Szpary w oknach

    Joanna Grzegorzewska

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Szpary w oknach

    ©Marek Chełminiak

    Bydgoskie Centrum Pomocy Rodzinie stoi nad przepaścią. Finansową. Mimo to żadna z ofiar przemocy domowej, która tu się zgłosi, nie zostanie odesłana z kwitkiem. Na razie. <b>
    Szpary w oknach

    ©Marek Chełminiak

         Medar nie płaci rachunków. I, kto wie, może będzie musiał zamknąć hostel, w którym schronienia szukają matki z małymi dziećmi bitymi do nieprzytomności, młode dziewczyny katowane przez konkubentów, gwałcone żony. Być może będzie trzeba zamknąć hostel, bo na jego prowadzenie nie ma pieniędzy. Podobnie jak na opłacenie prawników, psychologów, terapeutów, którzy udzielają kobietą bezpłatnych porad.
         Może Medar będzie musiał zrezygnować z Niebieskiej Linii - telefonu, pod który ofiary przemocy w rodzinie mogą dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Może będzie trzeba, bo za te darmowe dla klienta rozmowy musi płacić Medar.
         ***
         W weekendy w hostelu jest zimno jak w kostnicy. Jednak kobiety, które tu mieszkają, o zimnie mówią dopiero wtedy, gdy są wprost o to przemarzanie pytane.
         Joanna (49-letnia schorowana kobieta, uciekła od męża alkoholika, jest tu z 24-letnią córką Magdą): - Wszystko przez nieszczelne okna, szpary we framugach. Po uszczelnieniu jest trochę lepiej. I pokazuje to uszczelnianie: wystające z framug bluzki, bluzeczki, sweterki. Jedno okno, drugi, trzecie - wszystkie są opatulone ciuchami. - Najzimniej jest w weekendy. Wtedy zatykanie szpar nie starcza. Wtedy okna zasłaniamy kocami.
         Teresa (29-lat, katował ją mąż alkoholik, jest tu z 1,5-roczną córeczką Kasią, którą karmi piersią, i 3,5-letnią Martą): - Ubieram dzieci na cebulkę - dwie, trzy bluzki, dwa swetry. Dzieci ledwo się ruszają. A w weekendy ich nie myję. W łazience jest zimno jak w lodówce. Boję się, że się przeziębią.
         - Za ścianą mamy żłobek. Ogrzewanie jest jedno: dla nich i dla nas. A ponieważ w sobotę i w niedzielę dzieci tam nie ma, wyłącza się kaloryfery. I marzniemy. Można to zmienić, oczywiście. Można ogrzewać cały budynek przez cały weekend. Ale to my musielibyśmy za to płacić. Nie stać nas na to - tłumaczy Aleksander Rogowski, prezes Medaru.
         ***
         Medar - Centrum Pomocy Rodzinie "Przeciw Przemocy - Wyrównać Szanse" działa od 2000 roku. Trafiają tu kobiety z województwa kujawsko-pomorskiego, a nawet - spoza. Nie płacą za pobyt; robią to gminy, w których kobiety mieszkały.
         Do stowarzyszenia należy 20 ludzi, za pracę w Medarze płaci się 10 specjalistom, tylko 1 osoba jest na etacie.
         ***
         Aleksander Rogowski, prezes Medaru i kurator rodzinny, określa sytuację krótko: katastrofa. - Do tej pory naszym głównym źródłem finansowania były środki w ramach Miejskiego Programu Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. W ubiegłym roku dostaliśmy 110 tysięcy i był to rok najgorszy.
         - Za darmo pracowaliśmy już w listopadzie. Później w grudniu. I tak jest do dziś. Nie możemy przecież zamknąć Medaru i powiedzieć ludziom, żeby przyszli ze swoimi problemami za dwa miesiące - emocjonuje się Maria Jankowska-Polus, emerytowany pedagog i współzałożycielka Medaru
         Ewa Rachuta, socjoterapeutka, współzałożycielka Medaru: - Nie siedzimy z założonymi rękami. Pod koniec roku zorganizowaliśmy konferencję, na której trochę zarobiliśmy. Jeden z przyjaciół pozwolił nam postawić puszkę w swoim barze z karteczką "na potrzeby Medaru". Uzbieraliśmy 250 zł. Czasami rada osiedla da słodycze dla maluchów, czasami właściciel prywatnej firmy wpłaci na konto dwieście, a nawet czterysta złotych, a raz w roku - tysiąc pięćset złotych zaprzyjaźniony biznesmen. I jeszcze tysiąc złotych przekazuje stowarzyszeniu urząd wojewódzki i około tysiąca - członkowie stowarzyszenia. Jak będzie w tym roku?
         W tym roku Urząd Miasta w Bydgoszczy nie przekaże Medarowi 110 tys. zł. Miasto w tym roku rozpisało dla organizacji pozarządowych konkurs. I na rozwiązywanie problemów przemocy przeznaczyło 70 tys. zł. Rogowski: - I jest to kwota do podziału! Ile więc dostaniemy? 40, 50 tysięcy? To są grosze!
         ***
         Do Medaru zadzwoniło przerażone małżeństwo z jednej z podbydgoskich wsi. Od kilku dni ukrywali w swoim domu sąsiadkę z trójką nastoletnich dzieci, Anielkę, która uciekła od męża. Nie mogli już dłużej tego robić - bali się.
         Bali się, bo w każdej chwili mąż - miejscowy hulaka z ciężką ręką - mógł odkryć, gdzie rodzina znalazła schronienie. Zadzwonili więc do Medaru. Pytali: - Co robić? Ukryjecie ją? Ukryli, choć pracownicy tamtejszego ośrodka pomocy społecznej twierdzili, że w TEJ rodzinie nie ma problemu.Nie było, ale mężczyzna żonę katował. Bił ciężkimi przedmiotami po głowie, uderzał o ścianę, ciągnął po podłodze. To przez niego miała wylew, pękniętą czaszkę, a po dłuższym czasie guza w mózgu. I operację. Nie skarżyła się - prawda. Przychodził pracownik socjalny, a ona milczała - prawda. Ale mąż bił ją nawet za to milczenie przecież. Tak profilaktycznie i za tego pracownika socjalnego chyba. Za to, że przychodził, że śmiał wypytywać. To jak by bił, jeśliby powiedziała choć słowo? Milczała więc, a w pracowniku socjalnym to milczenie nie wzbudziło podejrzeń. Choć wiedział, że człowiek ma na swoim koncie wyrok za znęcanie się nad rodziną, że jest alkoholikiem.
         Aż w końcu pękła i uciekła z dziećmi. A raczej to dzieci uciekły, to one ją namówiły, bo Anielka sama by się na to nie odważyła, bo Anielka bała się kary. Tak bardzo, że po przyjeździe do Medaru ten strach jej nie minął. Przez długi czas nie podchodziła do okien, nie wychodziła na ulicę.
         Anielką zajął się psychiatra, psycholog, później prawnik. Stanęła w końcu na nogi, uwierzyła w siebie. Wynajęła mieszkanie, ma rentę, pracuje jako sprzątaczka. Jej - już były - mąż siedzi w więzieniu. Odebrano mu prawa rodzicielskie.
         Dzieci Anieli wysyłają kartki do Medaru.
         ***
         Organizacje pozarządowe dotuje miasto. W tym roku Bydgoszcz przeznaczyła na to 1,5 mln zł z 4,5 mln, które ma z tzw. kapslowego. Z tego, na walkę z przemocą, przekaże tym organizacjom 70 tys. zł. Tylko. - Tylko? To aż 70 tysięcy! Pamiętajmy, że mówimy o dotacji. Pamiętajmy, że mówimy o organizacjach pozarządowych, które mogą szukać pieniędzy również gdzie indziej - mówi Aleksandra Lubińska, dyrektor zespołu ds. ochrony zdrowia mieszkańców i spraw osób niepełnosprawnych. - Dlaczego konkurs? Do rozpisania konkursu zobowiązuje nas nowa ustawa o wolontariacie i pożytku publicznym. Mamy nowe zadania, a pieniędzy tyle, co w roku ubiegłym. Na przykład, w tym roku, na wypoczynek dla dzieci mogliśmy przeznaczyć tylko 550 tys. zł, choć w ubiegłym było to 800 tys., na dożywianie dzieci 60 tysięcy, choć, wcześniej, było to 66 tysięcy... I całe 4,5 mln zostało rozdysponowane, co do grosza. Na odwyk miasto przeznaczyło 80 tysięcy, na Bydgoski Ośrodek Rozwiązywania Problemów Alkoholowych - 2 miliony.
         - Tak dużo?
         Lubińska: - Takie są potrzeby. Poza tym, to jednostka budżetowa. Nie może stawać do konkursów - jest zdana tylko na nas. Ma swoje zadania, prowadzi 56 świetlic terapeutycznych.
         - A 1,5 miliona by nie wystarczyło?
         - Nie.
         ***
         Do punktu konsultacyjnego Medaru, od 2000 roku, zgłosiło się 7 tysięcy 472 osób.
         Dzięki hostelowi schronienie znalazło 376 kobiet.
         Pomocy szukało - przez Niebieską Linię - 3 270 osób.
         ***
         W Medarze mieszkała Basia, Marianna, Jola, Małgorzata. Mieszkała też Marysia, którą półprzytomną - przywieźli tu koledzy z pracy. Bo przyszła do roboty ledwo trzymając się na nogach, bo była czerwonofioletowosina, bo miała powyrywane ze skórą włosy. Wydawało się, że Marysia nie ma nawet siły oddychać. Przyjechało pogotowie, lekarze stwierdzili jeszcze wstrząs mózgu. I zabrali ledwo żywą Marysię do szpitala.
         Po kilku dniach Marysia wróciła do Medaru. Poowijana bandażami. - To konkubent mnie pobił. Ale nie jego wina, jest chory, jest alkoholikiem. Kocham go - tłumaczyła. I martwiła się, czy ukochany aby na pewno nosi ciepłą kurtkę, którą mu kupiła. Czy nerek sobie nie przeziębi, bo z pewnością leży gdzieś teraz na ulicy. - Tak bym chciała, żeby się leczył - płakała. Żałowała go, mimo że latami bił ją do nieprzytomności, ciągle szargał, zawsze popychał. Mimo że przez to bicie miała kilka operacji, mimo że wywieszał ją przez balkon. Głową w dół, z siódmego piętra. A gdy policja aresztowała dręczyciela, płakała. Że jej przyjaciel nie był przyjacielem, zrozumiała dopiero po wielu tygodniach. Pogodziła się z siostrą, która odwróciła się od niej, kiedy Marysia zamieszkała z konkubentem-żulem.
         - Ja też dopiero w Medarze uświadomiłam sobie, że nie można siedzieć z założonymi rękami, jeśli coś złego się dzieje. Że trzeba coś zrobić. I że można - opowiada 34-letnia Monika, matka pięcio- i siedmiolatka oraz pełnoletniej córki. - Uciekłam z dziećmi do Medaru, kiedy mąż alkoholik - podczas kolejnej awantury - wybił mi dwa zęby. Przez osiemnaście lat małżeństwa wiele razy chciałam uciec, ale się bałam. Bałam się, że sobie nie poradzę sama, bez pracy, z trójką dzieci. Wydawało mi się, że nikt mi nie może pomóc, bo nie wie, przez co przechodzę. Ale w Medarze okazało się, że są kobiety, które mają podobne problemy! Nie byłam więc sama! I to one podtrzymywały mnie na duchu, doradzały, powtarzały, że dam sobie radę. Wzięłam się więc w garść, znalazłam pracę w sklepie, wynajęłam mieszkanie, dzieci są bezpieczne. A ja jestem szczęśliwa.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo