Syn mój w tiurmie przebywa

    Syn mój w tiurmie przebywa

    Jacek Deptuła

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Na zielonej kopercie wpisany adres: "Grod Workuta, łagier pierechodnoj nomier 340". I nazwisko adresata - Leon Kozakiewicz.
    Wiosna 1938 roku. Spacer ul. Gdańską. Od prawej:  Konstanty Kozakiewicz z żoną Wiktorią i synem Leonem,  który zaginął na Syberii.

    Wiosna 1938 roku. Spacer ul. Gdańską. Od prawej: Konstanty Kozakiewicz z żoną Wiktorią i synem Leonem, który zaginął na Syberii.

         List wysłano w styczniu 1957 roku. Po pięciu tygodniach wrócił do nadawcy z pieczęcią tej treści: "Workuta - Komi ASSR". I biała naklejka - "Adresat nieznany".
         Chruszczow i Wolna Europa
         
    Leży przede mną pasjans dokumentów rodzinnych i plik starych fotografii. Jest teczka z pożółkłym napisem: "Poszukiwania brata Leona Kozakiewicza z Bydgoszczy". Jest pamiętnik rodzinny, kopie pism i próśb - do NKWD w Łucku, do Genewy, Czerwonego Półksiężyca, Ambasady PRL w Moskwie, do Chruszczowa, Radia Wolna Europa, do Gomułki wreszcie. I chyba najskromniejszy apel wystukany z determinacją na maszynie, powielony w setkach egzemplarzy i rozklejony na dworcach kolejowych Polski: "Ktokolwiek z powracających z ZSRR wiedziałby o miejscu pobytu podchorążego Leona Kozakiewicza, ur.
    21.04.1919 roku w Krasnojarsku, zamieszkałego do 1939 roku w Bydgoszczy, a od września 1939 w Łucku na Wołyniu, proszony jest o kontakt pod adresem: Wiktoria Kozakiewicz, Bydgoszcz, ul. Nowogrodzka 12".
         Z tego stosu dokumentów odtwarzam okruchy historii poszukiwań młodego bydgoszczanina, który zaginął bez wieści po aresztowaniu przez NKWD w Łucku w 1940 roku. Te nazwy miejscowości zachodniej i środkowej Syberii dziś tak obco brzmią: Tomsk, Nowosybirsk, Jenisejsk, Krasnojarsk, Brack.
         Konstanty Kozakiewicz, ojciec podchorążego z Bydgoszczy, właśnie w Bracku rozpoczął pisanie pamiętnika: "W 1902 roku jako 19-letni chłopak wstąpiłem na Kolej Syberyjską, a w 1903 zostałem pomocnikiem naczelnika stacji. Po klęsce Rosji w 1905 r. tłumy żołnierzy, najwięcej marynarze z Władywostoka, powracali do domów. Były nastroje rewolucyjne, żołnierze krzyczeli do nas kolejarzy - "bić burżujów!".
         Pożegnanie z Rosją
         
    Pamiętnik pisany jest chaotycznie, chronologia nie zawsze jest zachowana. 30-letni Konstanty żeni się z Wiktorią Szwogier-Lettecką, Polką z Orszy. Rok później w 1919 r. rodzi się syn Leon. Fragmenty pamiętnika oddają nikłą część atmosfery. "Na Syberię najechało wielu oratorów, którzy opowiadali ludziom o ich nędzy i upodleniu. Tłumaczyli, że rewolucja zaprowadzi nowe porządki, zniesie klasy posiadaczy i panów, zniszczy cara i więzienia. Prości ludzie nie rozumieli jak to będzie, kiedy oni będą rządzić, chodzić do kina i teatrów, a dzieci posyłać do bezpłatnych szkół. To skąd będą pieniądze?".
         Wiosną 1920 r. Konstantego Kozakiewicza aresztowali bolszewicy i osadzili w więzieniu w Krasnojarsku. "Leżeliśmy na korytarzach, a większa część była inteligencji - wojskowi, profesorowie, sądownictwo. Kiedy zaczęła się epidemia tyfusu w tiurmie ludzie zaczęli wymierać. Byłem tam do wiosny 1921 roku, później wywieźli do Tomska". Kilka wyrwanych kart pamiętnika uniemożliwia dokładną rekonstrukcję losów Kozakiewiczów. Kolejny dokument pozwalający śledzić jego dzieje to "Akt Uznania" sporządzony w 1922 roku w Warszawie: "Pan Kozakiewicz Konstanty, zamieszkały w Warszawie (etap emigracyjny) złożył 14 kwietnia 1922 r. oświadczenie, że chce być obywatelem polskim i zrzeka się obywatelstwa rosyjskiego. Tym samym stają się obywatelami Państwa żona jego Wiktoria z Białobrzeskich Szwogier-Lettecka oraz ich dzieci: Leon ur. w 1919 roku i Wiktoria ur. w 1921 r."
         Podchorąży z Bydgoszczy
         
    Dzieci. Miejsca ich narodzin znaczą trasę tułaczki. Najstarszy Wiktor, zmarły przedwcześnie, urodził się w Jenisiejsku, Leon - w Krasnojarsku, Wiktoria w wagonie kolejowym nazywanym "tiepluszka" w okolicach Nowosybirska. Dwie najmłodsze córki urodziły się w wolnej Bydgoszczy.
         Bo właśnie tu w maju 1924 roku osiadła rodzina Kozakiewiczów. Po zawierusze rewolucyjnej nastaje czas stabilizacji i budowania. Najstarszy syn Leon w maju 1938 roku zdaje egzamin dojrzałości w Państwowym Gimnazjum im. Śmigłego-Rydza (dziś budynki ATR przy ul. Grodzkiej), a w czerwcu rozpoczyna służbę wojskową w bydgoskiej podchorążówce. Po jej ukończeniu, niemal w przeddzień wybuchu wojny, zostaje przyjęty do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych - ma ogromne zdolności plastyczne. Kilka jego obrazów zdeponowało muzeum bydgoskie.
         Jednak znów na kartach pamiętnika Konstantego Kozakiewicza pojawia się słowo "zawierucha" : "1 września 1939 roku wszystkich pracowników bydgoskiego PKP ewakuowano z rodzinami na Wołyń. Po kilkudniowej podróży - nasz pociąg był wielokrotnie bombardowany przez niemieckie lotnictwo - dotarliśmy do Równego. Mieliśmy w te dni wiele kłopotu, gdyż znaleźliśmy się między Ukraińcami, którzy byli dla nas nieprzyjaźni. Po 2 tygodniach wkroczyli bolszewicy i zaczęła się prawdziwa niepewność życia. Zamieszkaliśmy w miejscowości koło Łucka. Na usługach NKWD było wielu Ukraińców i Żydów, którzy mówili, że "Polsza uże pomerła". Zaczęły się wywózki.".
         Niebawem Konstanty Kozakiewicz otrzymał skierowanie do robót na torfowisku, zaś syn Leon - do "kolektywu" artystów malarzy w Łucku. Nie wiadomo, dlaczego Leonem zainteresowało się NKWD. Prawdopodobną przyczyną aresztowania (1 kwietnia 1940 r.) był fakt, że młody Kozakiewicz miał francuskie książki, przywiezione jeszcze z Bydgoszczy. Zarzut był oczywisty - szpiegostwo. Ojciec odważył się na jedną wizytę w łuckim NKWD i ledwo uszedł z życiem.
         Aresztowanie syna było dla Kozakiewiczów ciosem. "Syn mój Leon w tiurmie przebywał do pierwszych dni czerwca 1941 roku. Tuż przed wkroczeniem Niemców część więźniów Rosjanie wywieźli w głąb Rosji, a pozostałych podobno rozstrzelali. Daj Boże go nam odzyskać".
         NKW nie odpowiada
         
    Pierwszy ślad, na jaki trafili Kozakiewiczowie, to poufna wiadomość przekazana przez kupca w maju 1941 roku. Udało mu się za olbrzymią łapówkę wydostać z łap NKWD. Twierdził, że Leon został wywieziony na Syberię. I do 1956 roku była to jedyna informacja o jego losie.
         Pierestrojka Gorbaczowa dla Wiktorii Kozakiewicz, siostry Leona, kojarzy się z setkami artykułów o radzieckich obozach pracy. Śledziła niemal wszystko. - Choć szukać można było już zaraz po śmierci Stalina - mówi pani Wiktoria - wtedy do Polski zaczęli masowo powracać Polacy z ZSRR. Więc pisaliśmy, jeździliśmy i nic. Kiedyś przez Czerwony Krzyż w Genewie dowiedzieliśmy się, że w USA żyje i mieszka malarz Leon Kozakiewicz! Ale to nie był mój brat.
         Wiktoria Kozakiewicz wyciąga z teczki pierwszy dokument, list pisany przez ojca w 1947 roku: "Do NKWD w Łucku". To błagalna prośba o podanie informacji, w jakim rejonie ZSRR znajduje się "jedyny syn nasz Lew Konstantinowicz Kozakiewicz, oskarżony prawdopodobnie o działalność antyradziecką". List pozostał bez odpowiedzi.
         Dopiero w listopadowy wieczór 1955 roku nadzieja na odnalezienie syna i brata znów odżyła: - Wieczorem do naszego mieszkania wbiegła zadyszana znajoma z sąsiedniej ulicy. Od progu krzyczała: "Słyszała pani!? Wolna Europa podała, że Leon żyje... Słyszałam wyraźnie i zapisałam sobie. Leon Kozakiewicz z Bydgoszczy jest w łagrze w Workucie". Byliśmy ogromnie wzruszeni. Jeszcze tej samej nocy napisaliśmy do radia. Cała rodzina z drżeniem serca dyżurowała nocami przy odbiorniku. Zapisywaliśmy całe listy nazwisk, ale naszego już nie powtórzono.
         Kto go widział
         
    Więc kolejny list pisany w całkowitej determinacji: "Mnogauważajemyj Nikita Siergiejewicz Chruszczow! Historyczne decyzje XX Zjazdu KPZR i Wasze słowa o przyjaźni do Polaków, pozwalają nam mieć nadzieję, że nasz syn i brat, przebywający jak nam wiadomo w obozie przejściowym w Workucie, może powrócić do Polski". List, napisany na dwóch stronicach papieru kancelaryjnego kończy się słowami: "Dla nas, ludzi ciężko doświadczonych przez los powrót syna byłby ukoronowaniem życia i 14-letniego oczekiwania".
         - Tak naprawdę to chyba już nie wierzę, że Leon żyje - kończy Wiktoria Kozakiewicz. - Na pewno w ciągu ostatnich lat by się odezwał. Ale chodzi mi już tylko o to, czy ktoś w ogóle go widział? Co ocalało z jego życia?

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo