Przedwojenne wakacje

    Przedwojenne wakacje

    (maw, h.)

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Brdyujście 1936 r. - wynajętą łodzią można było  dostać się na drugą stronę.

    Brdyujście 1936 r. - wynajętą łodzią można było dostać się na drugą stronę.

    Bydgoszczanie przed wojną najchętniej wypoczywali nad Brdą i w Rynkowie. Zamożniejsi jeździli nieco dalej, np. do Tlenia.
    Brdyujście 1936 r. - wynajętą łodzią można było  dostać się na drugą stronę.

    Brdyujście 1936 r. - wynajętą łodzią można było dostać się na drugą stronę.

         Tadeusz Kolasiński z sentymentem wspomina wakacyjne wyjazdy z rodzicami i młodszym bratem Stasiem do Rynkowa. - To była malownicza miejscowość położona zaledwie kilka kilometrów od Bydgoszczy. Dojeżdżało się tam powózką, wynajmowaną z pocztarni przy ulicy Grodzkiej albo koleją. W niedzielę podstawiano specjalne pociągi wycieczkowe. Rano odjeżdżały jeden za drugim. Pamiętam, że tuż przy stacji w Rynkowie znajdowała się duża restauracja. Można tu było nie tylko zjeść dobry obiad, ale także napić się kawy i wstąpić na "coś słodkiego".
         Restauracja miała specjalny podest do tańca. Potocznie nazywano go "dechami". Było też miejsce dla orkiestry. Dlatego też co tydzień odbywały sie tutaj dancingi. Rodzice je uwielbiali -
    opowiada nasz Czytelnik.
         Ale nie tylko dla dancingów bydgoszczanie tłumnie przyjeżdżali do Rynkowa. Zbigniew Raszewski w "Pamiętniku gapia" pisze: "Atrakcyjność tej miejscowości brała się stąd, że leżała na brzegu pradoliny i stanowiła nawet najwyższe wzniesienie jej północnego brzegu (95 m!). Dalej można było tym brzegiem wędrować na wschód, do Myślęcinka (bardzo malownicza droga) i jeszcze dalej, ku Wiśle".
         Spacerkiem nad Brdą i Wdą
         Pani Krystyna często powraca do wycieczek z rodzicami. Pamięta, że prawie na całej długości brzegu nad Brdą były kawiarenki i restauracje - od Opławca i Smukały aż po Brdyujście.
         - Chodziliśmy tam na spacery. Do dziś pamiętam zapach truskawek i poziomek lub smak wędzonych, jeszcze ciepłych ryb! Szkoda, że dziś już tych miejsc nie ma. Dziwne, przed wojną wszystkim się opłacało - opowiada pani Krystyna. - Często jeździliśmy do Brdyujścia. Tam rodzice wynajętą łodzią przewozili nas na drugą stronę. W Brdyujściu była restauracja z werandą. Jadaliśmy tam podwieczorki. Na wakacje, podobnie jak wszyscy nasi znajomi, wyjeżdżaliśmy do Tlenia. Tam mieszkaliśmy w wynajętych u Radkich kwaterach. Jadaliśmy w restauracji przy moście. Miała ona nieoszkloną, drewnianą werandę. U góry był taras, a obok "dechy" do tańca. Stała też drewniana altana - po prawej stronie w lesie...
         
    Wielką atrakcją Tlenia, oprócz jagód i poziomek z czekoladą i śmietaną, był i jest nadal spacer nad Wdą, "Czarną rzeką" - jedną z najczystszych w regionie.
         - Chodziliśmy do "wilczego jaru", czasami wpływaliśmy do niego łodzią. Jar jest odnogą Wdy. Od ponad pół wieku na jego brzegach rosną leszczyny. Miło było zrywać orzechy prosto z łodzi.
         

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo