Kosmos wyborczy

    JACEK DEPTUŁA

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Grzybów w lasach jeszcze nie ma, a na listach wyborczych wysyp kilku tysięcy prawdziwków, kozaków i gąsek. Kandydatów do polskiego parlamentu z grubsza dzielę na trzy grupy.
         Pierwsza, najliczniejsza, to tzw. kandydaci biorący, gdyż biorą pierwsze - niemal pewne - miejsca na listach. A później będą brać udział oraz przykład z Pęczaka. Ich cechą charakterystyczną jest najgłębsze przekonanie, że przez ostatnie cztery lata uszczęśliwiali 38 mln rodaków.
         Druga grupa to posłowie turyści, którzy dostali kopniaka w kilku poprzednich partiach i otrzymali za to od konkurencji miejsca na listach. Taki ulgowy bilet do Sejmu lub Senatorium. Im wyższa pozycja nowej partii w rankingach - tym większą miłość programową czują do niej turyści.
         Trzecia grupa to kandydaci bez doświadczenia, którzy sprawdzili się na innych równie odpowiedzialnych odcinkach życia publicznego. Choćby w zoo, na ringu, w konferansjerce, na scenie rockowej lub boisku piłkarskim, w "Biedronce", a nawet w kosmosie. Lwią część tych kandydatów łączy jedno: w cywilu nie mają co robić. Emerytowany Mirosław Hermaszewski na przykład nie może (a szkoda) wykorzystać kosmicznych doświadczeń w parlamencie RP. Kandyduje dlatego, że "budując dom zobaczył, jak działają małe firmy i jak przedsiębiorczym ludziom utrudnia się życie". Krzysztof Cugowski, wokalista Budki Suflera, zamierza pośpiewać na senackiej estradzie, bo trochę słyszał o parlamencie.
         Mistrzem turystyki poselskiej tegorocznej kampanii okazał się niejaki Zdrojewski Jacek, były baron SLD na Mazowszu. Ten waleczny mąż jeszcze nie tak dawno wygłosił orędzie do partyjnych towarzyszy, proponując dokopanie opozycji w ten sposób, by "się waliła". Zdrojewskiego (kiedy nie zaproponowano mu miejsca na liście SLD) oświeciło. Uznał, że tylko program Samoobrony jest programem narodu. Do partii Leppera ogromną miłość poczuł też weteran Mamiński z Krajowej Partii Emerytów i Rencistów, ale odkąd po pijaku w sejmowym bufecie krzyczał "Heil Hitler" - też go oświeciło. Zmądrzał i dojrzał do Samoobrony.
         Całkiem udanym turystą sejmowym jest ludowiec naszego regionu Wojciech Mojzesowicz. Był w ZMW, "Solidarności", ZSL, PSL, założył własną partię, by w końcu trafić do PiS. Rozrzut poglądów godny Jacka Kurskiego, który był już: w PC, ROP, ZChN, LPR, a nawet w PiS, do którego wrócił po konfliktach z Ligą. Tymczasem obecną kadencję Sejmu w brawurowy sposób zakończył niezrzeszony poseł Borczyk Waldemar (d. Samoobrona). Onże Borczyk we wtorek najechał po pijaku na jakąś przeszkodę w swojej wsi, później pobił policjantów, po czym zasnął na trawniku obok sterty śmieci przy remizie.
         Bitwa o immunitety i 10 tysięcy miesięcznie przypomina mi anegdotę o dwóch kandydatach przed spotkaniem z wyborcami. Jeden z nich zwierza się partyjnemu koledze:
         - Zdradzę ci w wielkiej tajemnicy - kompletnie nic nie rozumiem z sytuacji ekonomicznej kraju, nie mówiąc o polityce zagranicznej.
         - Spokojnie, zaraz ci to wyjaśnię...
         - Wyjaśniać to ja też potrafię, a mimo to nic nie rozumiem.
         

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo