Słowa i czyny doktora O.

    Słowa i czyny doktora O.

    Iza Wodzińska [email protected]

    Gazeta Pomorska

    Gazeta Pomorska

    Orkiszewski lubi media, media lubią  Orkiszewskiego. Zaimprowizowana konferencja  prasowa po pikiecie w Urzędzie Marszałkowskim  29 lipca 2002 r.

    Orkiszewski lubi media, media lubią Orkiszewskiego. Zaimprowizowana konferencja prasowa po pikiecie w Urzędzie Marszałkowskim 29 lipca 2002 r. ©Lech Kamiński

    Jest ostatnim sprawiedliwym w Sodomie, który wydał walkę złu we własnym środowisku i w regionalnej administracji - i dlatego odtrąconym? A może człowiekiem, który nie zmieści się w żadnym szeregu, nielojalnym wobec pracodawców, nieuczciwym wobec kolegów i dla własnych celów manipulującym rodzicami ciężko chorych dzieci?
    Orkiszewski lubi media, media lubią  Orkiszewskiego. Zaimprowizowana konferencja  prasowa po pikiecie w Urzędzie Marszałkowskim  29 lipca 2002 r.

    Orkiszewski lubi media, media lubią Orkiszewskiego. Zaimprowizowana konferencja prasowa po pikiecie w Urzędzie Marszałkowskim 29 lipca 2002 r. ©Lech Kamiński

         Orkiszewski - dziś 58-letni doktor habilitowany medycyny - pojawił się w Toruniu w 1998 r., kiedy po wygranym konkursie został ordynatorem (sześcioletni kontrakt) oddziału chirurgii dziecięcej w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym. Trafił tu z Bydgoszczy, gdzie w poprzednim roku stracił pracę w Katedrze i Klinice Chirurgii Dziecięcej Akademii Medycznej (obecnie Collegium MediUniwersytetu Mikołaja Kopernika).
    "Został zwolniony w trybie natychmiastowym i przekazany wraz z etatem do dyspozycji rektora. Przyczyną była nielojalność, polegająca m. in. na kwestionowaniu wobec rodziców pacjentów sposobów leczenia i uzasadnione podejrzenie pobierania od rodziców pacjentów korzyści majątkowych" - tak o kulisach tych przenosin napisze kilka lat później bydgoski szef lekarza, prof. Olgierd Sarrazin. Prof. Sarrazin tłumaczył w ten sposób prorektorowi AMB, że wolałby w związku z tym nie uczestniczyć w komisji, która ma wyrazić opinię, czy Orkiszewski może zostać szefem nowej katedry i kliniki chirurgii dziecięcej, którą bydgoska AM otwiera właśnie w Toruniu. (- Sk....syn! A ja go broniłem! - złości się jego były podwładny, kiedy cytuję mu tę opinię). Jest rok 2001, bydgoska uczelnia właśnie zawarła umowę z WSD, że będzie prowadzić klinikę w ramach oddziału, którym kieruje od 3 lat Orkiszewski. Ówczesny rektor AMB mimo wszystko decyduje się mianować go kierownikiem kliniki. Nie wie jeszcze, jaki pasztet zostawia następcom.
         "Nasz Lekarz" posiada
         
    O tym, że nikomu z Orkiszewskim nie było w toruńskiej lecznicy łatwo, mówi wiele osób, najchętniej zresztą bez nazwiska. To po konflikcie z nim miał odejść jej poprzedni dyrektor Edward Skowroński. - Ja starałem się nie zadrażniać - opowiada o początkach swojej współpracy z Orkiszewskim jego następca Bogumił Kurowski.
         Ale w maju 2002 r. Kurowski dostaje pismo z Kujawsko-Pomorskiej Regionalnej Kasy Chorych, która w ostrym tonie pyta go, dlaczego jego lekarz, używając firmowego papieru i służbowej pieczątki, domaga się zwiększenia limitu opłacanych przez kasę badań urologicznych dla prywatnej poradni. Kiedy urzędnicy K-PRKCh pokazują mu stanowiący corpus delicti dokument, łapie się za głowę. "Proszę o zwiększenie liczby badań urodynamicznych w ramach kontraktu z Niepublicznym Zespołem Opieki Medycznej "Nasz Lekarz". Nasz Lekarz posiada najnowocześniejszy sprzęt, który nie jest w pełni wykorzystany" - przeczytał w piśmie, pod którym podpisał się, przyłożywszy pieczątkę szefa kliniki AMB, Marek Orkiszewski. U góry widniał firmowy nagłówek "Katedra i Klinika Chirurgii Dziecięcej i Traumatologii, Wojewódzki Szpital Dziecięcy w Toruniu". Był zdziwiony jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że kierowany przez Orkioddział kliniczny w jego szpitalu także wykonuje takie badania, a do tego nie "wyrobił" jeszcze przyznanego przez Kasę Chorych limitu. "Nasz Lekarz" to zbiorowa prywatna praktyka lekarska, z którą głośny medyk związany jest do dziś. - Ani Kasa, ani ja nie mieliśmy wątpliwości, że doszło do działania konkurencyjnego na szkodę szpitala - opowiada Kurowski. Miesiąc później K-PRKCh obcina szpitalowi pulę badań urody
         Proceder
         
    Badający później tę sprawę Sąd Rejonowy (Sąd Pracy) w Toruniu nie miał wątpliwości, że lekarz działał w tym przypadku przeciwko szpitalowi, który go zatrudniał, a obcięcie limitów badań było ewidentną szkodą, którą w wyniku jego postawy placówka poniosła. Stwierdził, że: Orkiszewski zupełnie zaniedbał szpitalne badania na rzecz tych dokonywanych prywatnie; szpitalnych pacjentów świadomie kierował na badania prowadzone pod szyldem "Naszego Lekarza" ; każde prowadzone w tym trybie badanie oznaczało wpływ do kasy tego prywatnego przedsięwzięcia. Do tego wszystkie badania wykonywali pracownicy szpitala, pod dachem szpitala (aparaturę zainstalowano początkowo na oddziale!) - tylko że lecznica nic z tego nie miała! A nawet wręcz przeciwnie.
         Mimo to sąd potraktował lekarza niezwykle łagodnie. Ponieważ Orkiszewski dał słowo, że nie miał z procederu ani grosza, uznał, że lekarz nie działał z niskich pobudek materialnych, tylko dla dobra pacjentów. Zwłaszcza, że sprzęt używany przez "Naszego Lekarza" był nowszy, a więc być może lepszy. - Kuriozalne. Wiadomo, że w "NL" opłaty były. Albo płaciła Kasa Chorych, albo ludzie, nie ma cudów. Po prostu dla celów procesowych użyto fortelu w postaci "pracy społecznej" - relacjonuje dyrektor Kurowski. Proces toczył się z powództwa Orkiszewskiego, a jego stawką było przywrócenie go do pracy. Głównie przez błąd formalny szpitalnych prawników - ordynatora oddziału, który był jednocześnie kierownikiem kliniki, mógł zwolnić tylko rektor AMB - lekarz proces wygrał. Jeden Pan Bóg raczy wiedzieć, jaki wpływ na to orzeczenie miały pikiety matek małych pacjentów Orkiszewskiego, mdlejące podczas tych pikiet w upale ciężko chore dzieci, medialne publikacje przedstawiające chirurga jako wyjątkowego specjalistę, publicznie wyrażane zainteresowanie polityków i rosnący brak społecznej sympatii dla lewicowych rządów w regionie.
         Pod szpitalnym dachem
         
    Przy okazji afery z badaniami urodynamicznymi dyrekcja szpitala dowiedziała się, że pod dachem placówki działa nieznany jej byt - Fundacja na rzecz Chirurgii Dziecięcej, której szefem rady był w tym czasie Marek Orkiszewski. Z wyciągów z dokumentów rejestrowych wynika, że we władzach instytucji zasiadali także inni związani z oddziałem lekarze, a adresem fundacji był adres szpitala. To właśnie fundacja była w posiadaniu aparatu do diagnostyki urodynamicznej Alfa 3T, zainstalowanego na polecenie Orkiszewskiego na oddziale chirurgii dziecięcej, na którym wykonywano zakontraktowane przez Kasę Chorych na konto "Naszego Lekarza" badania. - Wszystko bez mojej wiedzy! - tłumaczy dyrektor Kurowski. Sprawy pewnie nigdy nie wyszłyby na jaw, gdyby nie pismo od dostawcy aparatury, firmy Kybermed z Wiednia, które trafiło w szpital niby grom z jasnego nieba. Oto polski partner Kybermedu zadeklarował, że nie zrealizuje już żadnego z zamówień toruńskiego szpitala i zagroził, że odmówi nawet serwisowania kupionych wcześniej urządzeń. "Wasza Fundacja na rzecz Chirurgii Dziecięcej nie zapłaciła dotąd za dostarczony jej sprzęt" - pisał przedstawiciel wiedeńskiej spółki. Trudno mu było zrozumieć, że coś, co działa na terenie szpitala, nie ma z nim nic wspólnego.
         Co ciekawe, z listu Kybermedu wynika, że zamówiona osobiście przez Orkiszewskiego aparatura została w szpitalu zainstalowana 4 kwietnia 2002 r. Monit w sprawie zwiększenia limitów dla "NL" Orkiszewski wysłał 5 dni później.
         Pytam go, czy fundacja zapłaciła Austriakom 8,4 tys. euro. - Pani mnie poniża! Wszystko zapłaciłem! Sam z koleżanką wypracowałem 60 tys. zł i zapłaciliśmy! - zapewnia.
         Docent ufa Millerowi i zostaje sam
         
    W lipcu Orkiszewski dostaje wypowiedzenie. Nie "dyscyplinarkę", tylko zwyczajne, skutkujące po trzech miesiącach. Ale nie zamierza zrezygnować ani z pracy, ani z pomieszkiwania w szpitalnym gabinecie. Składa pozew w Sądzie Pracy, organizuje grupę poparcia, często występuje w mediach. Prosi też o wsparcie polityków. "Ta sprawa to symbol w naszym kraju. Eskalacja napaści w stosunku do mnie szkodzi Polsce. Szkodzi elitom, za członka których jestem uważany" - pisze do Leszka Millera, wtedy premiera. List kończy deklaracją: "ufam panu".
         W lutym 2003 r. sąd formalnie przywraca chirurga do pracy. Szpital odwołuje się, ale bezskutecznie. Względny spokój trwa krótko. Latem tego samego roku z pracy na oddziale rezygnuje dziewięciu lekarzy. "Nie widzę możliwości współpracy z panem doktorem Orkiszewskim" - ta fraza z pisma dr L., specjalisty z "dwójką", z niewielkimi modyfikacjami powtórzyła się w ośmiu pozostałych podaniach o rozwiązanie umowy albo przeniesienie. Z dyżurowania na oddziale zrezygnowali też wszyscy medycy z niepublicznego ZOZ w Bydgoszczy. W sierpniu sytuacja jest tak dramatyczna, że dyrekcja daje ogłoszenie o naborze do pracy w branżowym piśmie "Służba Zdrowia". Ale reflektanci się nie pojawiają. Na chirurgii dziecięcej zostają tylko sam Orkiszewski i jego koleżanka z "NL", Joanna Madej z pierwszym stopniem specjalizacji. Tymczasem obowiązkowy standard to czworo lekarzy "dwójkowiczów". Co się stało? - Bandycka zmowa i szantaż. Chcieli, żebyśmy zostali sami! Chcieli mnie wykończyć! Pracowałem 24 godziny na dobę. Nie wychodziłem ze szpitala - mówi były ordynator. AMB prosi go, żeby odszedł, trwa nerwowa wymiana pism między uczelnią, konsultantem wojewódzkim ds. chirurgii dziecięcej i szpitalem, wojewoda powołuje komisję. Nie ma jednak odważnego, który zdecydowałby się na jakieś ostre cięcie. - Nikt nie chciał zostać "wrogiem publicznym", odsądzonym od czci i wiary przez skupione wokół Orkiszewskiego i atakujące bez pardonu wszystkich jego przeciwników damy - tłumaczy tę niemoc toruński lekarz.
         Brzuszek małego Olka
         
    Pytam Orkiszewskiego, który cały czas na stałe mieszka w Poznaniu, dlaczego po prostu nie zrezygnował. Przecież w takiej sytuacji trzeba było zdjąć dumę z serca i uznać, że ciężko chore maluchy będą miały lepszą opiekę w nieodległej Bydgoszczy. Albo w Toruniu, jeśli klinikę obejmie ktoś nieskonfliktowany z całym światem. Tym bardziej, że nie był już zobowiązany do świadczenia pracy - jego kontrakt ordynatorski wygasł z końcem 2003 r., a kontrakt z AMB na kierowanie kliniką z końcem marca 2004. Zarówno uczelnia, która nie przedłużyła mu kontraktu, jak i szpital nie życzyły sobie zresztą, by nadal operował, a nawet choćby przebywał w szpitalu. - To byłoby przyznanie im racji! - protestuje. ("Oni" to dyrekcja szpitala, koledzy-medycy którzy nie chcą z nim pracować, Collegium Medicum które go nie broni, a także wojewoda i marszałek województwa którzy to wszystko tolerują). Mówi o rodzicach, którzy wychowali go na przyzwoitego człowieka i "tysiącach pacjentów i ich rodzin" obrażonych w jego osobie. 7 maja ubiegłego roku Docent uniemożliwia przejęcie gospodarstwa nowemu p.o. ordynatorowi.
         Ale dwie osoby nie są w stanie dobrze prowadzić sporej kliniki. W połowie ubiegłego roku siedmiomiesięcznemu Aleksandrowi Sz. po wykonanej przez Orkiszewoperacji brzusznej rozchodzą się nagle na oczach przerażonych rodziców szwy. Jelita wypływają na zewnątrz, straszliwie spuchnięte dziecko zanosi się od krzyku w gabinecie zabiegowym, matce robi się słabo, ojciec zaciska pięści. - Cieszcie się, że żyje. Przecież jest leczony tyle lat - miał powiedzieć ojcu i babce dziecka zmęczony chirurg. Kiedy zaoponowali - sugerując, że chyba pomylił pacjentów - wyrzucił ich za drzwi, a ponieważ nie chcieli wyjść, po prostu wyszedł z pokoju. Okazało się, że rana małego Olka jest zakażona gronkowcem. Państwo Sz. piszą skargę do dyrekcji szpitala, Narodowego Funduszu Zdrowia, Izby Lekarskiej. Marszałek województwa nakazuje dyrektorowi lecznicy natychmiastowe zaprowadzenie na oddziale właściwych standardów opieki. Konkurs na następcę Orkiszewskiego jest przesądzony.
         Zmowa?
         
    Skupieni wokół Orkiszewskiego rodzice jego pacjentów głoszą wszędzie, że Toruń utracił znakomitego lekarza o wyjątkowych umiejętnościach i dorobku. Są głusi na opinie gremiów z mocy prawa zajmujących się weryfikacją naukowych i zawodowych dokonań, które zresztą z trudem przebijają się przez szum informacyjny. "W ocenie prorektora ds. nauki dorobek katedry i kliniki pod kierownictwem Orkiszewskiego jest niedostateczny" - można przeczytać w raporcie pod którym pod koniec 2003 r. podpisał się prorektor AMB ds. klinicznych prof. Stanisław Dąbrowiecki. Profesor uzupełnia, że w 2003 r. uczelnia zażądała od Orkiszewskiego złożenia wykazu dorobku naukowego, ale niczego nie dostarczył. Także Polskie Towarzystwo Chirurgów Dziecięcych było tym dorobkiem - także zawodowym (metody operacyjne, doświadczenia za granicą, którymi Orkiszewski się szczyci) - zainteresowane. Ale i jemu kontrowersyjny toruński medyk niczego nie przedstawił. "Wielki dorobek [doktora] jest znany jedynie z jego własnych enuncjacji" - napisał w liście do środowiska szef towarzystwa prof. Andrzej Chilarski.
         - To wszystko razem bandycki napad. Komusza zmowa, ubecka rozwałka! Wszystkie siły województwa, by rozwalić Orkiszewskiego! Dlaczego?! Bo nadepnąłem na odcisk aparatczyka! Bandytyzm! Dlaczego nikt nie pyta, czemu zabito dzieci?! Zabił Achramowicz i jego polecenia, zabił Kurowski! - Marek Orkiszewski traci panowanie nad sobą. Zapewnia, że ma na wszystko dowody, więc proszę o możliwość zapoznania się z nimi. Ale doktor mówi, że nie ma czasu. Proponuje za to, że mogę zrobić materiał o jego pomysłach na problemy publicznego lecznictwa.
         

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Pomorska.pl poleca

    Wideo