknął na końcu.

    Ślad dłoni księdza na murze Muzeum Miejskiego na Starym Rynku to nie legenda - tak twierdzą nasi czytelnicy. Przynajmniej kilkunastu opowiedziało już o tajemniczym odcisku. Zapewniali jednak, że nie był to krwawy ślad, tylko tłusty, bo duchowny szedł ze świętymi olejami.
    W 1940 r. Niemcy najpierw rozebrali budynek muzeum (po prawej). Kościół zniknął na końcu.

    W 1940 r. Niemcy najpierw rozebrali budynek muzeum (po prawej). Kościół zniknął na końcu.

    Kiedy wybuchła wojna, mieli po kilkanaście lat. Więc doskonale pamiętają odcisk na murze Muzeum Miejskiego. Teraz podzielili się wspomnieniami sprzed ponad 60 lat.

    Zburzono pierzeję

    Przed tygodniem w "Albumie Bydgoskim" przypomnieliśmy jedną z najgłośniejszych opowieści z okresu hitlerowskiej okupacji w grodzie nad Brdą. Dotyczy ona śladu ręki, który ukazywał się na murze, mimo że Niemcy próbowali go ukryć.
    Wykuli tynk, ale i to nie pomogło. W styczniu 1940 r., decyzją nadburmistrza miasta Wernera Kempe zburzono całą zachodnią pierzeję Starego Rynku, w tym również pojezuicki kościół pw. św. Ignacego Loyoli i gmach Muzeum Miejskiego.


    28 maja 1939 r. Wacław Szmelter przystępował do I Komunii Świętej. Na uroczystość do kościoła farnego poszedł z ojcem i siostrą.

    Odcisk jak klisza

    Jednym z tych, który widzieli odcisk dłoni jest Wacław Szmelter. - To nie był krwawy ślad. Dziś powiedziałbym, że wygłądał jak klisza rentgenowska.
    Pan Wacław miał wówczas 11 lat. Zanim wybuchła wojna, był uczniem Szkoły Podstawowej im. ks. Piramowicza przy placu Kościeleckich. Mieszkał z rodzicami i rodzeństwem przy ul. Chołoniewskiego. W maju 1939 r. poszedł do I Komunii Świętej. Rodzina należała do fary, ale dziś pan Szmelter nie przypomina sobie, czy wśród tych, którzy udzielali dzieciom komunii, był ks. Jan Jakubowski. A właśnie temu duchownemu przypisywana jest historia z pozostawieniem śladu dłoni na murze.
    - To już był któryś dzień wojny. W mieście wiele mówiono o tym śladzie. Pobiegłem na Stary Rynek. Dorosłych nie dopuszczano w to miejsce. W pobliżu fontanny Kupffendera stał niemiecki żandarm. Dzieciom łatwiej było się przemknąć. Doskonale pamiętam, że tynk na murze był już wówczas wykuty; widać było czerwoną cegłę. To, co przypominało odcisk dłoni, było ciemnego koloru - wspomina pan Szmelter.
    9 i 10 września 1939 r., w odwecie za tak zwaną krwawą niedzielę. Niemcy rozstrzelali na Starym Rynku 49 bydgoszczan. W rzeczywistości była to zaplanowawana w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie akcja wyniszczenia polskiej inteligencji w Prusach Zachodnich, pod kryptonimem "Tannenberg" - "Jodłowa Góra".

    Duchowny z olejami

    Z ostatnią posługą do umierających spieszył ks. Jan Jakubowski, wikariusz z parafii farnej. Nasi czytelnicy twierdzą, że niósł oleje święte. Stąd tłusty ślad na murze.
    Ks. prałat Zbigniew Maruszewski z kościoła farnego zna tę historię z opowieści świadków. - Ksiądz Jakubowski był kapelanem harcerzy. Szedł do nich z komunią, bo byli przetrzymywani w podziemiach kościoła pojezuickiego - opowiada.
    Poprosiliśmy prałata Maruszewskiego o sprawdzenie, czy w archiwum parafialnym znajdują się jakieś dokumenty, dotyczące ks. Jakubowskiego. Wierzymy, że o wynikach kwerendy będziemy mogli poinformować już w następnym numerze "Albumu".
    Na relacje świadków i nowe dokumenty liczy także Wiesław Trzeciakowski, pracownik Archiwum Państwowego w Bydgoszczy, pisarz, publicysta, tłumacz literatury niemieckiej. Chce wydać książkę o tajemniczym śladzie. - Uważam, że to nie jest tylko legenda. Przez wiele lat bydgoszczanie opowiadali, że widzieli odcisk na murze. Jestem skłonny wierzyć, że tak było naprawdę - mówi.


    ***
    Osoby, które mogą podzielić się wspomnieniami prosimy o kontakt z Wiesławem Trzeciakowskim, tel. 052-321-62-25 lub 052-322-96-76 lub z redakcją "Gazety Pomorskiej", ul. Zamoyskiego 2, tel. 052-326-31-33, e-mail:

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo