Podwodna pamięć

    ADRIANNA OŚMIAŁOWSKA

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Bartosz Ostowidzki, w 12. rocznicę katastrofy promu "Jan Heweliusz", złożył na wraku wieniec w hołdzie rypińskiemu załogantowi tej jednostki, marynarzowi Pawłowi Sobocińskiemu.
    Fot. ARCHIWUM PRYWATNE Bartosz Ostrowidzki: - Na "Heweliuszu” byłem po raz drugi. Zapamiętam ten widok do końca życia.

    Fot. ARCHIWUM PRYWATNE Bartosz Ostrowidzki: - Na "Heweliuszu” byłem po raz drugi. Zapamiętam ten widok do końca życia.

    Bartek 4 lipca skończy 20 lat. Jest rescue diverem, czyli płetwonukiem ratownikiem, należy do Centrum Nurkowego DIVE TEAM w Szczecinie. W ciągu trzech ostatnich lat odwiedził wraki, które kryją w sobie wody Zatoki Gdańskiej i Morza Bałtyckiego m.in. "Wicher", "Groźny", "Delfin" czy niemieckie U 346, S/T Burgermeister Petersen, Bremenhafen. Na powierzchni zajmuje się nauką - studiuje oceanotechnikę na wydziale techniki Morskiej Politechniki Szczecińskiej.
    W połowie stycznia br. minęła dwunasta rocznica katastrofy promu "Jan Heweliusz". Polski prom kolejowo-samochodowy został wybudowany w norweskiej stoczni w Trosvik. Miał wspomagać w przewozach samochodów ciężarowych i wagonów towarowych bliźniaczą jednostkę "Kopernik".
    Pechowej nocy, 14 stycznia 1993 r., wyszedł w morze pięć minut po północy. Kierował się do Ystad w Szwecji. Płynął z pełną prędkością, bo przy wyjściu ze Świnoujścia miał ponad dwie godziny opóźnienia, spowodowanego remontem furty rufowej. Na morzu szalał sztorm. Siła żywiołu przekroczyła 12 stopni w skali Beauforta. O 4.36 potężny huragan uderzył w burtę "Heweliusza", który zaczął się przechylać. O 5.12 prom przewrócił się, zaskakując pogrążonych we śnie pasażerów.
    Z katastrofy uratowano dziewięć osób, sześć uznano za zaginione. Na pokładzie było 35 kierowców TIR-ów z Polski, Szwecji, Węgier, Jugosławii, Austrii, Czech i Norwegii. Za przyczynę tragedii Odwoławcza Izba Morska uznała m.in. zły stan techniczny statku. Prom przed zatonięciem miał 28 wypadków: przechylał się na pełnym morzu, przewracał na nabrzeża w portach, zderzał z kutrami rybackimi, miał awarię silnika, a we wrześniu 1986 roku wybuchł na nim pożar.
    Tam, gdzie kołysze się boja
    - Dwadzieścia mil na północny wschód od wybrzeży Rugii, na pełnym morzu kołysze się kilkumetrowa pomarańczowo czarna boja z miniaturową latarnią morską i radiową anteną na czubku. Przepływające obok statki pozdrawiają to miejsce przeciągłym wyciem okrętowych syren. To hołd dla tych, co z morza nie wrócili. Boja oznacza miejsce, gdzie na dnie znajduje się wrak "Jana Heweliusza" - opowiada Bartek. - Obecnie to jeden z najniebezpieczniejszych wraków, spośród kilku tysięcy leżących na dnie Bałtyku. Jego szczątki sterczą wysoko nad dnem i może o nie zahaczyć nawet statek o zanurzeniu 10 metrów. My nie musieliśmy się tego obawiać, przypłynęliśmy nad wrak niemieckim malutkim statkiem wycieczkowym "Brigitte".
    Na "Heweliuszu" byłem po raz drugi. Za pierwszym razem bałem się w ogóle zejść do wraku. Gdy byłem kilka metrów pod wodą i znikło już światło słoneczne, nagle z mroku wyłoniła się biała blacha i wielkie niebieskie litery: "Jan Heweliusz". Zapamiętam ten widok do końca życia. Nadbudówka leży wbita w piach zaledwie kilkanaście metrów od kadłuba. Między nimi piętrzy się skłębiona, kilkumetrowa warstwa aut, palet i plandek. Z przodu widziałem mnóstwo wyrwanych z kawałkami blachy bulai. Tu były pewnie kabiny pasażerskie. Kilka metrów dalej olbrzymie kłębowisko kabli, pozostałość po sprzęcie radiowym. Tam pewnie musiał być mostek kapitański. Moi koledzy, Maciek i Kamil, specjaliści od penetracji wraków, mówili, że na "Heweliuszu" ludzkich śladów jest coraz mniej.
    Zwycięstwo i małość
    Bartek przyznaje, że wizyty na wrakach zmuszają do refleksji: - Szczególnie mocno takie przemyślenia pojawiają się, gdy pod wodą widzi się wrak niedawno zatopionego statku. Jego czyste poszycie, bez śladów jakiegokolwiek porastania przez organizmy roślinne i zwierzęce, naturalne barwy farby pokrywającej burty, nadbudówki i pokłady, gładkie łopaty śrub, wyraźnie widoczne mechanizmy i urządzenia oraz brak rzucających się w oczy oznak katastrofy - to wszystko sprawia, że na tych, względnie płytkich i w miarę prześwietlonych wodach, w których spoczywa wrak promu, wrażenie poniesionej przez człowieka porażki znacznie bardziej się potęguje niż podczas eksploracji starych wraków. Statek, kiedy pływa, wydaje się dowodem zwycięstwa nad żywiołem. Jako wrak dobitnie pokazuje, jak mało znaczymy wobec potęgi przyrody.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo