Kryty burmistrz

    Dariusz Knapik      [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Burmistrz Wąbrzeźna zarzuca toruńskiej prokuraturze, że kryje grzechy jego poprzednika. Zawiadomił więc Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
         W minionej kadencji rządził w Wąbrzeźnie burmistrz Maciej Woźniak. Zostawił po sobie w spadku krytą pływalnię-widmo, która stoi dziś opuszczona i niszczeje. Kosztowała podatników 5 milionów. Na razie! Już dziś wiadomo, że straty spowodowane tą inwestycją wynoszą co najmniej 1,5 mln zł. Za te i inne grzechy nieraz już próbowano postawić Woźniaka przed sądem, ale, póki co, jest nietykalny.
         Kto wierzy w bajki
         
    Manipulacje zaczęły się wiosną 2001 roku podczas przetargu na pływalnię. Prace komisji były tajne. Każdy z jej członków miał sporządzić tzw. karty indywidualnej oceny ofert. Potem wyszło na jaw, że wszystkie dokumenty wypełniła jedna i ta sama ręka, a członkowie złożyli na nich tylko swoje podpisy.
         Spośród 14 firm z całej Polski wygrało Grudziądzkie Przedsiębiorstwo Budowlane, czyli GePeBe. Jego prezes był wtedy szefem komisji rewizyjnej grudziądzkiej rady miasta i wpływowym działaczem SLD. Firma kwitła, wygrywając wiele przetargów, przeważnie w tych gminach, gdzie rządziła lewica. W minionej kadencji należało do nich też Wąbrzeźno.
         Faktem jest, że na papierze oferta GePeBe przebiła wszystkich konkurentów. Za najniższą cenę obiecało wybudować pływalnię jak z bajki. Specjaliści nie mają dziś wątpliwości, że oferta była nierealna. Na dodatek GePeBe umieściło w niej warunek, dający mu prawo "odejścia od proponowanej koncepcji" już w czasie prac projektowych. Komisja nawet nie próbując wyjaśnić czy negocjować tego zapisu, odrzuciła inne oferty.
         Podmienili nam pływalnię
         
    Być może cała sprawa nie wyszłaby poza krąg prezesów GePeBe i wąbrzeskich notabli, ale rok później SLD przegrało w mieście wybory. Do ratusza wrócił poprzedni burmistrz Bogdan Koszuta, a w radzie zasiedli ludzie nie związani z lewicą. Już w pierwszych tygodniach nowa władza wykryła, że podwładni Woźniaka wypłacili GePeBe ponad 70 proc. należności za inwestycję. Faktycznie jednak wykonano zaledwie 38 proc. robót. Potem ujawniono bardziej szokujące fakty.
         Okazało się, że koncepcja, która wygrała przetarg, przeszła metamorfozę. Z piętrowego obiektu zrobił się parterowy, jego powierzchnia skurczyła się o 20 proc, a kubatura aż o 40. Z trzech basenów zostały tylko dwa, zniknęły gdzieś windy dla niepełnosprawnych, pływający pomost, sauna itd. Ale nawet ten odchudzony projekt uległ w trakcie budowy zmianom na gorsze.
         Z 4 filtrów renomowanych zachodnich firm zrobiły się dwa, krajowe. Urządzenia klimatyzacyjne nie posiadały certyfikatu, a wykonano je z materiałów nieodpornych na korozję. Gorzej, że pływalnia nie posiadała tzw. zamkniętego obiegu wody. Jest to sprzeczne z obowiązującymi w Polsce normami i grozi, że obiekt nie zostanie odebrany. Niedawno nawet GePeBe oficjalnie przyznało, że instalacja wodna musi być wymieniona.
         Wszystko to odbywało się z pełną aprobatą ówczesnych władz miasta. Latem 2001 roku burmistrz Woźniak zatwierdził warunki zabudowy, potem zaś pozwolono GePeBe prowadzić inwestycję według swego uznania. A kiedy zainteresowali się nią radni, podwładni burmistrza odmówili im dostępu do dokumentów. Musieli się zadowolić słowami Woźniaka, który zapewnił komisję budownictwa, że wszystko przebiega zgodnie z planem.
         Wszystko dla żony
         
    W grudniu 2003 roku burmistrz Koszuta złożył doniesienie karne. Po dwóch miesiącach toruńska Prokuratura Centrum Zachód uznała, że "brakuje danych uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa". Innego zdania byli policjanci z Wąbrzeźna, którzy daremnie wnioskowali o podjęcie różnych czynności sprawdzających. Komendant powiatowy obiecał Koszucie, że dostarczy mu kopie pism do prokuratury. Ale nie dostarczył, bo prokuratura mu tego zakazała. Koszuta wystąpił więc do niej, podkreślając, że jako pokrzywdzony ma prawo wglądu do wszystkich akt postępowania. Odmówiono mu, uznając policyjne pisma za "korespondencję wewnętrzną".
         Ostatecznie Prokuratura Okręgowa uchyliła zaskarżoną przez burmistrza decyzję, polecając podjąć śledztwo. Powierzono je tej samej prokurator, która wcześniej odmówiła jego wszczęcia. Zdaniem Koszuty od początku robiono wszystko, by zakończyło się umorzeniem. - Nasz radca prawny regularnie jeździł do Torunia przeglądać akta. Byliśmy zaniepokojeni. Nie wzywano wielu ważnych świadków, zadawano pytania dotyczące spraw marginalnych, bezkrytycznie przyjmowano niektóre zeznania. To my występowaliśmy w roli prokuratorów, dostarczając dowody, wnioskując o weryfikację zeznań, zaś oskarżyciele publiczni wychodzili ze skóry, by wybielić podejrzanych - twierdzi burmistrz.
         Pod koniec kwietnia poproszono Koszutę do Prokuratury Okręgowej. Podczas spotkania usiłowano tłumaczyć mu powody umorzenia innych śledztw, dotyczących inwestycji prowadzonych przez poprzednie władze. Choć rozmowa odbyła się w cztery oczy, w maju opisano ją ze szczegółami w biuletynie wydawanym przez wąbrzeską SLD. - Ja tam się nikomu nie spowiadałem z tego spotkania - dziwi się Koszuta.
         W październiku ubiegłego roku Woźniak przepisał notarialnie cały swój majątek na żonę, pozbywając się połowy dwóch działek, domu, dwóch samochodów i mebli.
         Prokurator nie doczytał
         
    30 grudnia prokuratura Toruń Centrum Zachód umorzyła śledztwo. Z akt sprawy wyłączono jednak materiały dotyczące bliskiego współpracownika Woźniaka, kierownika miejskiego wydziału inwestycji, Jerzego Bednarskiego. Zarzucono mu, że nie dopełnił obowiązków i dopuścił do budowy pływalni niezgodnej z koncepcją przedstawioną na przetargu. Nie wiadomo jednak, czy dojdzie do procesu. Prokuratura wystąpiła bowiem o zbadanie Bednarskiego przez biegłego, który ma ustalić, czy stan zdrowia podejrzanego pozwala mu odpowiadać za swoje czyny przed sądem.
         Uzasadniając umorzenie głównego śledztwa pani prokurator podkreśla m.in, że przetarg kontrolowała Regionalna Izba Obrachunkowa, która "nie stwierdziła niełowości w tym zakresie". Dysponujemy protokółem RIO. We wnioskach końcowych kontrolerzy wyraźnie stwierdzają złamanie szeregu przepisów o zamówieniach publicznych. Jest m.in. takie zdanie: Odpowiedzialnym za przyjęcie rozwiązań projektowych i składanie wniosku o pozwolenie na budowę w oparciu o rozbieżny z koncepcją projekt był Maciej Woźniak, pełniący w tym czasie funkcję burmistrza.
         Burmistrz Koszuta zaskarżył postanowienie o umorzeniu śledztwa do Prokuratury Okręgowej. Jego prawnicy podkreślają m.in, że uzasadnienie jest ogólnikowe, a podczas śledztwa nie wyjaśniono wielu spraw, w tym tak podstawowych, jak rozmiary szkody, którą poniosła gmina Wąbrzeźno.
         Koszuta skierował też pismo do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Kwestionuje w nim bezstronność toruńskiej prokuratury. Podkreśla m.in, że żona jego poprzednika jest od wielu lat sędzią jednego z sądów w toruńskim okręgu. Z kolei żona jednego z prokuratorów Prokuratury Okręgowej w Toruniu w minionej kadencji była radcą prawnym w wąbrzeskim ratuszu i jednym z bliskich współpracowników byłego burmistrza.
         Nie będę komentował
         
    Zastępca toruńskiego prokuratora okręgowego Jacek Winiarski mówi, że niezręcznie mu rozmawiać o tej sprawie z dziennikarzem. Nie praktykuje się bowiem dyskusji na łamach prasy ze stroną, która właśnie złożyła zażalenie. Odsyła mnie do naczelnika wydziału postępowania przygotowawczego, Andrzeja Kukawskiego. Podkreśla on m.in, że śledztwo dotyczące pływalni stale nadzorowała Prokuratura Okręgowa. Nie będzie komentował zarzutów o braku bezstronności prokuratury. Zrobi to, jeśli dotrą do niego drogą oficjalną.
         Maciej Woźniak oświadczył, że nie będzie ze mną rozmawiać. Blisko rok temu, gdy po raz pierwszy pisałem o wąbrzeskim basenie, poświęcił mi ponad godzinę. Dowiedziałem się jednak niewielu szczegółów. Były burmistrz tłumaczył, że minęło już tyle czasu, iż nie uczestniczył w komisji przetargowej, że się na tym nie zna, bo jest historykiem, specjalistą od starożytnego Egiptu. Wezwał więc na pomoc byłego kierownika wydziału inwestycji, Jerzego Bednarskiego, rekomendując go, jako najlepszego w mieście specjalistę od przetargów. Dziś prokuratura właśnie jemu przypisuje całą winę za brak nadzoru nad inwestycją.
         Jeszcze jeden proces
         
    Już wiosną 2003 roku okazało się, że za podaną w przetargu cenę 4.850 tys. zł. GePeBe nie jest w stanie wybudować nawet "oszczędnościowej" wersji pływalni. Zażądało od nowych władz miasta dopłacenia 400 tys. zł. Koszuta odmówił, bo taką decyzję może podjąć jedynie prezes Urzędu Zamówień Publicznych. W grudniu 2003 roku firma zawiesiła roboty. Po długiej wojnie w listopadzie ub. roku władzom miasta udało się rozwiązać umowę i komisyjnie przejąć plac budowy. Miasto wygrało już proces z GePeBe o wypłatę prawie pół miliona kar umownych. Teraz chce skarżyć firmę na znacznie większe sumy jako rekompensatę za poniesione szkody. Mogą być jednak kłopoty z wyegzekwowaniem pieniędzy, bo GePeBe cienko przędzie.
         W minionym miesiącu Koszuta skierował przeciw Woźniakowi i Bednarskiemu pozew o 1,5-milionowe odszkodowanie za straty poniesione przez miasto na skutek ich zaniedbań.
         PS. Personalia byłego kierownika wydziału inwestycji zostały zmienione.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo