Straszne zero

    Hanka Sowińska

    Gazeta Pomorska

    Aktualizacja:

    Gazeta Pomorska

    Fot. TADEUSZ PAWŁOWSKI  Archiwa IPN kryją ciemną stronę naszej historii. Na jednej  liście nie da się jej sprzedać.

    Fot. TADEUSZ PAWŁOWSKI Archiwa IPN kryją ciemną stronę naszej historii. Na jednej liście nie da się jej sprzedać.

    Chcieliśmy zapoznać się z tzw. listą Wildsteina. Okazało się, że choć mamy w Bydgoszczy Delegaturę IPN, to musimy jechać do Warszawy.
    Fot. TADEUSZ PAWŁOWSKI  Archiwa IPN kryją ciemną stronę naszej historii. Na jednej  liście nie da się jej sprzedać.

    Fot. TADEUSZ PAWŁOWSKI Archiwa IPN kryją ciemną stronę naszej historii. Na jednej liście nie da się jej sprzedać.

         Większość akt przejętych przez Instytut Pamięci Narodowej jest jawna. Jednak poznanie zawartości archiwów Instytutu nie jest proste. Bez pozwolenia władz IPN nikt nie może zajrzeć do teczek czy kopiować materiałów ewidencyjnych. We wszystkich oddziałach i delegaturach obowiązują te same przepisy.
         Chciał ułatwić?
         
    Bronisław Wildstein, dziennikarz "Rzeczpospolitej" i były opozycjonista skopiował w IPN listę inwentarzową, zawierającą ponad 240 tysięcy nazwisk.
    Twierdzi, że rozdał ją kolegom dziennikarzom, by ułatwić im poszukiwania w zasobie tej instytucji. Władze IPN zapewniają, że ów spis dostępny jest w czytelni warszawskiego instytutu, i że ma on charakter jawny.
         Dziennikarka "Pomorskiej" też chciała zajrzeć do tej listy. - Nie mamy jej - ani w wersji papierowej, ani elektronicznej - zapewnia Krystyna Trepczyńska, naczelniczka bydgoskiej Delegatury IPN. W gmachu przy ul. Grudziądzkiej dziennikarze i badacze (najczęściej historycy) mogą dowiedzieć się, jakie materiały znajdują się w innych oddziałach IPN, np. w Łodzi czy Gdańsku. - Mamy inwentarze zespołów akt na płytach CD - informuje naczelniczka.
         Z mocy ustawy o IPN do akt mogą mieć wgląd osoby uznane za pokrzywdzone przez specłużby PRL, naukowcy oraz dziennikarze. Zasady udostępniania dokumentów wszędzie są takie same.
         - Dziennikarz, który chce zapoznać się z jakimiś materiałami, musi wypełnić wniosek, uzasadnić go i mieć potwierdzenie od redaktora naczelnego. Ta sama procedura dotyczy historyków czy innych badaczy. Gdy wniosek o udostępnienie jest rozpatrzony pozytywnie, mają oni prawo wglądu również w materiały ewidencyjne -
    przypomina szefowa bydgoskiego IPN.
         Korzystający z materiałów w czytelni narzekają, że są pilnowani przez pracowników delegatury. - Takie mamy procedury. Wyniesienie czy skopiowanie jakiegokolwiek materiału bez naszej wiedzy jest niemożliwe - zapewnia Trepczyńska.
         W ubiegłym roku z akt korzystało ponad 70 pracowników różnych uczelni, w tym UMK, Akademii Bydgoskiej, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego czy Uniwersytetu Gdańskiego. Do akt zajrzało też kilku dziennikarzy.
         Mamy być szybsi
         Edmund Krasowski
    , dyrektor gdańskiego oddziału IPN nie ukrywa, że jest zaskoczony warszawską listą. O jej istnieniu dowiedział się z prasy. Zapewnia jednak, że IPN stara się przygotowywać różne pomoce ewidencyjne. - Wykonując ustawowe zadania staramy się, by pokrzywdzeni i badacze szybko mogli zapoznać się z aktami. Wymaga się przecież od nas, byśmy byli szybsi i sprawniejsi w udostępnianiu materiałów. Dlatego powstają spisy inwentarzowe. One bardzo ułatwiają kwerendę. Także dziennikarzom.
         
    W IPN powołano pięcioosobowy zespół. Bada on okoliczności, w których publicysta "Rzeczpospolitej" Bronisław Wildstein wszedł w posiadanie listy katalogowej 240 tys. nazwisk. Spis nadal jest dostępny w czytelni.
         W bydgoskiej delegaturze też są pomoce ewidencyjne, ułatwiające "poruszanie się" po zasobie archiwalnym. Część stanowią stare materiały, przejęte wraz z aktami od instytucji, które na mocy ustawy były zobowiązane oddać je do IPN. Są to m.in. kartoteki alfabetyczne, dzienniki rejestracyjne, dzienniki ewidencyjne, jak również księgi inwentarzowe, księgi wypożyczeń materiałów, w których występują zarówno osoby pokrzywdzone, jak i TW. Z tego materiału tworzone są wewnętrzne spisy pomocnicze. Korzystają z nich archiwiści, gdy szukają dokumentów dla osób, które złożyły wnioski o udostępnienie "teczek".
         Esbek na płycie
         
    Na co jeszcze mogą liczyć dziennikarze, szukający interesujących ich materiałów? Choćby na wykaz etatowych funkcjonariuszy SB na płycie CD. - To materiał jawny - informuje naczelniczka.
         W postaci elektronicznej są również tzw. "dwójki", "trójki" i "czwórki". Co to takiego?
         - W służbach specjalnych określano numerami ludzi i sprawy. Sprawy operacyjne, prowadzone przeciwko danej osobie, miały rzymskie II i III. Te, które dotyczyły ludzi Kościoła opatrzono rzymską IV. Charakterystyczne są "jedynki". Wiadomo, że chodzi o tajnych współpracowników.
         W bydgoskiej delegaturze nie ma żadnej listy z nazwiskami tajnych współpracowników. Wiadomo jednak, że w zasobie znajduje się 20 tysięcy nazwisk TW i akt, które ich dotyczą. Jest jeszcze co najmniej kilkadziesiąt tysięcy nazwisk, ale bez akt.
         n
         Jedni mówią o liście ubeckiej, inni, że to tylko katalog inwentarzowy, ułatwiający pracę badaczom i dziennikarzom. Różnie też interpretuje się sygnatury z pojedynczym lub podwójnym zerem. Dla niektórych oznaczają one TW lub KTW - kandydatów na tajnych współpracowników. Wtajemniczeni mówią, że to esbeckie symbole oznaczające akta tajne lub tajne - specjalnego znaczenia.
         Od tych pikantnych zagadek bardziej interesuje mnie odpowiedź na pytanie: dlaczego w tym samym spisie umieszczono nazwiska agentów specsłużb, kandydatów na tajnych współpracowników i pokrzywdzonych? Błąd techniczny czy może brak zrozumienia? Wydaje się, że materiał dotyczący tak drażliwego problemu nie powinien stwarzać pola do dowolnych interpretacji, tym bardziej narażać osoby inwigilowane na pomówienia i oskarżenia.
         

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo