Daję ci serce

    Jolanta Zielazna      [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Oni są biali, on czarny i znają się tylko z fotografii. Pewnie nigdy nie zobaczą się twarzą w twarz, ale to nie jest ważne. A jednak ona pisze do niego "Kochany synku" i podpisuje "Twoi rodzice".
    Suzane Nkoa

    Suzane Nkoa

         Za to 13-letnia Asia Godek miała nawet taki pomysł, żeby pojechali do Ruandy, odwiedzić ich Fikili. Fikili raczej ma na imię Fabrice, ale ponieważ podpisuje się "Fikiri Fabrice" (czasami pisze: "Fikili"), to tak zostało.
         Do gimnazjum w Osięcinach na Kujawach któregoś razu dotarły broszury i film wideo. Zainteresowała się nimi nauczycielka matematyki, Agnieszka Waloszek. Opowiadały o adopcji serca. I gimnazjaliści w Osięcinach mają koleżankę w Ruandzie: Anysie Uwamahoro. Ma 16 lat.
         Joanna Stoszek, studentka teologii w Krakowie, swoje dziecko znalazła w Internecie.
    To znaczy, znalazła stronę dominikanów z misji w Kamerunie, z informacją o adopcji na odległość. Wiedziała, że chce to zrobić, ale nie mogła się zdecydować, jakie dziecko? Więc ojciec Dariusz, dominikanin z kameruńskiej parafii, zameilował: "Skoro nie umiesz wybrać, to czy Nkoa Suzane może być?"
         Na rodzinnym zdjęciu
         Kuba-Japhete Uwishema, Fikili, Anysie i Suzane zostali zaadoptowani sercem, na odległość. Dzieci żyją w Afryce, rodziny mieszkają w Polsce i pomagają im.
         Kasia Godek, mama Łukasza (student), Asi, Jasia, Stasia (2,5 roku), a teraz także Fikiliego, o adopcji serca dowiedziała się z jakiegoś katolickiego czasopisma. Wzruszyło ją, że wysyłając co miesiąc 72 złote, zapewniają mu nie tylko jedzenie, ale także wykształcenie. - Rozmawialiśmy z dziećmi. Nie miały żadnych wątpliwości.
         Ewie i Norbertowi znajomi pochwalili się, że mają przybraną córkę. Wtedy ta wiadomość jakoś przeszła mimo. Później o adopcji serca przeczytali w gazetach. Ewa pomyślała, że jeśli te informacje docierają z różnych stron, to trzeba coś zrobić. Zadzwonili do pallotynów.
         Obie rodziny mieszkają w Bydgoszczy. O swoich zaadoptowanych dzieciach powiedzą wszystko. Pokażą zdjęcia, pieczołowicie przechowywane listy. Zdjęcie Fikiliego jest w ramce, razem z rodzinnymi zdjęciami Godków. Więc o dzieciach powiedzą wszystko, o sobie - tyle, co nic. Chcą pozostać w cieniu. - Pomoc dzieciom jest ważna, nie my - mówią.
         Nie trzeba wiz, pozwoleń
         
    Ewa i Norbert, małżeństwo w średnim wieku, zdecydowali, że chcą pomagać przez 5 lat. Katarzyna z mężem uznali, że mogą zaadoptować młodsze dziecko, chcą mu pomagać przez 10 lat. Uczniowie w osięcińskim gimnazjum będą razem jeszcze dwa lata i tak długo będzie trwać ich adopcja. Opiekunowie zawsze pomoc planują tak, by dziecko ukończyło 18 lat i usamodzielniło się.
         Pomoc, którą dają, nazywa się "adopcją serca" albo "adopcją na odległość". Nie trzeba wiz, pozwoleń. Bo też nie dostaje się dziecka do domu. Za to trzeba wrażliwości i odpowiedzialności. Podejmuje się opieki materialnej i duchowej, przyjmuje odpowiedzialność.
         Każdy sam deklaruje dowolny okres, na jaki przewiduje, że podoła obowiązkom. Co miesiąc trzeba przekazać równowartość 15-17 albo około 20 dolarów (zależy od kraju i szkoły) oraz kilka złotych na koszty administracyjne. Wychodzi siedemdziesiąt kilka złotych miesięcznie. Pieniądze trafiają do misjonarzy, a oni przekazują je na potrzeby konkretnego dziecka.
         Adopcję prowadzą zakony misyjne, MAITRI - Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata.
         Drogi synku, kochani rodzice
         
    Po jakimś czasie od zgłoszenia i wysłania pieniędzy dostaje się informację o dziecku: ile ma lat, gdzie mieszka, jak straciło rodziców, kto się nim teraz opiekuje. I zaczynają krążyć listy. Nie ma ich dużo, są krótkie, bo po drodze kilka razy tłumaczone: z polskiego na francuski, potem na miejscowy język. Ale są.
         Fikili i Kuba-Japhete przysłali swoje cenzurki szkolne. Kuba się cieszy, że jest dobry z francuskiego, chce być kierowcą. Pisze: "Drodzy rodzice. Teraz jestem naprawdę bardzo szczęśliwy. Ciekaw jestem, jak wyglądacie..." - My już też podpisujemy się "Twoi rodzice". Najpierw pisałam "Przybrani rodzice", teraz po prostu rodzice - mówi Ewa. - To bardzo ważne, że jest kontakt. On wie, że ktoś o nim myśli. Cieszy się, że do niego, na jego nazwisko przyszedł list.
         Katarzyna pisze do Fikili: "Drogi synku i bracie. Myślimy o Tobie i choć mieszkamy daleko jesteśmy jedną rodziną."
         Moja mała Nkoa
         
    Nieważne, że dzieli ich tyle tysięcy kilometrów, że żadne z tych dzieci prawdopodobnie nie ma o Polsce najmniejszego wyobrażenia.
         Katarzyna Godek: - To dla nas największy sens, że pomagamy konkretnej osobie. Nie całej parafii, szkole, klasie. Pomagamy naszemu Fikili.
         - Naszemu Kubie
         - Mojej małej Nkoa
         W Osięcinach wszyscy gimnazjaliści pamiętają o Anysie. Wpłacają drobne kwoty, organizują koncert charytatywny, kiermasz swoich prac. Co miesiąc muszą uzbierać 15 dolarów.
         Joasia Stoszek, studentka z Krakowa, nie ukrywa, że długo musiała się uczyć, że w Kamerunie mieszka nie "jakieś dziecko", ale jej córka. Szalenie ją kocha, choć to trudna miłość. - Wtedy, gdy mała przeżywa wzloty, upadki, ja jestem daleko i nie mogę jej przytulić, pocieszyć albo cieszyć się razem z nią. To jest najtrudniejsze. I nie myśli, co by było, gdyby zabrakło jej pieniędzy. Przecież ojciec Dariusz napisał, że im więcej odbiera sobie od ust, by dać dzieciom, tym hojniej jest obdarowywany.
         Najbiedniejsi z biednych
         
    Ktoś mógłby powiedzieć: jaki to ma sens? Co to za opieka na odległość? To tylko wysyłanie pieniędzy.
         Ojciec Roman Rusinek, pallotyn, trzy lata był opiekunem adopcji serca w parafii Masaka, niedaleko Kigali (Ruanda). Miał około 45 tysięcy wiernych, 300 dzieci zaadoptowanych sercem. Pallotyni upowszechnili adopcję serca po tragicznej wojnie domowej w Ruandzie, gdzie w połowie lat 90. w bratobójczej rzezi Tutsi i Hutu wymordowali milion osób. Zostało kilkaset tysięcy sierot.
         - Adopcja przywraca dzieciom nadzieję - mówi ojciec Rusinek. - Większość z nich pamięta dramatyczne obrazy wojny. Jak spotkają kogoś, kto wyraża im swoją miłość nie tylko słowem, ale i czynem, ma to dla nich ogromne znaczenie. Dziecko wie, że jest ktoś, kto o mnie myśli.
         Pallotyni przez dziesięć lat oddali pod opiekę polskim rodzinom prawie trzy i pół tysiąca dzieci Ruandy. Do adopcji wybiera się najbiedniejszych z biednych.
         15 dolarów wystarcza na zapewnienie opieki medycznej, bardzo skromną żywność i opłacenie nauki w szkole podstawowej. - Zwykle raz lub dwa w miesiącu dostają po 10 kilogramów fasoli, środki czystości, czyli najczęściej szare mydło, bo można się i umyć, i wyprać - ojciec Rusinek, misjonarz, zajmował się tym przez kilka lat. - Podstawowa edukacja ma zapewnić start w lepsze życie. Umiejętność pisania i czytania wcale nie jest tam powszechna. - Wiele razy widziałem błysk radości, jak odbierały list - opowiada ojciec Roman. - Widziałem, jak przeżywają, jak reagują. To jest ogromna więź uczuciowa z obu stron.
         Potrzebni rodzice
         
    Przy Ewie i Norbercie czasami dyskutowano: w Polsce bieda, a pomaga się Afryce. Odpowiadają spokojnie, że jak ktoś chce pomagać w Polsce, to przecież może, a tam nie musi. Mówią, że całego świata nie uratują, jedno dziecko - owszem.
         Katarzyna Godek po chwili zastanowienia zauważa, że gdyby co piąta, co dziesiąta rodzina w Polsce pomogła, mniej byłoby głodnych dzieci na świecie.
         Teraz, po tragicznym tsunami w południowo-wschodniej Azji, na pomoc czekają tysiące osieroconych tam dzieci. Salezjanie apelują o adopcję na odległość dzieci ze Sri Lanki. Caritas Polska ma już setki deklaracji od osób, które chcą pomóc dziecku z krajów poszkodowanego regionu. Można uratować konkretne dziecko. Swoje dziecko. Ciągle potrzebni są rodzice.
         Gdzie można się zgłaszać
         
    - Caritas Polska (www.caritas.pl), skwer Kard. S. Wyszyńskiego 9 , 01-015 Warszawa, tel. (0-22) 33-48-503 lub 33-48-500,
         e-mail:[email protected]
         - Salezjański Ośrodek Misyjny (www.adopcja.salezjanie.pl), ul. Korowodu 20, skr.pocztowa 94, 02-829 Warszawa, tel. (0-22) 644-86-78, e-mail: [email protected]
         - Pallotyński Sekretariat Misyjny (www.adopcja-serca.pl), ul. Skaryszewska 12, 03-802 Warszawa, skr. poczt. 255, tel. (0-22) 771-51-61, e-mail: [email protected]
         - Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata MAITRI (www.maitri.pl), Parafia Najśw. Serca Jezusowego, ul. ks. Józefa Zator Przytockiego 3, 80-245 Gdańsk, tel. (0-58) 520-30-50, e-mail: [email protected]
         - Dzieci czekające na pomoc można też zobaczyć na stronie dominikanów: www.misja-kamerun.pl

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo