Rozwój w biały dzień

    Rozwój w biały dzień

    Dariusz Knapik

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Z Kujawsko-Pomorskiej Agencji Rozwoju Regionalnego wyparowały miliony złotych. Odpowiedzialni za to mają się dobrze.
         Gdy w 1995 roku bydgoski wojewoda Wiesław Olszewski i Agencja Rozwoju Przemysłu w Warszawie zakładali KPARR, przyszłość spółki jawiła się w różowych barwach. Połowę kapitału wniósł Skarb Państwa, resztę Bydgoszcz, Inowrocław, Świecie, Sępólno i inne samorządy. Już po 2 latach majątek Agencji wzrósł do 2,5 mln zł. Miała promować region i wspierać jego rozwój gospodarczy. Wszystko to okazało się wielką lipą.
         Dwa lata temu "Gazeta Pomorska" ujawniła, jak powiązane z SLD władze spółki przepuściły jej majątek. Idące w setki tysięcy złotych pożyczki trafiały w ręce niewiarygodnych czy wręcz podejrzanych biznesmenów, a o kredytach decydowały polityczno-towarzyskie powiązania i inne, trudne do ustalenia względy. Po naszym artykule wszczęto śledztwo. Później Prokuratura Okręgowa w Bydgoszczy oskarżyła o działania na szkodę Agencji trzech byłych prezesów. Dziś przedstawiamy nowe fakty, których próżno by szukać w akcie oskarżenia.
         Między nami, prezesami
         
    Od 1996 roku spółce prezesował były kierownik bydgoskiego Urzędu Rejonowego, Mirosław Ziółkowski. Jego zastępcą był dawny wicedyrektor bydgoskiego "Ruchu", dobry znajomy wielu wpływowych działaczy SLD, Zygmunt Niedbała. Pod ich rządami już w 1997 roku spółka zaczęła tracić pieniądze. Niespłacone pożyczki rosły z roku na rok. Ale na papierze interesy spółki kwitły. Rada nadzorcza zadowalała się sprawozdaniami.
         Dopiero w 2002 roku, gdy nasiliły się niepokojące sygnały, rada powołała komisję, która zbadała stan kredytów. Jej raport był szokujący. Z dwunastu badanych pożyczek aż 10 można było spisać na straty. Jakieś 400 tysięcy złotych. A to był czubek góry lodowej. Wkrótce, na zgromadzeniu wspólników wyszło, że zarząd zafałszował sprawozdanie, a straty netto za 2001 rok sięgają 640 tysięcy. Uchwalono, że pokryje się je z... zysku za 2003 rok. Tymczasem już wtedy spółka była bankrutem.
         Radę nadzorczą zadowoliło odwołanie zarządu. Niedbała nie czekając na dymisję, znalazł sobie posadę wiceprezesa Pomorskiej Izby Budownictwa. Gdy rada dostała wspomniany raport komisji, przedstawiciele Agencji Rozwoju Przemysłu i Świecia chcieli zawiadomić prokuraturę. Ale ich przegłosowano. Śledztwo wszczęto dopiero po naszym artykule.
         Kapitan schodzi pierwszy
         
    Od 2000 roku szefem rady nadzorczej był dobrze znany w bydgoskich salonach właściciel firmy "Domik", prezes Kujawsko-Pomorskiego Związku Pracodawców i Przedsiębiorców, Mirosław Ślachciak. Wkrótce, po zgromadzeniu wspólników, zrezygnował z szefowania radzie, a w październiku 2002 roku definitywnie podziękował też za członkostwo. Oficjalnym powodem był nadmiar obowiązków związany z funkcją wiceprezydenta Konfederacji Pracodawców Polskich.
         W ślad za nim inni członkowie rady zaczęli się ewakuować z tonącego okrętu. Ostatni raz spotkali się w listopadzie 2002 roku. Do wiosny 2003 roku wszyscy zrezygnowali.
         Wcześniej jednak wybrali na szefa rady Marcina Lenskiego, byłego skarbnika miasta Bydgoszczy za rządów SLD. Obarczyli go też misją "pełnienia funkcji zarządu". Lenski działał w głębokiej konspiracji. Na drzwiach Agencji, z której już latem 2002 roku odeszli wszyscy pracownicy, zawisły kłódki. Pracownikom bydgoskiego ratusza udało się kilka razy skontaktować z prezesem. Ale jesienią 2003 roku zaginął na dobre.
         Kto buszował w Agencji
         
    Urząd Marszałkowski, który przejął udziały wojewody i Agencja Rozwoju Przemysłu jakoś się nie przejmowały paraliżem organów spółki i marnowaniem publicznych pieniędzy. Jeszcze wojewoda Olszewski wniósł aportem do Agencji całe dziesiąte piętro w gmachu Urzędu Wojewódzkiego. Biura, które można było wynajmować, od lata 2002 roku stały puste. Przedawniały się kolejne kredyty udzielone przez spółkę. Jedynie dzięki władzom Bydgoszczy, po długich staraniach, udało się uzyskać postanowienie sądu o zwołaniu zgromadzenia wspólników.
         Jesienią ubiegłego roku do siedziby spółki wkroczył likwidator. Okazało się, że z biura wyparował komputer, drukarka, aparaty telefoniczne. Zniknęły klucze do sejfu. Po otwarciu go przez ślusarzy w środku znaleziono jedynie weksle. Brakowało części zaliczki, którą według dokumentów pobrał prezes Lenski.
         Likwidator podjął starania o odzyskanie udzielonych przez spółkę pożyczek. Po jego półrocznej działalności stało się jasne, że na większości z nich trzeba postawić krzyżyk.
         Jak "Hektora" ratowano
         
    Historia Agencji obfituje w przykłady jawnego przywłaszczania publicznych pieniędzy. Najbardziej szokującym są pożyczki dla spółki "Hektor" z podbydgoskich Strzelec Górnych. Kiedy dwa lata temu rozmawiałem z byłym przewodniczącym Ślachciakiem, przekonywał mnie, że to była dobra firma i należało jej pomóc.
         Należała do małżeństwa Grażyny i Waldemara Łaskawców. Biznesmen miał wielu znajomych wśród wpływowych działaczy SLD. Dzięki jednemu z nich, w maju 2000 roku, załatwiono firmie 125-tysięczny kredyt. Wniosek był bez daty, a w dołączonej do niego dokumentacji brakowało stron. Wcześniej "Hektor" pożyczył od Agencji 25 tysięcy i w tym czasie spłacał raty. Z dużymi opóźnieniami, choć regulamin spółki zabraniał udzielania kolejnego kredytu przed spłaceniem poprzedniego. Prezesi Agencji machnęli na to ręką. Jako zabezpieczenie przyjęto weksel Łaskawców, ale bez poręczenia innych osób. Gwarancją zwrotu pieniędzy miały być zastawione maszyny. Potem okazało się, że wyceniono je o 30 procent powyżej wartości.
         "Hektor" nie zapłacił nawet pierwszej raty, a po 2 miesiącach od otrzymania pieniędzy zawiadomił spółkę o... otwarciu postępowania układowego z wierzycielami. Do końca 2001 roku prezesi Agencji wymieniali pisma z Łaskawcem, który wyznaczał kolejne terminy spłaty długu i żadnego nie dotrzymywał. Wreszcie skierowano sprawę do sądu, który wydał nakaz zapłaty. Potem wkroczył komornik. Gdy chciał wywieźć zastawione maszyny, właściciele nie wpuścili go do zakładu.
         Na 22 sierpnia 2002 roku wyznaczono termin przymusowego wywozu maszyn, w asyście policji. Trzy dni wcześniej świeżo mianowany prezes Lenski zawiadomił komornika, że wnosi o... umorzenie postępowania egzekucyjnego.
         Bankruci mają się dobrze
         
    Okazało się, że nowy prezes postanowił sprzedać dług "Hektora", który urósł już do 210 tysięcy firmie windykacyjnej. 19 sierpnia, za 70 tysięcy złotych, czyli jedną trzecią wartości, nabyła go spółka "Bogmar-Inkasso". Faktycznie zapłaciła tylko 10 tysięcy, pozostałej kwoty Agencja nie otrzymała do dziś. Zresztą prezes Lenski wcale się o to nie upominał. Dopiero teraz likwidator dochodzi należności w sądzie. Tymczasem "Bogmar" zdążył już odsprzedać wierzytelność komu innemu.
         Dotarliśmy do dokumentów, z których wynika, że zgodę na sprzedaż długu wyraziła rada nadzorcza. Było to 24 lipca, podczas posiedzenia, na którym Ślachciak złożył rezygnację, a jego następcą wybrano Lenskiego. Niestety, nie można się doczytać, dlaczego zamiast egzekwowania należności zabezpieczonej maszynami, zdecydowano się machnąć ręką na 140 tysięcy.
         W siedzibie "Hektora" gospodaruje dziś syndyk, ale państwo Łaskawiec mają się dobrze. Należała do nich też spółka "Hektor Hurt". Wprawdzie w grudniu 2000 roku małżonkowie na wszelki wypadek sprzedali wszystkie swoje udziały, ale jak się potem okazało, był to jedynie manewr taktyczny. Nowi właściciele zarejestrowali spółkę "Rewers", która przejęła "Hektora Hurt". Odkryłem jednak, że już w maju 2002 roku małżonkowie przejęli jedną trzecią udziałów w "Rewersie". Wydzierżawili jej też... maszyny poligraficzne. Wkrótce po tym, jak rozwiało się widmo komornika, Łaskawcowie stali się właścicielami większościowego pakietu udziałów w "Rewersie". Jako aport wnieśli... owe wydzierżawione maszyny. Łaskawiec jest dziś prezesem spółki.
         Długi wicewojewody
         
    Do sekretów, najściślej strzeżonych przez byłych prezesów Agencji, należały długu byłego wicewojewody bydgoskiego, dziś prawnika i biznesmena, Tomasza Gliwy. Gdy w 2002 roku komisja rady nadzorczej badała zaległe wierzytelności, w dostarczonych jej dokumentach nie było nawet śladu tego nazwiska. Ustaliłem, że w 2000 roku Agencja zawarła z Gliwą umowę na reklamę i promocję jego firmy. Dokument jest ogólnikowy. Umowę przedłużono na 2001 rok. W sumie spółka wystawiła Gliwie faktury na 256 tysięcy. Zapłacił tylko 52 tysiące. Dopiero w 2003 roku, gdy księgowa Agencji wysłała mu tzw. potwierdzenie salda, odpisał, że nie uznaje tych należności, bo zlecenie nie zostało w pełni wykonane. Sprawa umarła śmiercią naturalną. Nikt ze spółki nie dochodził bowiem tych należności, i tak w 2004 roku nastąpiło ich przedawnienie.
         Aktualny jest natomiast inny dług, na 36 tysięcy. W kwietniu 2002 roku Gliwa zawarł z Agencją umowę, na "przygotowanie inwestycji" dla biznesmenów, którzy chcieli podobno ulokować pieniądze na Wyspie Młyńskiej w Bydgoszczy. Na poczet swoich usług Gliwa pobrał 36-tysięczną zaliczkę. W umowie był jednak zapis, że jeśli w ciągu pół roku umowa nie zostanie zrealizowana, suma ta podlega zwrotowi. Z umowy wyszły nici, ale zaliczki nie zwrócono. Dopiero likwidator Agencji zaczął ścigać byłego wicewojewodę w sądzie. Uzyskał nakaz zapłaty wraz z kosztami procesu i odsetkami, ale pozwany się odwołał.
         Nasi informatorzy twierdzą, że w 2002 roku władze spółki rozważały powierzenie Gliwie windykacji wierzytelności Agencji. Pytałem o to likwidatora, ale w oficjalnych dokumentach nie ma na ten temat ani śladu. Przeglądając akta w sądzie rejestrowym natrafiłem jedynie na pisma, w których Gliwa występuje jako oficjalny pełnomocnik Agencji. Noszą one daty z 2003 roku, gdy w spółce rządził jednoosobowo prezes Lenski.
         Naciągaczom nasze stanowcze: "Tak!"
         
    Lista ludzi, którzy naciągnęli Agencję jest tasiemcowa. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni, z jakich powodów pożyczono 25 tysięcy. mieszkańcowi Świekatowa, Marianowi Chruszczewskiemu? Gdy ubiegał się o ten kredyt był bezrobotny. Jak napisał we wniosku, chciał te pieniądze przeznaczyć na tworzenie nowych miejsc pracy. 1 września 1997 roku poszedł więc do urzędu gminy i zarejestrował działalność gospodarczą. Istniała wyłącznie na papierze. Dwa dni później złożył wniosek i za miesiąc dostał pieniądze, które przeznaczył na konsumpcję. Zabezpieczeniem długu był jedynie weksel wystawiony przez Jana Zakrzewskiego z Krusina, który też pożyczył od Agencji 17 tysięcy. Oba długi nie zostały spłacone.
         Takie przykłady można mnożyć. Likwidator KPARR, dr Bronisław Szczepankiewicz myśli o sprzedaży firmom windykacyjnym tych długów, których dochodzenie wymaga dłuższego czasu. Chce bowiem zakończyć likwidację spółki jeszcze w tym roku. Już dziś pochłonęła ona kilkaset tysięcy złotych, pochodzących z pieniędzy Urzędu Marszałkowskiego. Największe zobowiązania Agencji dotyczą ZUS.
         Prezes się ukarał
         
    Wiceprezes Niedbała w grudniu ub. roku dobrowolnie poddał się karze. Za niedopełnienie obowiązków i działania na szkodę spółki sąd skazał go na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Nakazał mu też wyrównanie szkód wyrządzonych Agencji, które zdaniem sądu wynoszą 15 tysięcy złotych. Skazany jest do dziś wiceprezesem Pomorskiej Izby Budownictwa, a jego szefom nie przeszkadza, że stanowisko to piastuje osoba karana. Nie wiadomo jednak, czy sąd nie odwiesi mu wyroku. Niedbała do dziś bowiem nie zapłacił Agencji należności.
         Nieoficjalnie wiemy, że były wiceprezes chce w zamian za umorzenie wierzytelności zrezygnować ze swoich roszczeń wobec Agencji. W ostatnich miesiącach rządów Niedbały firma przędła bowiem tak cienko, że nie stać ją było nawet na pensje i odprawę dla wiceprezesa. A pobory zarządu były wysokie. A już w 1998 roku prezes Agencji zarabiał 2,5 średniej płacy krajowej.
         Szef Niedbały, prezes Mirosław Ziókowski nie stanął przed sądem. Lekarze uznali bowiem, że jego stan zdrowia na to nie pozwala. Sprawę na razie zawieszono. Obaj prezesi mają teraz jednak poważny problem. Likwidator wytoczył im proces cywilny o 300 tysięcy za szkody wyrządzone jego zdaniem Agencji.
         Ostatni prezes Marcin Lenski, który opuścił "po angielsku" powierzoną sobie firmę, wyemigrował na Opolszczyznę. Jest tam wysoko wynagradzanym specjalistą w "Telekomunikacji". Prokuratura długo badała jego grzechy, w końcu uznała go winnym zaniedbania... obowiązku przesłania do Krajowego Rejestru Sądowego sprawozdania z działalności spółki za 2001 rok. Dostał za to 2-tysięczną grzywnę. Śledztwo wszczęto 25 czerwca 2003 roku, zakończono jesienią roku następnego. Jakim cudem prokuratura nie dopatrzyła się, że Lenski nie przesłał też sprawozdań za 2002 i 2003 rok, (zrobił to dopiero likwidator), trudno wyjaśnić. Nie wiadomo też jak umknęło jej uwadze znacznie poważniejsze wykroczenie: prezes nigdy nie zgłosił swojej nominacji do sądu rejestrowego, co stawia pod znakiem zapytania ważność czynności podejmowanych w imieniu spółki.
         Mariana Chruszczewskiego, jedynego z dłużników, którego prokurator zdecydował się oskarżyć o wyłudzenie kredytu, skazano na 1,5 roku w zawieszeniu na 3 lata i obowiązek naprawienia szkody. Do dziś nie zapłacił Agencji ani złotówki.
         Dlaczego prokuratura uznała, że na tym kończy się lista winnych i popełnionych przestępstw, tego pojąć nie mogę.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo