Z ziemi obcej

    Roman Laudański

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    - Pojechali do Anglii za pracą, a wrócili w trumnach</i> - kościelny z Kończewic pod Malborkiem wciąż nie może w to uwierzyć. Ogląda się przez ramię. Patrzy na dwa groby.
         Dla Ireny Król, mamy Adama i siostry Ryszarda, najgorsze są noce. Nie bierze już tabletek uspokajających. Kładzie się o północy, a po godzinie, dwóch już oczy ma szeroko otwarte. - I ciągle widzę ich w kostnicy - załamuje się jej głos. - Gdyby zginęli w wypadku, zmarli w chorobie, ale żeby tak? Akurat ich? Może byli za dobrzy na to życie, Pan Bóg był o nich zazdrosny?
         
    Kończewice, niewielka wieś opodal "berlinki" do Malborka.
    Dwa sklepy, kościół, cmentarz, piekarnia i szkoła. Pracy mało. Inwestorów jak na lekarstwo. A gmina dopiero niedawno asfalt przez środek wsi pociągnęła. Sprzed sklepu widać okna Władysławy Kraszewskiej, mamy Ryszarda, który pierwszy wyjechał do Anglii. A stamtąd raptem pięć, siedem minut do osiedla, w którym mieszkają Królowie. Ich syn, Adam, pojechał do Bedford jako drugi.
         Nacieszyć się życiem
         
    Kraszewski pierwszy wyczytał w malborskiej gazecie ogłoszenie o pracy w Anglii. Przeczytał nieufnie, ponieważ już rok temu z okładem chciał za pracą jechać do Ameryki. Warszawskiemu pośrednikowi zapłacił ponad tysiąc złotych, a ten wszystkich oszukał. Nie było ani Ameryki, ani wpłaconych pieniędzy.
         Ale cóż on, 44-letni bezrobotny od kilku lat, mógł tu robić? Co z tego, że dobry murarz, a na dodatek złota rączka, jak nikt go na etat nie brał? - Jakby się uparł, to za siedemset - osiemset złotych jakąś pracę pewnie by znalazł, ale co to za pieniądze? - pyta Stanisław Napieracz, właściciel trzech sklepów i 20-hektarowego gospodarstwa. Powiada też, że życie po czterdziestce leci już z górki. Czas nie tylko gonić za pieniądzem, ale i nacieszyć się życiem.
         Praca z ogłoszenia była w angielskim Bedford. Miejscowe zakłady przetwórstwa mięsnego zatrudniały cudzoziemców przy taśmach. Pakowali porcjowane mięso. 4,8 funta na godzinę. Rysiek bał się, czy na londyńskiej Victorii rzeczywiście będzie na niego czekał przedstawiciel pracodawcy. Niepotrzebnie. Więc od razu zadzwonił do siostry, że wszystko w porządku i niech Adaś paszport wyrabia i przyjeżdża, bo jest praca.
         Wrócili wcześniej, w trumnach
         
    - Musieliśmy poczekać do wypłaty, żeby były pieniądze na paszport, a później jeszcze miesiąc aż wyrobią - dodaje Irena Król. Ryszard wyjechał do Anglii 9 października, Adam dojechał 20 listopada. Na Wielkanoc tego roku mieli przyjechać i zabrać ze sobą Marcina, młodszego brata Adama. A latem Adam chciał babcię z siostrą choć na tydzień zaprosić.
         Wrócili wcześniej, w trumnach. 13 stycznia nielegalny imigrant z Ghany, a prywatnie ich sąsiad z domu przy 39 Grafton Road, zamordował ich obu maczetą. Raport miejscowej policji jako narzędzie zbrodni wymienia tasak do mięsa.
         Na wyjazd Adasia rodzina Króli zadłużyła się na dwa i pół tysiąca, bo przecież trzeba było kupić puszki, ubrania, a i kilka funtów na początek też musiał ze sobą zabrać. Adam zamieszkał w jednym pokoju z wujkiem (za 40 funtów tygodniowo). W pokojach obok mieszkali jeszcze Turcy, Afgańczycy, Portugalczyk i ten Ghańczyk. Razem 11 osób.
         - A jaką Wigilię urządzili wszystkim - wspomina Serbka, matka właściciela domu. Władysława Kraszewska z Ireną Król wyliczają: barszcz z uszkami, ryba po grecku, karp, pierogi z kapustą i grzybami. Wszystkich poczęstowali, także Gabriela Boakye-Dankwę, nielegalnego imigranta z Ghany. Tego co zabił ich trzy tygodnie później.
         - Więcej mieli na stole niż my tu w kraju - wzrusza się Irena Król. - A jakie prezenty przesłali. Najmłodszej Marcelince prawdziwy kożuszek, chrześniakowi zdalnie sterowany samochód. Siostrze pozłacany zegarek, ubrania. Nie wysyłali słodyczy, bo tam strasznie drogie. A za przesłane funty zrobiliśmy sobie święta.
         
    Oporów nie miał
         
    Ściany biura na zapleczu sklepu Stanisława Napieracza malował właśnie Ryszard. - On większych oporów przed wyjazdem nie miał. Bystry był, nie ciapowaty. No i nie znał lumpowania, żeby z tanim winem po wsi ganiać. Nigdy taki nie był - podkreśla Napieracz. - Uczynny był. Kawaler, z matką mieszkał.
         Właściciel sklepu wymienia: byli najspokojniejsi, najrzetelniejsi we wsi, poukładani, spokojni, zżyci w rodzinie. Jedni z drugimi bardzo się trzymali. Tylko z pracą był kłopot. Murarza-złotą rączkę zatrudniali z doskoku, bo jak była poważniejsza budowa w okolicy, to przecież nie jednego, a firmę chętni brali do budowy.
         Adam skończył zawodówkę w Malborku, ciastkarstwo. Odsłużył wojsko.
         - Piekł na święta, to on nauczył mnie makowca, który tak sąsiadkom smakuje. Sernik i jabłecznik, co tata lubił - dodaje Irena Król. - No i "murzynka" na jednym jajku. Jak tylko goście przychodzili, to on od razu mówił "mamo, zaraz placek będzie".
         
    Ryszard miał dwa marzenia. Wyremontować mieszkanie - ocieplić, zrobić podłogi, łazienkę, no i elegancki samochód sobie kupić. Wozy lubił. Co z tego, jakie miał pieniądze, takie samochody. Rozlatywały się i musiał je sprzedawać.
         Adam pojechał do Anglii, by pomóc rodzicom w spłacie mieszkania zakładowego. Jeszcze trzeba było pospłacać kredyt na zmianę ogrzewania z gazowego na węglowe.
         Przy Grafton Road mieli mieszkać jeszcze przez dwa dni. Ryszard załatwił im nową, lepiej płatną pracę w firmie budowlanej oraz inny pokój. Nie zdążyli się przeprowadzić.
         Telefon milczy
         
    13 stycznia Ryszard miał zadzwonić do mamy. Akurat ksiądz z kolędą przyszedł, nawet trochę poczekał, ale musiał iść dalej. Poprosił na odchodnym, żeby pozdrowić Rysia. Oni dzwonili dwa, trzy razy w tygodniu. W niedzielę obowiązkowo.
         Tego dnia w Bedford policja przyszła aresztować Ghańczyka, ale nie zastała go w domu. Był w pracy. Tam już nie pojechali. Gabriel wrócił, portier powiedział, że interesuje się nim policja. Wtedy coś się z nim stało. Policjanci tak odtworzyli ten moment: około godz. 17.00 Ryszard i Hugo Borralho byli w wynajmowanym przez Polaków pokoju numer 7. Adam wtedy przebywał na parterze w kuchni. Gabriel wszedł do "siódemki". O czymś rozmawiali. Nagle zaatakował obu mężczyzn tasakiem do mięsa. Ryszarda ranił śmiertelnie. Hugo uciekł z pokoju, a następnie wybiegł z domu. Wtedy Gabriel zaatakował Adama w kuchni. Zabił go. W tym czasie ranny Hugo dobiegł do pobliskiego pubu. Tu dopadł go Gabriel i ponownie zaatakował tasakiem. Po chwili wrócił do domu, usiadł na tapczan. Czekał na policję.
         W Malborku mówią, że podobno Ghańczyk był już wcześniej agresywny. W sylwestra złamał komuś rękę. Ktoś dorzuca, że policja miała wysłać za nim dwa listy gończe.
         Umrzeć Bedford
         
    Po kilku dniach, w piątek 18 stycznia, do Ireny Król zadzwonił ktoś z Gdańska. - Pani syn i brat nie żyją. Zostali zamordowani w Bedford. Wieczorem policjant przyniósł pismo z konsulatu. Szok, rozpacz.
         - We wsi sklepowe i właściciel wiedzą więcej niż ksiądz, a ja jeszcze radnym jestem - mówi Napieracz. - Do wójta w Miłoradzu przyszedł faks ze starostwa, a wójt jest kolegą. Każdy przeżywa, mniej niż rodzina, ale przeżywa. Wójt próbował dodzwonić się do konsulatu, ale tam tylko automatyczna sekretarka się włączała.
         
    W pierwszej wersji angielska policja miała przylecieć do Polski ze zdjęciami Ryszarda i Adama, żeby ich zidentyfikowano. Ostatecznie okazało się, że to rodzina musi zrobić na miejscu w Anglii. Dopiero można wydać zwłoki.
         A za co mieli jechać? Przecież długów za wyjazd Adama jeszcze nie popłacili! Zaczęła się zbiórka po wsiach w parafii. Po domach z listą chodzili i każdy dawał ile mógł.
         Z Bredford zadzwonił do Kończewic ksiądz Grzegorz Aleksandrowicz z tamtejszej Polonii. Zaproponował pomoc. U niego zatrzymali się Królowie. Władze przydzieliły im dwie policjantki i tłumacza. Pojechali razem do kostnicy. - Mąż nie dał rady wejść do środka, widział tylko zdjęcia - płacze Irena Król. - Syn i brat leżeli przykryci prześcieradłami po szyję. Mogłam zostać z nimi, ile chciałam. Tak bestialsko zamordowani. Tego sobie nie mogę darować. A tego Ghańczyka to policja miała dzień wcześniej deportować, tak przynajmniej pisali w londyńskich gazetach. Ich mieszkania nie chciałam oglądać, zresztą policjanci by nas tam nie wpuścili.
         
    Powrót
         
    Za sprowadzenie ciał z Anglii do Polski musieli zapłacić 11 tys. złotych (- Jedna firma chciała 23 tysiące, druga 14 tysięcy, a po trzech dniach już 10 i pół. Czy to nie jest naciąganie ludzi?! - denerwuje się Irena Król). I jeszcze tej firmie pogrzebowej, która trumny na cmentarz przywiozła, prawie trzy tysiące. Dziewięć tysięcy dostaną z ZUS-u, tysiąc zapomogi dała gmina, jeszcze trzy muszą oddać. No i pomnik na grobach postawić do Wszystkich Świętych.
         Powrót samolotem do kraju zafundowała rodzicom angielska policja.
         Mieszkanie Króli skromne. - Kiedyś to były zarobki, na wszystko starczało - wzdycha mama Adama. - Mam to, co kupiłam za komuny. Chłopcy tylko pralkę mi kupili, promocja akurat była. I spłacili fuchami raz-dwa. O zmianie mebli czy dywanu nie ma co marzyć. Mąż, dojarz, jak przyniesie tysiąc złotych, to wystarcza na chleb z margaryną.
         Kapliczka została
         
    Cztery lata temu Ryszard, Adam i Marcin zbudowali przydrożną kapliczkę w Kończewicach. Stoi w niej Matka Boska, wstążki furkocą, a niedawno wycieczka Niemców pytała, czy ona jest tak samo zabytkowa jak kościół? Wymurowali ją pięknie.
         Opowiadają, że Nero, pies Adama, to wręcz płakał, a nie wył, nim ciała sprowadzili do kraju. Przestał po pogrzebie.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo