Pragnienie Polski

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Pragnienie Polski
    W domu nie ma okien, tylko dziura w suficie, więc gdy zaczynało się bombardowanie, ona kładła się pod tą dziurą. Jeśli by zginęła, to znaczy, że tak miało być. Że przyszła jej chwila.
    Pragnienie Polski
         Gdybyś kiedyś zobaczył Sabrin, musiałbyś ją zapamiętać. Szczególnie jej oczy, smutne, duże, czarne.
         Sabrin nie ma jeszcze 22 lat, mogłaby być na trzecim roku studiów dziennikarskich (zawsze chciała być dziennikarką). Mogłaby biegać z chłopakami na dyskoteki. A biega między wojskowymi, którzy, kiedy wyjeżdżają z bazy, to tylko w kamizelkach kuloodpornych, z karabinami.
         Gdy polscy generałowie jadą do irackich generałów, Sabrin zgrabnie tłumaczy: - Nigdy nie było naszym celem być na waszej ziemi wiecznie.
         
    Gdy jadą z darami do rannych w szpitalu, tłumaczy: - Jesteśmy tu, żeby pomagać.
         
    Tłumaczy biegle, z polskiego na iracki.
         Bo polski i iracki, to dwa jej światy. Z pierwszego do drugiego trafiła podstępem.
         - Nie rób mi zdjęcia - prosi.
         Boi się.
         Irakijczycy pracujący dla obcych wojsk mogą być na czarnej liście, to po pierwsze. A po drugie, ona pewnie jest na czarnej liście swojego ojca. Cały czas prześladuje ją myśl, że w końcu dopadnie ją ktoś od niego.
         Na początku, gdy trafiła do międzynarodowej dywizji, pytali ją, gdzie jej lepiej, między Polakami czy między Irakijczykami. Wtedy zatykało ją ze strachu. Bała się, że ojciec ją już odnalazł. Ojciec, przez swoich ludzi, ją sprawdza.
         Po lekcjach
         Urodziła się na wschodzie Polski. Matka Irakijka, ojciec Irakijczyk, wydawało się, że zadomowieni w polskiej kulturze. Sabrin pamięta przedszkole w swoim mieście i podstawówkę. A najlepiej pamięta liceum, zdążyła skończyć drugą klasę.
         Po lekcjach spotykała się z przyjaciółmi, chodzili po zabytkowym centrum albo do kawiarni, albo odwiedzali się w domach. Przyjaciół miała głównie polskich. Arabów zaledwie znała kilku. Głównie dzięki temu, że przychodzili do ojca. Nie mówiła po arabsku.
         - Gdzieś tam złapałam kilka podstawowych zwrotów, ale nie mogłabym z tego ułożyć nawet jednego logicznego zdania.
         Wakacje 2000 roku, miały być piękne. Może nawet najpiękniejsze w jej życiu. Później analizowała każdy dzień tych wakacji, każdy ruch ojca. I zastanawiała się, dlaczego jej to zrobił.
         - Zabrał mnie do Syrii, mieliśmy być chwilę, odwiedzić krewnych i polecieć do Emiratów - wspomina.
         Gdy poznała krewnych syryjskich, ktoś zaproponował, żeby poznała krewnych irakijskich. Może tę propozycję rzucił ojciec, a może któraś z ciotek? Ale ojciec mówił na pewno: jedź, jedź, ja poczekam.
         - Skąd mogłam wiedzieć, że jak już wjadę do Iraku, to nie wyjadę? Ojciec nie czekał na mnie ani jednego dnia.
         
    Tymczasowy paszport iracki wygasł po dwóch miesiącach.
         - Byłam nikim. Bez dokumentów, znajomości arabskiego, Koranu... Bez obywatelstwa, prawa do nauki, leczenia, jedzenia.
         Ponieważ racje żywnościowe jej nie przysługiwały, czuła się ciężarem dla rodziny. Ponieważ nie znała ich zwyczajów, stale robiła coś nie tak. Niedostosowana. Darmozjad.
         Dawali jej odczuć. Nie trzymali z nią. Choć i tak robili wiele, dzielili się swoimi racjami, znosili jej początkowy bunt. Najpierw jedna ciotka w Al Hillah, później druga, trzecia, dziadek, krewni w Bagdadzie. Nigdzie nie czuła się, jak u siebie. Wszędzie to samo: tego nie ruszaj, bo nie twoje, tego nie rób, bo nie wypada. Nie odzywaj się, nie myśl...
         Z domu mogła wyjść tylko w towarzystwie mężczyzny, tylko w chuście i tylko w abai - długim czarnym płaszczu.
         - Ciężkie to potwornie. Mordowałam się, nadeptywałam na poły, upadałam.
         
    Bat na skórę
         Pamięta, gdy po wakacjach kuzyni szykowali się do szkoły - szło się na zakupy: mundurki, zeszyty. Jak ona im zazdrościła.
         - To był potworny ból, że ja nie mogę się uczyć.
         
    Nawet, gdy kuzyni przychodzili po lekcjach z pręgami od uderzeń (nauczyciel miał prawo złoić skórę batem). I nawet, gdy siadali odrabiać lekcje przy naftowych lampach (prąd był regularnie wyłączany), zazdrościła im, że nie marnują czasu.
         Była kiedyś u nich w szkole, stare ławki, okna bez szyb. Bieda. Ale wtedy bieda już nie robiła na niej żadnego wrażenia - na ulicach Iraku zawsze walają się śmieci, dzieciaki biegają na bosaka, kopią piłkę. Nie znajdziesz kwitnących klombów, jak w jej miasteczku na wschodzie Polski. Tu na prowincji, są tylko domy bez okien, ściany wilgotne, bez farby.
         Najpierw, oczywiście, nie chciała żyć w tym świecie.
         Ale później się wtopiła.
         - Zaczęłam się modlić, jak oni, pościć w ramadanie, jak oni, robić wszystko, czego ode mnie oczekiwali. Zrozumiałam, że skoro tu jestem, to prędzej czy później mnie przymuszą. Co za różnica, kiedy.
         
    Rozmowa z królem Salem
         Z czasem nawet jej modlitwy stały się prawdziwie żarliwe, z czasem zaczęła czytać Koran i płakać, że takie piękne te wersety.
         - Bo to piękna wiara - mówi. - Tylko ja jednak nie umiem jej praktykować, naprawdę.
         A wtedy modliła się, w euforii. Liczyła, że wymodli sobie powrót do Polski. Wysyłała listy do koleżanek, ale nie dochodziły. Przez telefon porozmawiać? Nie było mowy. Podsłuch.
         - Na ulicy też człowiek bał się cokolwiek powiedzieć, bo jeszcze ktoś od Saddama usłyszy.
         Kiedy przyjechała do Iraku, nie miała ze sobą nic, poza ciuchami, które do niczego nie były jej już potrzebne. I dwiema książkami. - Kupiłam je na Okęciu, żeby się nie nudzić w czasie lotu. "Złotą muchę" Joanny Chmielewskiej i "Alchemika" Paulo Coelho.
         
    Właśnie Coelho ją ratował. Szczególnie rozmowa pasterza z królem Salem. Czytała: Dusza Wszechświata żywi się szczęściem ludzi. Albo ich nieszczęściem...
         Dalej o spełnieniu Własnej Legendy. I o tym, że jeśli czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu.
         - Ja pragnęłam Polski - mówi Sabrin.
         Pierwszą Wigilię spędziła na strychu, śpiewała, żeby nie zwariować.
         - Najpierw kolędy, a później co mi przyszło do głowy. Kołysanki z dzieciństwa, hymn polski, kilka żołnierskich piosenek...
         
    Kuzyni myśleli, że jednak zwariowała.
         Sen o klasówce
         Schudła.
         - Fizycznie byłam tutaj, ale jakby mnie nie było - mówi.
         W każdą Wielkanoc przypominała sobie, jak wyjeżdżali całą rodziną na podlubelską wieś, tam gotowało się jajka w cebulowych łupinach, a później wyskrobywało się wzory. I szło się do lasu.
         W Iraku śnił się jej ten las. Albo śniły jej się lekcje matematyki. Zawsze w tym śnie była klasówka, a po klasówce wracała z koleżankami do domu.
         - Kiedy się budziłam, nie mogłam uwierzyć, że to się nie dzieje naprawdę, że mnie już nie czeka żadna lekcja matematyki.
         W domu nie mówiło się o przyszłości Sabrin. Za to zaczęło się mówić o wojnie. Było przeczucie, że wejdą Amerykanie, trzeba było robić zapasy.
         Rosły ceny ryżu, mąki, benzyny.
         W każdym domu był strach, czy wystarczy.
         I w każdym strach czy będą bombardować.
         - Kiedy zaczął się ostrzał z moździerzy, dziadek mówi: chodź spać u mnie.
         
    W domu u dziadka nie ma okien, jest tylko dziura w dachu. Dziadek kładł się zawsze w pokoju daleko od dziury, a ona zawsze akurat pod dziurą.
         W Iraku mówią: każdy umrze w swojej chwili. Tak więc, jeśli przyjdzie akurat twoja chwila, nie uciekaj, nie ma sensu.
         Dlatego kładła się, czekała. Ale wyszło, że tamte chwile pod dziurą w dachu nie były jej.
         Później poszła pomagać rodzinie ciotki prowadzić punkt kserograficzny w centrum miasta, koło ratusza. I wtedy, gdy pod ratuszem wybuchł samochód-pułapka, też okazało się, że to nie jej chwila. Ludzie na ulicy padali od razu albo wili się poparzeni, albo uciekali w popłochu. A ona nic, w tym huku, w tym kurzu, poszła wyłączyć kserokopiarki, szukała kluczy, żeby zamknąć drzwi.
         - Odruchowo robiłam normalne rzeczy w nienormalnej sytuacji.
         
    Czy mogę coś powiedzieć, dziadku?
         - Wojska Saddama szybko uciekły - mówi Sabrin. - I gdy weszli Amerykanie, ludzi ogarnęła euforia. Cieszyli się. A ja? Nie wiem. Miałam świadomość, że to w żaden sposób nie odmieni mojego życia. Przecież nie mogłam podejść do amerykańskiego żołnierza. Zresztą, co bym mu powiedziała?
         
    Kobieta w islamie nie odzywa się do obcego mężczyzny.
         Chyba że ktoś jej pozwoli.
         Tak było wtedy, gdy po Amerykanach weszli Polacy. Zarządzono właśnie wymianę pieniędzy i polscy żołnierze roznosili ulotki. Weszli do punktu kserograficznego. Ktoś z rodziny krzyknął: - Ty, Sabrin, umiesz mówić po polsku, powiedz coś.
         
    - Zapytałam dziadka, czy mogę? Dziadek pozwolił. Ale co tu powiedzieć? Nie miałam pomysłu.
         
    W końcu wydukała do pierwszego z brzegu, nieśmiało: - Jest pan Polakiem?
         Polacy zaczęli często zaglądać do Sabrin. Raz przynieśli książki, raz zeszyty i długopisy - oddała je kuzynom, którzy mogli chodzić do szkoły. - Co jakiś czas coś przynosili, a to latawce, a to piłkę z napisem: POLSKA. W końcu zaproponowali pracę w bazie.
         Sabrin była już wtedy pełnoletnia, ale w islamie nie ma to żadnego znaczenia.
         - Musiałam mieć zgodę rodziny, a rodzina mówiła: NIE.
         
    Dopiero później, ojciec, nie wiadomo dlaczego, zmienił zdanie.
         A jeśli się wycofają
         Pierwsze święta wielknocne w bazie spędziła z grupą zabezpieczenia medycznego. - Było pięknie, życzenia, wspólne śniadanie. Wszyscy w mundurach z biało-czerwonymi naszywkami na rękawie.
         
    Płakała. Z radości, że nie jest już na strychu u ciotki.
         - Myślałam, jakie szczęście mnie spotkało.
         
    I myślała, co będzie z nią, kiedy wojska się wycofają?
         Umowa się kończy
         - Gdybym miała zostać w Iraku na zawsze, wolałabym zginąć. Niechby już przyszedł mój czas - mówi.
         To już drugi kontyngent, z którym współpracuje, ale wkrótce kończy się jej umowa. Bardzo zabiega o przedłużenie.
         Tydzień temu, na święta wielkanocne, do polskich żołnierzy w irackich bazach poleciał wiceminister obrony Janusz Zemke. Dostał prośbę tłumaczki Sabrin.
         - Rozpatrzę. Oczywiście, rozpatrzę - mówił.
         Więc ona czeka na to rozpatrzenie niemal rozpaczliwie.
         - Wiesz, już nie chcę być dziennikarką, jak kiedyś - mówi. - Chcę pracować w wojsku.
         Jak skończy się to całe zamieszanie w Iraku, planuje zrobić maturę i iść na studia.
         - Oczywiście wojskowe, i oczywiście w Polsce - mówi. - Polska to mój kraj. Polacy zawsze bardzo mi pomagali.
         Wojsko pomogło, odtworzyło dokumenty, a raz nawet zabrało do kraju.
         - Nie zapomnę tego dnia, 4 sierpnia ubiegłego roku. Leciałam i wypatrywałam tej Polski, gór, lasów. Popłakałam się.
         
    Od razu pojechała do koleżanek z liceum. Bo u kogo innego mogłaby się zatrzymać? Ojciec ją wyklął, więc nie ma mowy, żeby wróciła do ojca.
         Zgodził się, żeby pracowała dla Polaków, ale w żadnym wypadku nie miała wracać do Polski.
         - Chyba nawet nie sądził, że mi się uda. Wiedział, że zostając w Iraku, ryzykuję życiem. Właściwie był pewien, że swoją zgodą na współpracę z wojskiem wydaje mnie na śmierć.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo